Może głupie pytanie i ktoś pomyśli, że próbuję sie chwalić, ale proszę o
zrozumienie. Moj syn ma 2 lata. Jest dzieckiem spokojnym (w domu mamy
przyjazną atmosferę

) i dość opanowanym (oszczędził nam jak dotąd wielkich
histerii, buntów, rzucania się na podłoge, co nie znaczy, ze tłumi emocje, lub
- o nie, nie - jest aniołem

, nic z tych rzeczy). Pojawienie się rodzeństwa
przyjął ze stoickim spokojem. Jest radosny, biega, broi, wszędzie włazi,
godzinami spaceruje w parku, chętnie bawi się wśród dzieci (ma grono
zaprzyjaźnionych równolatków). Jest samodzielny - chętnie sam je, sam zasypia.
Luzik. No i do rzeczy. Poświęcamy mu naprawdę sporo czasu, a do tego odkąd
byłam w zaawansowanej ciaży i teraz, ma też bardzo dobrą nianię (notabene -
studentka peagogiki). Synek bardzo lubi "uczyć się" przez zabawę. Nigdy go nie
zmuszamy, do zabaw tzw. edukacyjnych, to on sam. I tak: zna litery, czyta
sylaby. Liczy do 10 po polsku i angielsku (zlicza do 4 - np. przedmioty). Mówi
zdaniami. Zna kolory i kszałty. Jest przy tym bardzo sprawny fizycznie i - raz
jeszcze podkreślam, nie ma jakiś wielkich kłopotów z emocjami, nerwami, a jak
ma

, to standardowo chyba - jak dzieci w jego wieku ( i dobrze - wolno mu

). Znajoma psycholog mówi, że jest bardzo rozwinięty.
Ergo - tylko się cieszyc.
Ale czy na pewno? Czy takie bycie "do przodu" nie przeszkadza w zyciu?
Co o tym myślicie? Nie martwię się specjalnie, po prostu się zastanawiam. Mam
czasem wrazenie, że inne (obce) matki mają nas za rodziców - wariatów, kiedy
gdzieś przypadkiem syn zaczyna coś o kolorach, albo literach, albo - coś tam
zliczy. A ja mogę przysiądz, że on to wszystko w zabawie opanował.
pzdr