W 2005 rodziłam w Szpitalu Miejskm przez przypadek i bardzo dobrze to
wspominam !
Wg planu miałam rodzić na Unii Lubelskiej, bo byłam pod kontrolą P. Patologii
Ciąży. W sumie nic poważnego się nie działo, ale wg mojej pierwszej
prowadzącej leppiej było mnie tam skierować - pierwsza prowadząca pracowała w
Szp. Miejskim. Tak, więc wyladowałam na patologii..
Poszłam raz na jedną z ostatnich kontrol (termin za dwa tygodnie), a tu się
okazuje, że ktg jest złe... Tamtejsza prowadząca mnie, dzwoni na oddział czy
mają wolne łóżko - chociaż pół na korytarzu (??!!), a w słuchawce ktoś
powiedział, że nie. Więc Pani lekarka powiedziała, że z wynikami mam iść do
innego szpitala. Sama zapytałam czy moge do Miejskiego (pamiętałam o
pierwszej prowadzącej) - lekarka potwierdziła i puściła mnie "wolno.
I tu mam kilka zastrzeżeń:
1. Skoro wyniki miałam złe, trzeba było mnie przetransportować może...??
2. Nie powiedziano mi jak bardzo sa one złe!
Uznałam, że skoro lekarka nie wysłała mnie do innego szpitala karetką, to nic
się nie stanie, jak poczekam ze szpitalem. Poszłam do domu, porozmawiałam z
mężem, spakowałam się, zjadłam obiad i po kilku (!) godzinach poszłam do
szpitala Miejskiego.
Tam pielęgniarka robiąca mi ktg już po chwili zorientowała się, że coś jest
nie tak i zawołała lekarza. Ten porównał ktg z moim pulsem - okazało się, że
puls zwalnia i chciał się upewnić czyj...
W ciągu kilku chwil zadecydował o wywoływaniu ciąży. Niestety na sali okazało
się, że trwałoby to zbyt długo, a puls sadał cały czas i podjęto decyzję o
cc.
Z powodu zjedzenia przeze mnie obiadu prawie tuż przed przybyciem, miałam
znieczulenie w kregosłup (nie wiem jak sie ono nazywa, ale nie jest mi ta
wiedza jakoś potrzebna

).
ekarz robiący mi znieczulenie opowiadał mi co się dzieje i zagadywał bym nie
zasnęła. Był sympatyczny i kompetentny (nic nie bolało, ani w trakcie trwania
znieczulenia, ani podczas jego wykonywania).
Wszystko przebiegło szybko, sprawnie, miło i szczęśliwie (dziecko zaplatało
się w pępowinę)!
Po porodzie pokazano mi synka i zabrano go do sali noworodkowej (dostał
10pkt).
Nie mam absolutnie żalu, że większość decyzji (o goleniu, lewatywie - w sumie
potem okazało się, że było to niepotrzebne) odbyło się bez pytania mnie o
zgodę. Najważniejsze, że synek jest zdrowy!
Co do traktowania po porodie tez nie mam zastrzeżeń

Może poza nadgorliwością

Ale to akurat było miłe.
Pielęgniarki prawie co kwadrans zaglądały i pytały czy chce jakieś środki
przeciwbólowe, bo w końcu jestem po cc.
I bardzo się dziwiły, że odmawiam

A mnie nic nie bolało.
Tylko raz poprosiłam o leki - po pierwszym spacerze

Synek w ciagu dnia był u mnie, chyba, że akurat miał lampy (miał podejrzenie
żółtaczki), a w nocy na oddziale. Tak więc mogłam nabrać siły do opieki nad
nim już w domu. Po pięciu dniach oboje wyszliśmy do domu (mogliśmy na czwarty
dzień, ale akurat dyżur miała lekarka, która nie odbieała synka przy porodzie
i wolała decyzję o wypisie pozostawić tej co przyjmowała dziecko - chodziło o
lekką żółtaczkę, ale w sumie jeden dzień dłużej nie wpłynął negatywnie na
moje wrażenie).
Aha, ja - niejadek, stwierdzam, że jedzenie było przepyszne!

Tylko porcje głodowe lub ja jakoś wygłodzona (po cc nie mogłam szaleć) i
ostatni posiłek był około 17-stej... Pod wieczór to prawie wszystkie
choziłyśmy potwornie głodne i myślałysmy o śniadaniu

)
Pozdrawiam serdecznie

))