obudzilam sie dzis zupelnie nie w humorze. 2.06 to moj termin porodu, a mala
w najlepsze spi i ani mysli o wyjsciu. wiem ze to nie tragedia, ale od 2
tygodni tak czekam i czekam i wlasnie mnie olsnilo - ja nigdy nie urodze
do konca zycia bede chodzila ze swoim dzieckiem pod sercem, a ono bedzie sie
robilo wieksze i wieksze i wieksze...
a do tego przez te upaly sie przeziebilam i na wczorajszym ktg postraszono
mnie, ze jak sie nie wylecze, to bede rodzila na sali septycznej. ja tak nie
chce...
nogi i rece spuchniete na maxa, waga ciagle idzie w gore... czy to sie kiedys
skonczy? podobno zadna ciaza nie trwa wiecznie - moze moja bedzie pierwsza?
napiszcie co zeobic, zeby nie zwariowac....