Miesiąc temu rodziłam na Żelaznej. Moja rada dla dziewczyn, które planują tam
poród i chcą go mile wspominać: opłaćcie własną położną. Ja nie zrobiłam tego
i przypłaciłam to silną depresją. Najpierw było dla mnie oczywiste, że będę
miała własną położną, ale później, czytając posty równiez na tym forum,
doszłam do wniosku, że wszystkie połozne z Zofii są świetne więc ta, która
będzie na dyżurze na pewno poprowadzi mnie bardzo dobrze - niestety
przeliczyłam się. Rodziłam z położną Agnieszką Pilaszek i byłam jedyną
rodząca w tym czasie. Położna generalnie nie przejmowała się mną.
Zaproponowała zzo, a następnie znikła. Przez pierwszą fazę porodu i większą
część drugiej przeprowadził mnie mąż - na szczęście pilnie słuchał na
zajęciach w szkole rodzenia

Spacerował ze mną, robił ćwiczenia na podłodze
i przy drabinkach, ale cały czas czekaliśmy, że pojawi się położna i z wyżyn
swojego doświadczenia zaproponuje jakieś ćwiczenia i pozycje, które pozwolą
mi dobrze i szybko urodzić. Położna, gdy w końcu mąż ją poprosił do nas,
kazała mi położyć się na plecach. Na początku myślałam, że tylko do badania,
ale niestety w tej pozycji zostałam już do końca. Moją frustrację pogłębiało
to, że w jakiś niesamowity sposób mój organizm podpowiadał mi, co powinnam
robić. Wiele razy mówiłam położnej, co chcę robić, ale ona patrzyła na mnie
jak na rozkapryszone dziecko i powtarzała, że później, a w końcu oświadczyła,
że nie mogę zmienić pozycji ani chodzić, bo dziecko jest źle ustawione i
musimy się spieszyć (nie wiem co mogła tu przyspieszyć pozycja na plecach,
poza tym z USG zrobionego tydzień wcześniej wiedzialam, że dziecko jest
ustawione dobrze i nawet mam tę informację wpisaną na wypisie ze szpitala,
ale kiedy rodziłam nie miałam za bardzo siły na dyskusje, poza tym myślałam,
że coś nagle się zmieniło w ułożeniu dziecka). Oczywiście położna nacięła
mnie dość szybko. Do nacięcia przygotowywała się dość ostentacyjnie, co nie
sprzyjało koncentracji na parciu. Dostałam córcię na brzuch na bardzo krótko,
szybko zabrano ją do neonatologa (w karcie wpisano, że kontakt "skóra do
skóry" po porodzie trwał 2 godziny). Później było przystawienie do piersi -
położna obejrzawszy mój mały biust oświadczyła, że na pewno będę miała
problemy z karmieniem. Oczywiście wykrakała - teraz z trudem buduję laktację,
a lekarz z poradni laktacyjnej mówi, że z osób, które robią komentarze tego
rodzaju należy drzeć pasy. Z relacji dziewczyn, z którymi byłam na sali po
porodzie wiem, że poród w Zofii może wyglądać inaczej i można przeżyć go
wspaniale. Również z położną z dyzuru. Ale można trafić źle, tak jak ja, a
uwierzcie mi, na tym nie warto oszczędzać. Czytałam posty, w których bardzo
chwalono moją położną - myślę, że były to komentarze osób, które płaciły jej
za obecność przy porodzie. Jeśli chodzi o medyczną stronę mojego porodu, to
nie mogę położnej nic zarzucić. Mogę tylko popłakać nad jej bezdusznością.
Życzę Wam szybkich i dobrze przeżytych porodów. Pozdrawiam Was bardzo