mama_leonka
27.04.12, 14:28
Witam,
Wiem, że wątek poruszany już wielokrotnie, ale nie znalazłam jeszcze satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.
Synek ma niecałe 2 lata. Od m.w. miesiąca ma napady płaczu. Wiem, że to w tym wieku naturalne i normalne. Mam jednak problem z wypracowaniem w samej sobie jakiejś korzystnej dla nas obojga strategii. Nie mówię tu o płaczu ze złości kiedy mama przerywa zabawę by umyć czy zmienić pieluchę. Z takimi płaczami radzimy sobie świetnie - mówię Leo, ze rozumiem, że chciałby się dalej bawić i że czuje złość, ale... itd. Mały się szybko uspakaja i już po chwili możemy bawić się dalej. Natomiast nie wiem jak reagować w sytuacji, kiedy ten płacz bierze się "znikąd" - na pewno jest jakaś przyczyna, ale niezbyt oczywista, a próby dowiedzenia się o co chodzi tylko płacz nasilają. Zależy mi na okazaniu, że nawet jak jest taki rozgoryczony, to go nadal kocham i rozumiem i wspieram. Ale z drugiej strony chciałabym mu pomóc wyjść z takiego stanu. Zazwyczaj chce się do mnie w takich chwilach przytulić. I nigdy mu tego nie zabraniam, ale widzę, że wtedy rozkleja sie jeszcze bardziej i potrafi tak płakać pół godziny albo i dłużej. Często pokrzykując przez łzy "mama, mama" jakby chciał, żebym coś zrobiła. Pozwolić mu płakać? Wiem, że dzieci czasem w ten sposób wyładowują nagromadzony stres i napięcie. Czy próbować rozmawiać? Czy szukać sposobu żeby go czymś zająć (to często skutkuje)? Zdarza/zdarzało się to Waszym maluchom? Jak reagowałyście? Czuję się rozbita i wiem, że zupełnie niepotrzebnie takie sytuacje wyzwalają u mnie masę negatywnych emocji. Poradźcie coś proszę.
Ps. Za miesiąc urodzi się drugi maluszek i boję się, ze trudno będzie znaleźć czas na takie płaczliwe maratony.