psie.pole
29.07.04, 09:34
Kanclerz może zamknąć przeszłość
PIOTR SEMKA
Jesteśmy tuż po wizycie prezydenta Niemiec Horsta Köhlera i przed przybyciem
do Warszawy kanclerza Gerharda Schrödera z okazji 60. rocznicy Powstania
Warszawskiego. To dobry moment, by postawić pytania o taktykę polskiej
dyplomacji w kwestii indywidualnych roszczeń niemieckich i gotowości
Republiki Federalnej do ostatecznego rozwiązania tego problemu.
Gorący polityczny sezon w stosunkach polsko-niemieckich otworzyła wizyta
prezydenta Horsta Köhlera w Polsce. Jak wielokrotnie podkreślano, nowa głowa
państwa niemieckiego jako miejsce swojej pierwszej, acz nieoficjalnej, wizyty
wybrała Warszawę, a nie Paryż. Media niemieckie i polskie dostrzegły w tym
demonstrację woli niemieckiej dyplomacji, by pojednanie naszych narodów
poszło śladem pojednania Niemców i Francuzów.
Polacy z uznaniem przyjęli słowa niemieckiego przywódcy
podtrzymujące "deklarację gdańską" Johannesa Raua i Aleksandra
Kwaśniewskiego, potępiającą między innymi wysuwanie indywidualnych roszczeń
przez Niemców wysiedlonych po drugiej wojnie światowej. Wzmocnieniem tej
deklaracji były wypowiedzi prezydenta Köhlera wyraźnie dystansujące się od
działalności Powiernictwa Pruskiego.
Köhler przypomniał, że istnieje w Niemczech ponadpartyjny consensus co do
braku poparcia dla takich roszczeń. Jednocześnie przypomniał, że ani
prezydent RFN, ani rząd niemiecki nie mogą zabronić poszczególnym obywatelom
występowania ze swoimi roszczeniami wobec trybunałów europejskich.
Wiele wskazuje na to, że Köhler przyjechał do Polski z bardzo ściśle
określonym przesłaniem, określonym w porozumieniu z rządem RFN.
Z jednej strony podkreśla ono wyrazisty brak poparcia państwa niemieckiego
dla roszczeń indywidualnych wysiedlonych, z drugiej zaznacza, że Polska nie
powinna oczekiwać od państwa niemieckiego zrzeczenia się roszczeń majątkowych
w imieniu wszystkich Niemców.
Teza ta trafiła na łamy części polskich mediów w postaci sugestii niemieckich
komentatorów. Najwyrazistszym jej przejawem był komentarz Christopha von
Marschalla w "Tagesspiegel", której najbardziej istotną tezą było
stwierdzenie, że rząd Niemiec nie ma zamiaru "ściągać na siebie
wielomiliardowych roszczeń".
Trudno uwolnić się od podejrzenia, że teza von Marschalla jest miarodajna dla
stanowiska niemieckiego rządu. Jeśliby więc tak spojrzeć na komentarz
w "Tagesspiegel", oznacza to, że Schröder podczas wizyty z okazji rocznicy
powstania ograniczy się do oddania czci ofiarom tragedii polskiej stolicy bez
przedstawienia propozycji rozwiązania ostatniego bodaj problemu w relacjach
polsko-niemieckich, którego geneza sięga poprzedniej wojny.
Po Normandii Warszawa?
Każdy gest pamięci ze strony przywódcy niemieckiego państwa przypominający o
niezbyt znanym w Niemczech Powstaniu Warszawskim jest godny szacunku. Przy
całym jednak uznaniu dla inicjatywy Schrödera przypomnieć warto, że
przełomowym gestem były przeprosiny prezydenta Romana Herzoga w 1994 roku.
Można odnieść wrażenie, że wizyta Schrödera w Warszawie jest raczej
lustrzanym odbiciem wizyty niemieckiego kanclerza w Normandii, która była
elementem niemieckiej "polityki historycznej". Polityki ostatecznego
podsumowywania i zamykania moralnych wyzwań z czasów drugiej wojny światowej.
O ile jednak w relacjach Niemiec z dawnymi przeciwnikami z Zachodu brak już
jakichkolwiek punktów zapalnych, o tyle w kwestii relacji RFN z Polską i
Czechami pozostaje niezamknięta sprawa wzajemnych roszczeń materialnych. Mimo
że są to roszczenia prywatnych osób i stosunkowo wyizolowanego politycznie
Powiernictwa Pruskiego, to nie sposób zgodzić się z tezą, że jakikolwiek
oddolny rewanżyzm sądowy może być dla państwa niemieckiego obojętny.
Niemieckie urzędy w kilku przypadkach rozpoczęły procedurę żądania zwrotu
odszkodowań za utracone mienie wobec tzw. Spaetaussiedlerów, czyli późnych
przesiedleńców z lat 70. i 80., którzy wyjeżdżali z Polski na mocy umów RFN z
władzami PRL. Według nich w świetle prawa - wskutek zaniedbań władz polskich -
przesiedleńcy ci mają wciąż tytuł prawny do swojego mienia na polskich
ziemiach zachodnich, a tym samym winni oddać uzyskane wcześniej w Niemczech
odszkodowania. Z polskiego punktu widzenia taka polityka urzędnicza jawi się
jako zachęta do wchodzenia na drogę prawną w Polsce w celu odzyskiwania
dawnego majątku. Wywołuje to poczucie zagrożenia u tych Polaków, którzy
weszli w posiadanie majątku po późnych przesiedleńcach i zaniedbali
uregulowania praw do nowej własności.
Nie sposób wreszcie przewidzieć, jak mogą się zakończyć procesy przed
europejskimi trybunałami. Nie muszą, ale mogą one lekceważyć realia
historycznego dramatu drugiej wojny światowej i jego skutki. Wpływ takich
procesów na pojednanie polsko-niemieckie może być niezwykle niszczący. Aby
wyobrazić sobie taki proces, wystarczy przypomnieć sobie medialny show, jaki
Erika Steinbach urządziła, świętując rocznicę Powstania Warszawskiego. Cóż z
tego, że hucpa szefowej ziomkostw nie obciąża państwa niemieckiego. Polaków
zaniepokoiła medialna sprawność, z jaką Steinbach sprzedała niemieckim mediom
swoje widowisko jako dowód dobrej woli. To, że Niemcy nie rozumieją, jak
takie atrapy porozumienia mogą zaszkodzić wzajemnym kontaktom, budzić musi
najgłębszy niepokój.
Pamięć Paryża, pamięć Warszawy
Wróćmy do powtarzanej wielokrotnie tezy niemieckich elit politycznych o
potrzebie powtórzenia na linii Berlin - Warszawa wzorca pojednania niemiecko-
francuskiego. Pojednanie takie nie będzie jednak możliwe, jeśli będziemy
bagatelizować istotne różnice co do skali historycznego urazu, jaki dzielił z
jednej strony Niemcy i Francję, a z drugiej Niemcy i Polskę. Rachunek krzywd
jest wyraźnie inny.
W wypadku Francji i Niemiec chodziło o przezwyciężenie fatalizmu wrogości,
jaki sięgał upokorzenia Niemiec przez Napoleona, późniejszego ukorzenia
Francji w 1871 roku i zaboru Alzacji i Lotaryngii, by wreszcie znaleźć swoje
apogeum w dwóch wojnach światowych. Jednak przy pojednaniu z Francją Niemcy
nie musieli pokonywać urazu, jakim w wypadku Polaków w czasie ostatniej wojny
było otarcie się o ludobójstwo i wywołanie wojny, która w konsekwencji
przyniosła Polsce utratę niemal połowy terytorium na wschodzie.
To w takiej perspektywie należy rozmawiać o przejęciu przez Polskę Pomorza,
Mazur i Śląska i będącym tego konsekwencją wysiedleniu mieszkających tam
Niemców. Aby liczbę różnic domknąć, pojednania Francuzów i Niemców nie
paraliżowała wreszcie przez 40 lat sowiecka dominacja. Francja jako mocarstwo
okupacyjne zadbała, by nie powstało żadne ziomkostwo Alzacji i Lotaryngii. W
odróżnieniu od Eriki Steinbach nikt w Niemczech, kto urodził się w Alzacji w
czasie niemieckiej okupacji w latach 1940 - 1944, nie śmie kreować się na
wypędzonego. W konsekwencji też nikt z obywateli RFN nie występuje dziś z
pomysłem, by wracać do roszczeń wobec kamienic utraconych po 1918 roku w
Strasburgu, Metzu czy Colmarze.
Gdyby nawet takie roszczenia się pojawiły - państwo niemieckie uznające
pojednanie z Francją niemal za dogmat konstytucyjny - zareagowałoby czymś
więcej niż podkreślaniem, że nie znajdują one poparcia władz. Coraz
liczniejsi politycy niemieccy zaczynają dostrzegać, że poszerzenie Europy o
25 nowych państw zmienia geopolitykę Unii. Parę tygodni temu lider
niemieckiej CSU Edward Stoiber postawił tezę, że "trzon Europy" należy
rozszerzyć z aliansu Paryża i Berlina do układu sześciu. Do "tandemu
frankijskiego" mają dojść Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy i Polska. Trzeba
jasno powiedzieć naszym niemieckim partnerom, że wszelkie takie plany nie są
realne bez zakończenia i rozwiązania wszystkich sporów sięgających ostatniej
wojny. Niemcy nie będą wiarygodne jako współarchitekt nowej, rozszerzonej
Unii, jeśli nie zdobędą się na zamknięcie starych sporów. Sporów, które w
skuteczny