Juz osobny wątek zaczynam, bo ten nasz o Domu Narodzin zrobił się jakoś
wielgaśny

------------
2 maja 2007 o g. 0.10 przyszła na świat moja druga córeczka- Hania Kostka vel
Hanna Konstancja

Urodziła się tutaj:
www.domnarodzin.pl Możecie poczytać o idei,
prowadzeniu itd.
To niezwykłe miejsce odpowiedziało na nasze (mam na mysli siebie i męża)
Zapotrzebowanie Porodowe w sposób, o jakim marzyliśmy 5 lat temu -gdy miala
się narodzić nasza pierwsza córka. Wtedy próba porodu doomwego skończyła się
szpitalem i okołoszpitalnymi minitraumami, które moze dla innej osoby byłyby
czymś zwykłym, ale akurat moja psychika i fizyka

wysiadły podczas
ponadtygodniowego tam pobytu,a wczesniej długiego porodu pełnego roznych
interwencji lekarsko-farmakologicznych.
Kwalifikacja do porodu w DN była długa i pełna ścisłych reguł, ale
rozumielismy doskonale te wymagania, sami zwracając uwagę na ew. różne
'podejrzane' wyniki, problemy ciążowe. Wszystko mogło byc ważne, jeśli chodzi
o bezpieczny poród i nie wysyłanie karetką (któa zawsze umówiona czeka na
wszelki wypadek) mnie rodzącej do pobliskiego szpitala.
Kiedy przyjechaliśmy 1 maja do DN (zmobilizowani przez moje calonocne i
porankowe skurcze i niektóe koleżanki z tegoż forum

), przywitała się z nami
położna- ale nie ta, z którą się umawialismy. Więc-mój stres. A z drugiej
strony-niespodzianka: bo po pierwsze to słynna położna od porodów
domowych-Irena Chołuj, a po drugie- to ona kiedyś przygotowywala się z nami do
przyjęcia na świat pierwszego dziecka i ona w koncu w nocy te 5 lat temu
zawiozła nas do szpitala. Stres- myśl: 'o nie, wtedy z nia sie nie udalo,
teraz sie nie uda tez!'
A jednak- choc później przyjechala 'nasza' połozna z umowy, przywożąc mi
specjalnie z Fundajci Rodzic po Ludzku piłkę, o którą prosiłam, to w końcu
zostala z nami Irena, a Kasia (będąca po dyżurze) pojechała do domu, obiecując
wrócic rankiem. I nie mogło byc lepiej. Dla mnie- nie wierzącej w siebie,
nerwowej, pospieszającej ('KIEDY ja urodzę?', 'przecież drugie dziecko miało
się rodzić SZYBCIEJ', 'to ile jeszcze do tych 4/5/8 cm?', 'to moze teraz
to/tamto?'), spokój i doświadczenie Ireny były zbawieniem. Także dla mojego
męża

Późnym wieczorem dojechała jeszcze jedna położna- Małgosia z Rawy
Mazowieckiej. Swietna, spokojna, ciepła, odpowiadająca na moje przedziwne
pytania podcas przerw w najwiekszych skurczach, pomagająca, wspierająca...
Poza tym- ona była naprawdę szczęśliwa, że uczestniczy w naszym porodzie i
DZIĘKOWAŁLA nam za to!
Generalnie- to naprawdę BYŁ poród RODZINNY. Nikt nad nami nie stał, a
jednoczesnie wiedzielismy, ze w każdej sekundzie możemy prosic o tę obecność.
Szanowano naszą intymność, mogłam wędrowac po całym domu, chodzic sobie do
łazienki bez ogłaszania tego, prosic o wszystko (piłkę, wodę, ręczniki, krem
na suche usta, kołdrę przynoszono mi z pokoju do pokoju, gdy w ktoryms
momencie poczulam, ze MUSZĘ sie położyc i miec ciepło) itp). przez długi czas
byliśmy na górze tylko my-ja i mąż (połozne na dole-czuwając, reagujac na
wołanie męża czy jakies gwaltowne ruchy z naszej strony). W ciszy, ciemnosci,
trzymając sie za ręce, przekraczając kolejne stopnie bólu i czekania, w jakims
takim bezczasie dziwnym. Skurcz- ja:'woda', on podawał (mineralna i w sprayu
), znowu za rękę.
Nie było kafelków, boksów, szpitalnej bieli, zapachu (polożne zapaliły mi
świeczki, ale potem mnie to drażniło-zgasiliśmy; tak samo-włączono mi muzykę,
ale okazało się, że nie chcę jej słuchac)), koszul nocnych, jakichś obcych
osób na korytarzach, w salach. Wiedziałam, że tym razem tylko najwyżej 3
(znajome) osoby słyszą moje przekleństwa, krzyki, czy oddychanie głośne. To
było dla mnie ważne. Mogłam myśleć o sobie, o rodzeniu. 'PRzenieś się na inną
planetę'-napisała mi w smsie przyjaciółka. Tak właśnie dało się zrobić. GWM-
faktycznie w T-shirtach męza kończyłam rodzenie

(na począktu parę godzin w
pełnym ubraniu sobie chodzilam). Nie bylo oksytocyny, bolesnych badań, masażu
szyjki itp ...brr. 2 razy sprawdzone rozwarcie, ktg raz na lezaco tylko (nie
moglam wytrzymac lezenia), potem Irena chodzila za mna z tym aparatem i
sprawdzała serce dziecka. I ta ulga, gdy ponad 130, ze ok, ze wizja szpitala
odchodzi. A potem- 160- o rety, Hanka przyspiesza, niedługo koniec!
Nikt nie mial pomyslu przebijania pęcherza, choć do ostatnich 10 minut błl
caly, nikt nie wypychal mi łokciem dziecka z brzucha ani potem na siłe łożyska.
Okazalo sie, że można urodzic nie umierając z głodu, bez oksytocymy, bez
dolarganu i zzo, że można urodzić i byc przytomnym do samego końca, wiedzieć
co sie dzieje, miec panowanie nad sytuacją. Choć nie chodzilam tym razem do
szkoły rodzenia, nie ćwiczyłam oddychania, pozycji itd- w trakcie porodu ja po
prostu słuchając siebie (mialam na to czas, spokój, możliwość), wiedziałam JAK
mam oddychac, by przetrwac skurcz, gdzie stanąć, jak się oprzeć itd!
Mogłam sobie otwierac okna, gdy było mi duszno i zwieszać sie nad
późnowieczornym Mokotowem, mogłam sobie pisać smsy do Was biorąc telefon z
komody , której domowy, a nie szpitalny wygląd jakos dawał mi spokój, tak samo
zresztą jak obrazki, drewniana podłoga, poduszki, całość oglądana przeze mnie.
Mialam PRZESTRZEŃ, a jednocześnie poczucie bezpieczenstwa i 'zamknięcia' -nie
wiem, jak Wam to wyjasnić.
Gdy na samym końcu poczulam, ze MUSZĘ wejść do wanny (wcześniej jakoś nie
chciałam), już nie pod prysznic (chyba zużyłam termę z 10 razy, jesli nie
więcej

), położne zaczęły sie dwoić i troić, żeby ja szybko napełnić, a
jednocześnie i tak był spokój i śmieszne odpowiedzi na moje: 'a co wy sę tak
szykujecie? przecież to jeszcze z milion lat potrwa!".. To ja poganiałam, ale
Małgosia mnie wyciszyła A mąż wymyslil, zeby grzac wodę w czajniku i dolewac-
wiec do kuchni po czajnik i już zaraz byłam w tej upragnionej wannie, polewana
z każdej strony i chwalona za wszystko

SŁUCHANIE i maksymalne wspieranie rodzącej - to dostalam m.in.
Po przyjezdzie i pierwszym (zarazem ostatnim) zmierzeniu siły skurczy,
najpierw wysłano nas na spacer i chodziliśmy sobie pięknymi , pustymi
uliczkami, przystając na skurcze

potem mąż kupił w kanjpie obiad, ale
okazalo sie, ze nie bardzo mam ochotę jeść. Chodzilam po schodach w DN , potem
w ogrodzie - opierając się o drzewa podczas skurczu, uspokajając się
patrzeniem na piękne bzy. Irena zrobila dla mnie bukiet -'żeby mi było miło' i
ustawiła w pokoju porodowym . Hanka kojarzyć mi się będzie z bzami.
Gdy Hanka sie urodziła (bez ostrych świateł, kładzenia się, zamieszania), mąż
zaczął coś wykrzykiwać, ja też (w stylu:'udało mi się! urodziłam dziecko!')
--Irena powiedziala:'ciii'. Uciszyliśmy sie, Hanka była spokojna. 'Dzieci
rodzone w szpitalach -powiedziala Irena- krzyczą, mają zwinięte piąstki.'
Rączki Hanki były lagodnie otwarte, krzyknęla porządnie długo potem, gdy nie
mogła złapać piersi, a wrzeszczała jeszcze później podczas pierwszego
czyszczenia, ubierania
Cały czas spokoj, ustaliliśmy godzinę narodzin, mąż powysyłał smsy i potem
dawał mi komórkę ze wzruszającymi odpowiedziami-m.in. od Was

Małgosia
poprawiająca mnie, by bylo wygodnie, mój mąż przestraszony maleńkością dziecka
('nie wiem jak ją wziać!'), potem pomoc w odprowadzneiu mnie do łóżka, czuję,
ze muszę słodką herbatę wypić (a przeciez nie słodzę!) -zaraz ją dostaję.
Potem wszyscy troje zasypiamy w małym, ładnym pokoiku. Śpimy spokojnie parę
godzin, rano przyjeżdza Kasia, śniadanie do łózka, potem pediatra, znowu
śpimy, obiad, śpimy, po drodze chyba 1 karmienie. Mozemy się umyć, dostajemy
ręczniki, mozemy co chcemy

Hanka spokojna. Michasia (oksytocyna, dolargan,
zero mojego jedzenia podczas strasznie dlugiego porodu, wypychanie łokciem,
zabranie szybkie do przewiajani, mycia, badania) krzyczala ciągle, w kółko mi
ją zabierano na jakies szczepienia, naświetlania, ważenia, gwałtowne mycie pod
kran