Hej!
8 grudnia, na tydzień przed terminem, urodziłam w Międzylesiu córeczkę. Mimo
pojawiających się ostatnio na forum kilku nie do końca pochlebnych opinii o
tym szpitalu, zdecydowaliśmy, że jedziemy TAM.
Wody zaczęły mi się sączyć tuż po szóstej rano. Skórcze były słabe, prawie
żadne. Zadzwoniłam do szpitala, położna powiedziała, żeby przyjeżdżać, bo
zwykle 2h od odejścia wód pojawiają się silne skurcze. Zapytałam, czy są
miejsca. Powiedziała: niech pani przyjeżdża.
Nie spiesząc się, wykąpałam się, dopakowałam torbę, uspokoiłam męża, że nie
ma się czym denerwować i pojechaliśmy. Teraz szczegóły (będzie bardzo długo):
1. Izba przyjęć.
Tuż po zapisaniu w okienku przyjęć zajęła się mną mało sympatyczna pani
(salowa?), sprawiająca wrażenie osoby z pretensjami. Zapytała, czy jestem
wygolona. Powiedziałam, że nie - co wywołało jej zdumienie. Okazało sie
jednak, że mam prawo nie zgodzić się na golenie, co oświadczyłam dopiskiem na
karcie przyjęć. Koszulę do porodu dostałam po kolejnych pretensjach, ze jak
to nie mam? Wszystkie kobiety przyjeżdżające do porodu mają. A ja ledwie
spakowałam torbę dzień wcześniej, zrobiłam pranie i nie wszystko mi wyschło,
czego owa pani zrozumieć nie mogła.

Koszulę de facto miałam, ale na okres
po porodzie. Dostało się też mojemu mężowi, który ośmielił się skorzystać z
NIEWŁAŚCIWEJ toalety (tylko dla pacjentek).
Następnie podążyłam z panią na oddział położniczy i tam sytuacja diametralnie
uległa zmianie

))
2. Sala porodowa i poród
Przyjęła mnie pani Celina Grygo - cud kobieta, do rany przyłóż. Zbadała,
stwierdziła brak rozwarcia, podłączyła KTG, powiedziała ciepło, że mimo iż
wody odchodzą, to będzie trwało długo... Sala do porodów rodzinnych (200 zł)
była wolna. Miejsce bardzo przyjemne, sąsiadujące z dyżurką położnych,
połączone otwartym okienkiem z nieprzezroczystą firanką. Salka podzielona na
dwa pomieszczenia: poczekalnię z miękką kanapą i fotelem, stolikiem, szafką z
czajnikiem, herbatą, etc. Częśc porodowa także całkiem sympatyczna, poza
łóżkiem, które wygladało na bardzo stare (potem, podczas silnych skurczy i
samego porodu zupełnie nie zwracałam na to uwagi - po prostu nieistotny
szczegół). Zbadała mnie lekarka, której nazwiska nie pamiętam, niemniej
jednak nabrałam do niej zaufania. Dostałam oksytocynę. Kiedy skurcze się
nasiliły, dostałam piłkę, na której przesiedziałam ze 3-4 godziny. Na
złagodzenie bólu i zmiękczenie szyjki dostałam Dolargan, po którym przestało
boleć, ale i lekko zostałam oszołomiona (efekt "głupiego jasia"). Kiedy
skurcze stały się nieznośne i nie dawałam rady siedzieć na piłce, przeniosłam
się na łóżko. KTG było podłączone niemal przez cały czas. Dostałam dla
odpoczynku kroplówkę z samą solą fizjologiczną (chyba), co przyniosło ulgę.
Zrobiono mi leukocytozę, potem kolejna oksytocyna. Na znieczulenie (500 zł)
było za wcześnie, bo o szóstej rozwarcie nie przekraczało 2 cm. Ponieważ nie
mogłam już leżeć, chodzić, ani siedzieć na piłce, usiadłam na łóżku, a pod
plecy podłożono mi worek sako. Też drobna ulga. Jeszcze dwa razy Dolargan,
kolejna leukocytoza, czy nie ma zakażenia i jednocześnie wskazania do c.c.
Kiedy zdecydowaliśmy się na znieczulenie, musieliśmy poczekać na wyniki
leukocytozy (ok. 30 min - zrobili przed czasem, bo gryzłam ściany), a jak
wyniki się pojawiły, to lekarz stwierdził rozwarcie na 8 cm! Była dziewiąta
wieczorem. Zlazłam z łóżka i kucnęłam przed fotelem błagając o litość

O
9:30 pierwsze skurcze parte, o 9:45 miałam Króliczynkę na brzuchu!!!
Krocze nacinane rutynowo (podejrzewam, że można się sprzeciwić). Ani lekarz
ani żadna z położnych nie wyrazili swojej dezaprobaty w związku z
niewygolonym kroczem.
Przez większą cześć porodu towarzyszyła mi pani Celina, potem zastąpiła ją
pani Jolanta Zielińska. Obie bardzo mi pomogły tak psychicznie jak i w
kwestii samego porodu. Jestem im szczerze wdzięczna. Później spotkałam
jeszcze jedną bardzo sympatyczną położną (młodsza od obu ww. pań), ale
niestety nie pamiętam jej nazwiska. Na pewno jest godna polecenia.
3. Opieka po porodzie
Leżałam na sali jednoosobowej (zielonej - 100 zł/doba). Dziecko zwykle jest
na pierwsze kilka godzin zabierane do pielęgniarek noworodkowych, żeby mama
mogła odpocząć. Kąpanie ok. 8 rano + karmienie, jeśli mama nie ma pokarmu,
bądź ma go za mało. Oczywiście na dokarmianie mlekiem modyfikowanym można się
nie zgodzić. W nocy nie spałam, ze względu na ból krocza - położna (p.
Bożena - także przesympatyczna osoba) dała mi Apap, a następnie coś
mocniejszego, bo Apap przestał działać po 2h. Maleńką przywieziono mi
przewiniętą, ubraną w szpitalne ubranka i zawiniętą w kolorowy szpitalny,
flanelowy becik po kąpieli i karmieniu, ok. 10:00. Pielęgniarka pomogła mi
Małą przystawić do piersi. Potem, kiedy tylko czegoś potrzebowałam (chociażby
zawinąć becik profesjonalnie, bo nie umiałam i dziecko mi sie rozgrzebywało)
ZAWSZE mogłam liczyć na serdeczną pomoc pielęgniarek noworodkowych. Podobnie
z położnymi. NIGDY nie poczułam się jak osoba, której się nie chce, która
marudzi, która udaje, że nie potrafi, która wymaga niewiadomo czego. Dostałam
taką pomoc, jakiej potrzebowałam, a nawet więcej.
4. Opieka lekarska
Ponieważ nic mi nie dolegało, niewiele mogę powiedzieć nt. lekarzy
zajmujących się mną. Generalnie życzliwi, profesjonalni, często żartowali.
Ordynator na pierwszym obchodzie znał przebieg mojego porodu i potrafił ze
mną na ten temat porozmawiać, zażartować. Natomiast niezmiernie cenię sobie
panią Galinę Feder - pediatrę. Mała miała problemy ze skórą, w związku z
czym, właśnie decyzją pediatry, zostałam w szpitalu dwa dni dłużej. Dziecko
było poddane terapii tlenowej w tzw. cieplarce przez kilkanaście godzin,
kąpane dwa razy dziennie w nadmanganianie potasu. Rumień i krostki zaczęły
wysychać, nowe się nie pojawiały, Mała zdrowa, więc doczekałam się na wypis.
Lekarz wyjaśniła dokładnie, jak mam postępować z Małą, zaproponowała
konsultację w razie wątpliwości, problemów.
5. Warunki socjalne i higieniczne.
Łazienki i pokoje czyste. Widać, że niedawno był remont. Na oddziale bardzo
ciepło, po wyjściu spod prysznica nie czułam zimna. Toalety zamykane.
Prysznice o rozmiarze uniwersalnym (przynajmniej dla mnie)

. Każda sala ma
inny kolor, w związku z czym inną nazwę. Telewizory płatne (max. 2 zł/h).
Niewygodne łóżko - twarde, z dołkiem w materacu, na co znalazłam sposób
umieszczając tam koc. I to chyba - jak dla mnie - jedyna niewygoda.
Podsumowując: jeśli wszystko pozostanie tak, jak ja to odebrałam, nie zmieni
się na gorsze, to następny poród także i TYLKO w Międzylesiu.
Pozdrawiam.
Magda