Dodaj do ulubionych

Jan Majchrowski napisał

IP: *.icm.edu.pl / *.icm.edu.pl 14.08.04, 00:11
Głos za piwo- w tym długim felietonie w Rzeczpospolitej możesz przeczytać...że demokracja jest dla wolnych.Żebyś nie miał złudzeń wolnymi nie byli ani niewolnicy ani też szlachta tzw. gołota bo nie mieli nieskrępowanego wyboru jak oznajmia odkrywczo autor. Także ty przeciętny obywatelu nie jesteś wolny, gdyż musiłbyś należeć do mniejszości i głosować nieskrępowanie dla korzyści własnej i swojej rodziny, a jeśli ulegasz medialnej propagandzie to jesteś zgubiony popłynąłeś owczym pędem do nicości.
Dalej autor obszernie przekonuje jak nikczemnym działaniem jest przymuszanie człowieka żeby był wolny.
Ale jest recepta aby odróżnić tych co są wolni od tych co tylko udają i bezmyślnie podają się sztuczkom specjalistom od PR trzeba za udział w wyborach zapłacić, choćby piwo.
Rzeczpospolita 13 (piątek) chyba tylko zbieżność tych dat może to jakoś tłumaczyć.
Obserwuj wątek
    • Gość: Alan Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.gorzow.mm.pl 14.08.04, 00:49
      Mógł dupek nastawiać piwa w odpowiednim czasie odpowiednim osobom a byłby
      wojewodą być może znacznie dłużej.A poza tym niech wypije to piwo którego
      nawarzył sam w lubuskiem. W Rogach osobno.
    • Gość: XXX Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.08.04, 00:55
      Zamiast cytować podaj link do artykułu....
      • Gość: art Majchrowskiego A oto tekst... IP: *.wpia.uw.edu.pl 23.08.04, 11:56
        Zaraz po zakończeniu wyborów do Parlamentu Europejskiego wśród dyskusji i
        polemik, wskazywania zwycięzców i pokonanych, jeden głos zdawał się wszystkich
        jednoczyć. Był to powszechny lament nad niesłychanie niską frekwencją wyborczą,
        najniższą (wyjąwszy wybory uzupełniające) w dziejach III Rzeczypospolitej. W
        rzeczywistości nie jest to żaden powód do zmartwienia.

        Przede wszystkim można przewrotnie powiedzieć, iż Polacy, którzy zamiast
        spaceru do lokalu wyborczego wybrali spacer po lesie, albo oglądanie
        inauguracyjnego meczu Mistrzostw Europy w piłce nożnej, zachowali się jak
        klasyczni “starzy” Europejczycy, którzy od lat po macoszemu traktują wybory do
        Parlamentu Europejskiego.
        Wiedzą oni bowiem, że znacznie większe znaczenie mają wybory wójta ich gminy
        niż eurodeputowanego, gdyż Europejski Parlament jest nim głównie z nazwy i w
        zasadzie działalności prawotwórczej nie prowadzi. Dla polityków natomiast
        wybory “europejskie” są bardzo ważne – ale jako test wyborczy przed wyborami
        zasadniczymi – do krajowych parlamentów. Dają też wygodny pretekst do
        wewnątrzpartyjnych rozgrywek (czego doświadczył czeski premier Szpidla), w tym
        do pozbycia się w elegancki sposób niechcianych kolegów i wyniesienia ich na
        europejską orbitę niebytu (co stało się udziałem np. Pawła Piskorskiego).

        Tak więc w dziedzinie świadomości wyborczej Polacy, wraz z pobratymczą
        Słowacją, nie tylko dogonili kraje dawnej Piętnastki, ale znacznie je
        wyprzedzili. I to już na starcie naszego członkostwa w Unii! Wypada się z tego
        cieszyć, tym bardziej, że w żadnej innej dziedzinie unijnych konkurencji takich
        sukcesów zapewne mieć już nie będziemy.

        Jednak do samego problemu uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym, na którym w
        krajach demokratycznych zasadza się instytucja państwa, wypada podejść w sposób
        nieco bardziej poważny. Ideałem oczywiście byłoby takie państwo, w którym
        wszyscy jego obywatele są świadomi, dojrzali do wyborów politycznych,
        zaangażowani we wspólnotach lokalnych i zawodowych, czy w rozmaitych
        zrzeszeniach, odpowiedzialni za siebie i dobro wspólne jakim jest własne,
        suwerenne państwo.

        Ideały występują jednak tylko w książkach; życie jest znacznie bardziej
        prozaiczne. Faktem jest, że nie tylko w Polsce obniżania się odsetek obywateli
        uczestniczących w wyborach. Dlaczego tak się dzieje?


        Chętniej do wyborów wiekszościowych
        Pierwsza grupa odpowiedzi na to pytanie wiązać się będzie z jakością życia
        publicznego; ze stanem państwa i jego politycznych elit. Ludzie nie idą
        głosować gdy nabierają przekonania do fasadowości obieralnych organów
        państwowych i iluzoryczności konkurencji między głównymi partiami tworzącymi w
        danym kraju system partyjny. Jeśli są przekonani, że zamiast wyborów oferuje im
        się tylko głosowanie, to decyzja o nie uczestniczeniu w tym rytuale jest
        jedynym możliwym aktem prawdziwie wyborczym.

        Taki właśnie swoisty akt wyborczy stosowali najbardziej świadomi politycznie
        obywatele PRL. Podobnie ma się rzecz w sytuacji, gdy ludzie przestają wierzyć
        politykom, uważając ich en bloc za nieuczciwych, uprawiających swe zajęcie
        jedynie dla własnych korzyści. W tym wypadku niska frekwencja wyborcza jest
        sygnałem ostrzegawczym, co oznacza, że społeczeństwo pozostało czułe na sprawy
        publiczne i właściwie reaguje.

        Nie od rzeczy wspomnieć tu należy o zdobywającej W Polsce coraz szersze
        poparcie idei wyborów systemem większościowym w jednomandatowych okręgach
        wyborczych, który to system personifikuje i odpartyjnia akt wyborczy, zacieśnia
        więź wyborcy z wybranym i urealnia odpowiedzialność polityczną z tytułu
        sprawowanego mandatu.

        W ciągu ostatniego piętnastolecia wszystkie wybory większościowe (do Sejmu w
        1989 r., prezydenckie i ostatnio wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów
        miast) cieszyły się większą frekwencją niż analogiczne i czasowo zbieżne wybory
        proporcjonalne. Obywatele jasno dają więc do zrozumienia decydentom jaki system
        wyborczy bardziej im odpowiada. (Zobaczymy czy ugrupowania, które taką zmianę
        teraz zapowiadają wywiążą się ze swoich obietnic, gdy będą już u władzy).

        Druga grupa prób diagnozy niskiej frekwencji wyborczej skupia się nie na
        wybieranych, lecz na wybierających. To w ich niskiej świadomości, obojętności,
        ciemnocie lub lenistwie upatruje się przyczyny absencji przed urnami
        wyborczymi. W skrajnych przypadkach można nawet usłyszeć postulaty ustanowienia
        obowiązku głosowania, na wzór kilku państw, które takie absurdalne przepisy u
        siebie wprowadziły.

        Pomijając już wątpliwości co do sprzeczności takich rozwiązań z polską
        konstytucją i wolnościami obywatelskimi (wszak bojkot wyborów – to też prawo
        obywatelskie), można z pewną dozą prawdopodobieństwa przyjąć, iż w Polsce
        rozwiązania takie dałyby skutek wręcz odwrotny, gdyż Polaków – jak to ktoś
        trafnie ujął – “kijem nawet do Nieba się nie zagoni”.


        Demokracja - dla wolnych ludzi
        Rzecz jednak w czymś innym, a mianowicie w samej istocie państwa obywatelskiego
        i w sposobie pojmowania demokracji. Sołżenicyn ujął to krótko: “Demokracja to
        ustrój wolnych ludzi”. Z pozoru brzmi to jak banał, jednak w zdaniu tym tkwi
        porażająca prawda: demokracja to nie rządy wszystkich i przez wszystkich;
        demokracja to ustrój nie dla każdego.

        Demokracja jest dla wolnych – nie dla zajmujących wyższe stanowiska społeczne,
        dla bogatszych czy mądrzejszych, nie dla lepiej wykształconych
        czy “szlachetnie” urodzonych, ale właśnie dla wolnych: dla tych którzy rozumnie
        i samodzielnie mogą i chcą kierować losami swoimi i swojej wspólnoty. Czyli de
        facto dla mniejszości.

        Tak właśnie pojmowano demokrację od jej zarania. To dlatego niewolnicy nie
        mieli prawa głosu. Nie dlatego, że nie uważano ich za ludzi, ale dlatego, iż
        brak im było atrybutu koniecznego do dokonywania nieskrępowanych wyborów. To
        dlatego w naszej Konstytucji Trzeciomajowej słusznie pozbawiono praw wyborczych
        tzw. szlachtę-gołotę, czyli różnych fredrowskich Papkinów, siłą rzeczy
        dokonujących “wyborów” na rzecz aktualnego mocodawcy.

        Nasi przodkowie dobrze rozumieli, że na takim elemencie nie odbuduje się
        suwerennego państwa; my tę prawdę konsekwentnie odrzucamy martwiąc się niską
        frekwencją wyborczą.

        Czy rzeczywiście jest się czym martwić? Czy Polska będzie szczęśliwsza gdy
        wszyscy jej de nomine obywatele wypowiedzą się w wyborach? Jakie kryteria
        wyboru będą wówczas obowiązywały? Przecież już teraz kampanie wyborcze niczym
        niemal nie różnią się od kampanii reklamowych proszków do prania. Powszechnie
        wiadomo, że kluczem do wyborczego sukcesu jest dobra opalenizna, odpowiedni
        kolor koszuli, krawata i tła na jakim się występuje, uśmiech, machanie ręką, a
        nade wszystko unikanie jakichkolwiek merytorycznych wypowiedzi.

        Politycy od dawna zdają sobie bowiem sprawę, ze choć ludzie nie zatracili
        sztuki myślenia i cnoty krytycyzmu, to już “elektorat” w skali statystycznej
        jest raczej bezmyślny i bardzo podatny na tandetne sztuczki specjalistów od
        reklamy. Niektórzy politycy doskonale rozumieją te reguły gry i z powodzeniem
        udają głupszych niż są.

        Jeśli natomiast będą usiłować na poważnie przekonać do swych racji (obojętne,
        co one są warte) zdobędą jakiś odsetek głosów i satysfakcję, że nie robili z
        siebie durniów, ale wyborów raczej nie wygrają – dopóki wybory będą
        stanowić “obywatelski obowiązek”, który każe iść głosować tym, którzy nie
        wiedzą kogo i dlaczego wybierają.

        W tej masie ginie głos świadomego wyborcy, który uzmysławia sobie jakie skutki
        niesie ze sobą określony wybór. I nie chodzi tu wcale o wyborcę wykształconego,
        inteligentnego etc., ale właśnie o wyborcę wolnego, głosującego nieskrępowanie
        dla swych korzyści i korzyści swoich dzieci – to jest dla dobra państwa
        widzianego równ
        • Gość: i ciąg dalszy... Re: A oto tekst... IP: *.wpia.uw.edu.pl 23.08.04, 11:59
          ciąg dalszy...

          W tej masie ginie głos świadomego wyborcy, który uzmysławia sobie jakie skutki
          niesie ze sobą określony wybór. I nie chodzi tu wcale o wyborcę wykształconego,
          inteligentnego etc., ale właśnie o wyborcę wolnego, głosującego nieskrępowanie
          dla swych korzyści i korzyści swoich dzieci – to jest dla dobra państwa
          widzianego również w pewnej historycznej perspektywie.

          Taki wyborca nie będzie zwracał uwagi na walkę na slogany, gadżety, reklamy i
          nie da otumanić się “koniecznością” takiego, lub innego wyboru, do którego
          przekonywać go będzie medialna propaganda najbogatszych stronnictw. Taki
          wyborca nie idzie z owczym pędem prezentowanych w ostatniej chwili sondaży
          wyborczych, bo nie zależy mu, by znaleźć się nazajutrz wśród “wygranych”, lecz
          by osiągnąć rzeczywistą korzyść z wyboru.

          Zamiast więc opowiadać wciąż “elektoratowi” o obowiązku “pójścia do urn”
          i “oddania głosu” lepiej już go raczej zniechęcać. Niech pójdą tylko ci, którym
          na tym rzeczywiście zależy; ci, którzy idą głosować bo czegoś konkretnego chcą,
          bo ich państwo polskie obchodzi i chcą być za nie odpowiedzialni. Skorzystaliby
          na tym wszyscy – także i ci, którzy głosować nie pójdą...

          Trzeba wyraźnie zaznaczyć, iż nie chodzi tu w żadnym razie o powrót do
          jakiegokolwiek dawniej stosowanego cenzusu. Wszystkie one niewiele mają
          wspólnego z wolnością. Nie jest wcale powiedziane, że starszy ubogi profesor
          będzie dokonywał bardziej lub mniej niezależnych wyborów od młodego, zamożnego
          włamywacza.

          Wcale też nie musi być prawdą, że wybór dokonany przez tego pierwszego będzie
          mądrzejszy od wyboru tego drugiego; wszak sam wybór naukowej drogi życiowej
          zdaje się być w naszych warunkach mniej rozsądny niż wybór kariery
          przestępczej... Jaką więc metodę stosować by na wybory ludzie chodzili z chęci
          wyboru, a nie rytualnego spędu?


          Głos powinien kosztować
          Sposób wydaje się być prosty i dotyczy kosztów organizacji wyborów. Do tej pory
          za wybory płacili wszyscy, także i ci, którzy je programowo bojkotowali. Koszty
          wyborów przewiduje się bowiem w budżecie państwa i są one na tyle istotne, że
          ewentualne przedterminowe wybory (np. do Sejmu i Senatu) mogą stanowić nie lada
          problem, szczególnie w obecnym stanie naszych finansów publicznych. Czy nie
          sprawiedliwiej byłoby, gdyby koszty organizacji wyborów – przynajmniej w
          części – ponosili ci, którzy w nich uczestniczą.

          Proponowane rozwiązanie w niczym nie kłóciłoby się z konstytucyjnymi prawami
          obywatelskimi. Nie byłoby też czymś zupełnie nowym, jako, że np. we Francji
          część kosztów wyborczych (druk kart do głosowania) ponosili kandydaci, a nie
          budżet państwa.

          Nikomu nie odbiera też praw wyborczych: głosować może każdy, kto uiści
          zryczałtowany ekwiwalent części kosztów organizacji wyborów. Winien być on
          bardzo niski, by nie wprowadzał żadnego quasi-cenzusu majątkowego, np. równy
          cenie najtańszej butelki piwa. Niejeden obywatel musiałby więc dokonać
          swoistych prawyborów: “piwo czy głosowanie”. Niejeden wybrałby piwo – i o to
          właśnie chodzi.

          Ten minimalny zwrot kosztów organizacji wyborów (nie będący żadną "opłatą" za
          swoje prawa wyborcze) mógłby być wpłacany na wyodrębnione konto bankowe przed
          wyborami, a obywatel szedłby głosować z dowodem wpłaty i dowodem osobistym.
          Możliwe są też znacznie prostsze rozwiązanie: wyborca pobierając kartę do
          głosowania zostawiałby dwa złote w obwodowej komisji wyborczej, która
          przeznaczałaby te pieniądze po prostu dla siebie – w miejsce pobieranej dziś z
          budżetu państwa diety. Żadna buchalteria nie byłaby więc potrzebna.

          Łatwo sobie wyobrazić, iż taka propozycja spotkać się może z głosami potępienia
          ze strony różnych zwolenników demokracji “ludowej”, wierzących święcie, że
          wybory, jako opłacane przez budżet, są “bezpłatne” (jak edukacja i służba
          zdrowia). Część krytyków będzie twierdzić, iż jest to “niemożliwe”, tak jak
          niemożliwe było całe multum najrozmaitszych nowych rozwiązań prawnych i
          ustrojowych, dopóki ich nie wprowadzono w życie (z powszechnym prawem wyborczym
          na czele, które też kiedyś niektórym nie mieściło się w głowie).

          Mogą pojawić się też głosy wskazujące, iż takie rozwiązania zaprzeczają
          społeczeństwu obywatelskiemu, utrudniając powszechną partycypację w życiu
          publicznym, na której nam przecież musi zależeć. Z góry warto więc zaznaczyć,
          iż jest to nieporozumienie wynikające z pomieszania dwóch sfer: bytu i
          powinności.

          Otóż zapewne dobrze by było gdyby większość ludzi była wrażliwa na
          wysublimowane piękno i kochała operę i filharmonię. Ale przekonany jestem, że
          nawet tak znakomity popularyzator muzyki jak Bogusław Kaczyński, nie uważałby,
          iż drogą wiodącą ku uwrażliwieniu społeczeństwa będą masowe spędy do Teatru
          Wielkiego ludzi, którzy woleliby oglądać mecz bokserski albo walkę kogutów.
          Pozwólmy więc ludziom wybierać... czy chcą wybierać. I nie zmuszajmy każdego do
          bycia wolnym – bo jest to jedynie droga do zniewolenia pozostałych.

          Jan Majchrowski
          Rzeczpospolia, 13.08.2004
    • Gość: XXX Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.08.04, 14:20
      Wiesz co to jest "link"? Taka linika tekstu z adresem www.
      A ty wywlekasz cały artykuł...
      Z Twojej interpretacji myśli autora wynika że.... facet bredzi jak
      potłuczony... wygłasza teorie równie dobre jak teorie gloszone przez jego
      oponentów... czyli nie ma co czytac....

      I tak mi mów - artykuł do dupy... i O.K....
      A co do piwa.... hm!!!! a zamiast piwa jakis maly koniaczek?... jakis Martell?
      To moze przeczytam wypociny p. Majchrowskiego....
      • Gość: Uprzejmy Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.wpia.uw.edu.pl 27.08.04, 12:41
        Prosiłeś o link? Dostałeś tekst. I to Cię wkurzyło. To po co prosiłeś o ten
        link? Czy nie po to żeby przeczytać tekst? Za moją uprzejmość brzydko mi
        odpłacasz ... więc Ci jeszcze coś napiszę.
        Otóż myślę, że wkurzyło Cię to, że ten ten artykuł w Rzeczpospolitej jest dość
        długi - a ty po prostu masz kłopoty z czytaniem (nie mówiąc już o rozumieniu
        czegoś, co w tym dość szacownym dzienniku się publikuje). Stąd ten głupkowaty
        komentarz. Dobra rada: zacznij czytać po 20 minut dziennie. Codziennie.
        A swoją drogą takie beznadziejnie prostackie komentarze tylko wspierają
        ryzykowne tezy autora artykułu, który chce, żeby głupki chodziły raczej na
        piwko niż głosować. Gdyby tak było w Gorzowie - to prezydentem tego miasta
        byłaby Ela Rafalska z PiS, a nie SLD-owiec Jędrzejczak. No, ale Gorzów ma
        niestety najniższy poziom ilorazu inteligencji wśród miast wojewódzkich w
        Polsce - co wykazał ostatni Narodowy Test Inteligencji, więc nie ma się czemu
        dziwić, że takie wyniki wyborów i taki poziom dyskusji na tym forum.

        Uprzejmy (Ale do czasu)

        PS. A link w Rzeczpospolitej wygasa po tygodniu czy dwóch - więc jego
        przesłanie nic by nie dało, bo po kilku dniach w ten sposób tekstu byś nie
        odczytał. O tym też nie pomyślałeś, prawda?
        • Gość: as Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.gorzow.mm.pl 28.08.04, 20:25
          A więc jasne Uprzejmy liże dupę Rafalskiej nie widząc jaką jest marionetką w
          rękach Marcinkiewiczów.Ale Uprzejmy, czy ty nie widzisz,że miejsce Rafalskiej
          zajął emerytowany Policjant Surmacz, dawniej w PRL - u Milicjant.Teraz to on
          jest PiS,SZYBKO SIĘ PRZEFLANCOWAŁ.
        • Gość: icek Re: Jan Majchrowski napisał IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.08.04, 21:57
          Wali mnie to co napisal Majchrowski czy inny Kizior z Powiśla....

          Uprzejmie dziekuję za cytowanie jakiegoś przechrzty (przed wojna Majcherek -
          żyd z Powiśla)
    • marek_p Wojewoda napisali 03.09.04, 21:11
      ... winno być !

      Co Wam powiem, to Wam powiem, ale trochę smutno bez niego.
      Podniósł ciśnienie czasem, sam też, zresztą, ostro przeżywał.
      Agresywny gościu i mocno przekonany, o swej nieprzeciętności.
      • Gość: XXX Re: Wojewoda napisali IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.04, 22:17
        W Kraku ostro zamiata... wymienia współpracowników...
        • marek_p Re: Wojewoda napisali 03.09.04, 22:24
          Gość portalu: XXX napisał(a):

          > W Kraku ostro zamiata... wymienia współpracowników...

          Ale w Kraku to chyba inny Majchrowski jest.
          Eseldowski (?) a nie wojewódzki.
          • Gość: XXX Re: Wojewoda napisali IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.04, 22:28
            To mi zabiłeś ćwieka!!!1
            Myślałem że tenże.... duzo tego jeszcze po świecie łazi?
            Nie chce mi sie sprawdzać - wszystkim im ch.... w d.... itd.....
          • Gość: XXX Re: Wojewoda napisali IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.04, 22:36
            Masz "słuszną słuszność" to inny Majchrowski.... nie mniej zamiata i na imie ma
            Jacek a nie jak ten nasz Jasiu.... Pazdrwlajut
            • Gość: ech Re: Wojewoda napisali IP: *.gorzow.mm.pl 04.09.04, 14:43
              Jaki był taki był ale był jakiś. A ci co przyszli po nim: Iwan, Korski phi -
              nijakość.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka