lhea001
27.12.06, 18:33
Witam,
Chciałabym podzielić się z Państwem moim oburzeniem związanym z wygraną Pana
Remigiusza Raka w kolejnej edycji konkursu „Rodzić po Ludzku”.
Pana doktora Raka poznałam na początku mojej ciąży – w pierwszych miesiącach
2006 roku. Chodziłam do niego prywatnie, zostawiając miesięcznie nawet
kilkaset złotych. Byłam badana podczas każdej wizyty, co uważam za bardzo
właściwe, a nawet konieczne, zdania mojego nie podziela jednak gro
warszawskich położników. Wracając jednak do Pana Raka...
Idąc do niego miałam już wyniki badania na toksoplazmozę. O skierowanie na
badanie w kierunku cytomegalii upomniałam się sama.
Pan doktor w swoich oczach uchodził za wspaniałego specjalistę od USG.
Uwierzyłam temu i ja. Jego opowieści o konsultacjach z warszawskimi sławami
jak doktor Roszkowski były bardzo przekonywujące.
Przyszła pora na USG połówkowe, był nasz 23 tydzień. - Dziecko rozwija się
wspaniale – A serduszko?? – Serce zdrowe, piękne. Wszystko w porządku. Tak
mniej więcej wyglądała nasza rozmowa.
38 tydzień – dwie nieprzespane doby. Trzeciej koło 11:00 zaczyna się coś
dziać. Na 19 z minutami mam umówioną wizytę u mojego ANIOŁA... Ale dzwonię.
Pierwsze dziecko, więc doświadczenie zerowe, ale wydaje mi się, że odchodzą
wody. W bardzo małych ilościach (okazało się później, że pęcherz płodowy pękł
w górnej części, więc żadnego spektakularnego widowiska nie było). Przekazuję
moje obawy lekarzowi - Ależ nic się nie dzieje. Pytam, czy mam czekać do 19,
albo, znając kolejkę i opóźnienia w gabinecie, jeszcze dłużej, czy jechać do
szpitala. Sytuacja jest jasna – jeżeli odchodzą wody może dojść do zakażenia
dziecka. Ja rodzę po raz pierwszy, Pan doktor po raz 1001, a może i kolejny.
On będzie wiedział, co mam zrobić. Wiedział... Powiedział mi: „Niech Pani
robi to, co Pani serce dyktuje.” Brzmi mi to w głowie do dziś. Jemu serce
dyktowało, że o 19:00 wpadnie mu jeszcze stówka do kieszeni. Zadzwoniłam do
koleżanki – anestezjolog pracującej w Szpitalu Bródnowskim. Szybko
skonsultowała się z położnymi – natychmiastowy telefon – mam przyjeżdżać jak
najszybciej, a w ogóle - co ja jeszcze robię w domu??!!
W szpitalu okazało się, tak jak pisałam wcześniej, że naruszony jest pęcherz
płodowy. Od co najmniej kilku godzin sączyły się wody płodowe. Dostałam
kroplóweczkę na rozpęd i.... po jakimś czasie okazało się, że dziecko nie
wchodzi w kanał rodny. Nagle tętno zaczęło spadać. Błyskawiczna reakcja
zespołu dyżurującego. Nawet nie wiem, kiedy znalazłam się na stole
operacyjnym. Po wybudzeniu, jeszcze w majakach dowiedziałam się – 10 punktów,
2990, 51, była za krótka pępowina, stąd konieczność cięcia. Szczęśliwa z
synkiem u boku zapadłam w sen.
W drugiej dobie okazało się, że coś jest nie tak. Diagnoza brzmiała jak
wyrok – wrodzona wada serca - przełożenie wielkich pni tętniczych. Moje
pierwsze pytanie – czy to było widać na USG – odpowiedź bez wahania – tak.
Krótko i na temat. Lekarze byli oburzeni tym, że lekarz prowadzący ciążę nie
odkrył wady. Wprawdzie w naszej sytuacji nic by to nie zmieniło. Na szczęście
rodziłam w dobrym szpitalu, pod okiem wspaniałych specjalistów. Wada została
rozpoznana błyskawicznie przez równie wspaniałą Panią doktor neonatolog. Już
w trzeciej dobie moje dziecko było w Centrum w Międzylesiu.
Mój synek zmarł w wyniku komplikacji pooperacyjnych. Miał dwa tygodnie...
Nie wiem, czy chciałabym wiedzieć o Jego wadzie, myślę, że moja niewiedza
pozwoliła mi na szczęśliwe donoszenie ciąży. Jednak nie lekarzowi o tym
decydować. I to świdrujące mi głowę zdanie – „Niech pani robi, co pani serce
dyktuje...”. Zadzwoniłam do Pana Raka. Poinformowałam go o chorobie mojego
synka. Powiedział tylko – zdarza się.
Wnioski? Ciężko je skonstruować. Pierwszym pytaniem jest pytanie o
fachowość „specjalisty”, który mnie prowadził. Brak prawidłowej diagnozy, w
sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia powoływanie się na „porady serca”. Nie
tak powinien, moim zdaniem, zachowywać się lekarz przyjazny dziecku i matce.
Laureat prestiżowej nagrody fundacji, która ma za zadanie wskazanie ciężarnej
kobiecie najlepszego wyboru.
Pani z Fundacji, z którą rozmawiałam telefonicznie, zapytała mnie, dlaczego
nie skontaktowałam się wcześniej, nie opowiedziałam swojej historii.
Odpowiedź jest prosta. Nie mam się czym chwalić... A do końca życia w głowie
będzie mi się kołatało zdanie wypowiedziane w chwili zagrożenia przez mojego
ówczesnego położnika „Niech pani robi to, co pani serce dyktuje...”