e_werty
29.01.06, 16:57
Zbliżała się północ, a Premier siedział sam w swoim biurze, czytając długą
notę, która
przelatywała przez jego mózg, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu
zrozumienia.
Czekał na telefon od prezydenta dalekiego kraju i poza zastanawianiem się,
kiedy ten
nieszczęsny człowiek zadzwoni i próbami zagłuszenia nieprzyjemnych wspomnień
z całego
bardzo długiego, męczącego i ciężkiego tygodnia, w jego głowie nie było już
miejsca na nic
więcej. Im bardziej próbował się skupić na tekście widniejącym na stronie,
tym wyraźniej
widział triumfującą twarz jednego ze swoich politycznych przeciwników. Ten
szczególny
pojawił się we wiadomościach tego dnia, nie tylko wyliczając wszystkie te
potworne rzeczy,
które wydarzyły się w mijającym tygodniu (tak, jakby komukolwiek trzeba było
o nich
przypominać), ale również wyjaśniając dlaczego każda z nich była winą rządu.
Puls Premiera przyspieszył na myśl o tych oskarżeniach, jako że nie były ani
uczciwe, ani
prawdziwe. Bo niby jak jego rząd miał zapobiec zawaleniu się tego mostu?
Oburzającym
byłoby stwierdzenie, że nie wykładają dość pieniędzy na mosty. Ten, który się
zawalił, miał
niecałe dziesięć lat i najlepsi eksperci nie potrafili wyjaśnić, dlaczego
przełamał się na dwie
części, posyłając tuzin samochodów w głębiny rzeki płynącej poniżej. I jak
ktoś śmiał
sugerować, że to brak policjantów spowodował te dwa wyjątkowo paskudne i mocno
nagłośnione morderstwa? Albo to, że rząd powinien był w jakiś sposób
przewidzieć ten dziwny
huragan w West Country, który spowodował tyle zniszczeń wśród ludzi i ich
własności? I czy
to jego winą był fakt, że jeden z jego wiceministrów, Herbert Chorley, akurat
w tym tygodniu
zaczął zachowywać się tak dziwacznie, że trzeba go było wysłać na przymusowy
urlop?
- Ponury nastrój ogarnął kraj - podsumował jego przeciwnik, niemal nie kryjąc
szerokiego
uśmiechu.
I to niestety była to prawda. Premier sam to czuł. Ludzie naprawdę wydawali
się bardziej nieszczęśliwi niż zwykle. Nawet pogoda była ponura...."