Dziewczyny, prawie dwa tygodnie temu, po niekonczacym sie oczekiwaniu i
tysiacach zaklec i modlitw, moja coreczka Lidka zdecydowala sie przyjsc na
ten swiat. Stalo sie to dokladnie 7.06.05. Lidka wazyla 4020 i miala 52cm
dlugosci. No i jest oczywiscie najpiekniejszym dzieckiem na tym swiecie
Porod rozpoczal sie o 12 w nocy odejsciem wod (do wszystkich zaniepokojonych,
ze nie rozpoznaja tego momentu - nie da sie go z niczym pomylic!).
Wiedzialam, ze odejscie wod jest powodem do wyjazdu do szpitala, ale bylam w
niezlym szoku i zanim cokolwiek zrobilam czy pomyslalam - poszlam do lazienki
wziac prysznic, umyc glowe, pozbyc sie wlosow na nogach itp. Akcja porodowa
sie jeszcze nie zaczela, czekalam na skurcze czy jakikolwiek bol, aleponiewaz
nic takiego nie nastepowalo, zadzwonilam do umowionej poloznej (p. Grazyna
Nastula), ktora potwierdzila moje watpliwosci i kazala zbierac sie do
szpitala.
W szpitalu na izbie przyjec przywitala nas milapolozna i zaspany lekarz,
ktory kilka godzin wczesniej tego samego dnia opisywal moje ktg i badal mnie
zaniepokojony zbyt gwaltownymi ruchami plodu. Po przewiezieniu na oddzial
polozniczy zostalismy 'zakwaterowani' w boksie porodowym. Bylam jedyna
rodzaca, na dodatek bez akcji porodowej, wiec pani polozna za bardzo sie nami
nie przejela - zalozyla mi wenflon, podpiela ktg i zniknela gdzies
zostawiajac nas samym sobie.
Tak przeczekalismy ponad godzine do czasu przybycia 'naszej', czyli umowionej
poloznej i dopiero wtedy zaczela sie cala zabawa. Polozna podlaczyla mi dwie
kroplowki, zaaplikowala czopki i powiedziala, ze dluga droga przede mna. Byla
godzina 4 rano.
Pod wplywem oxytocyny zaczely pojawiac sie skurcze. Bardzo sie z nich
ucieszylam, bo wiedzialam, ze dzieki nim moja mala zaczyna swoja droge na ten
swiat. maz caly czas byl ze mna i staral sie jak mogl pomagac mi podczas
skurczow, ktore z chwili na chwile stawaly sie coraz silniejsze. Duzo
zartowalismy i rozmawialismy, ze juz niedlugo bedziemy we trojke. Bardzo
szybko odkrylam, ze pozycja lezaca mnie denerwuje i poteguje bol, przenioslam
sie wiec na pilke (maz asekurowal a podczas skurczu masowal mi plecy), a po
jakims czasie udalam pod prysznic.
Nie wiem dokladnie, ile czasu to wszystko trwalo, ale bol zaczynal byc coraz
silniejszy, a przerwy miedzy skurczami prawie niezauwazalne (to chyba wplyw
oxytocyny, ale nie jestem pewna). Staralam sie jak moglam przetrwac je
dzielnie i efektywnie, panujac w miare mozliwosci nad oddechem. Wiedzialam,
ze jeszcze chwila, a moja coreczka bedzie z nami.
Bylo juz na pewno po siodmej, gdy polozna skontrolowala sytuacje. Z
zadowolona mina stwierdzila, ze jest duuuuzy postep. Juz widzialam to pelne
rozwarcie i glowke dziecka torujaca sobie droge na swiat, gdy dotarly do mnie
jej slowa "rozwarcie 2,5 cm". Prawie zemdlalam! po tak dlugim czasie
skurczow, ktorych prawie nie bylam w stanie wytrzymac, okazalo sie, ze nadal
jestesmy w zasadzie na poczatku drogi

. I chociaz przed porodem obiecywalam
sobie, ze bede dzielna i zniose wszystko bez znieczulenia, nie zastanawialam
sie dlugo, gdy polozna zaproponowala wezwanie anestezjologa. Argument, ze
znieczulenie przyspieszy akcje porodowa tez mial na to swoj wplyw.
I rzeczywiscie. Z trudem dotrwalam do znieczulenia, ktore zreszta nie
rozeszlo sie dobrze i prawa strona okolic krzyza wciaz bolala jak cholera.
Ale wtedy porod ruszyl jak szalony. Wyslalam meza na dwor na spacer i jakas
kawke, zeby choc na chwile oderwal sie od mojej skrzywionej miny i juz po 10
minutach musialam po niego dzwonic, bo Lidka zaczela sie pchac na swiat!
Pchala sie na tyle skutecznie, ze o 10.45 byla juz z nami, a ja szlochalam ze
szczescia trzymajac ja na swoim brzuchu!
Dziewczyny, wiem, ze to co teraz napisze nie raz juz pojawilo sie na tym
forum. Ten moment, gdy klada Ci dziecko na brzuchu, a ono patrzy na Ciebie
takie zdziwione, zaskoczone, cale we krwi i mazi plodowej, machajac raczkami
i zanoszac sie placzem - wierzcie mi, nie ma na swiecie nic piekniejszego! w
jednej chwili caly porod, caly bol przestaje byc wazny! patrzysz w te
zapuchniete oczka i wiesz, ze to jest to, na co czekalas cale 9 miesiecy -
nareszcie spotkalas sie ze swoim dzieckiem!!!
Po porodzie musielismy spedzic w szpitalu 10 dni, bo nasza corka podczas
porodu doznala zlamania obojczyka, a do tego wykryto u niej infekcje
wewnatrzmaciczna, do ktorej najprawdopodobniej przyczynil sie moj katar w
40tc. Gdybysmy wyszly w trzeciej dobie, mialabym jak najlepsze wspomnienia,
ale ten przymusowy pobyt troche nas dobil.
koncze, bo mala sie obudzila i wlasnie placze
pozdrawiam
schaapje