grba
09.08.04, 17:46
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”
Tydzień pierwszy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925
Tydzień drugi
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035
Tydzień trzeci
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297
Tydzień czwarty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109
Tydzień piąty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14724974
Tydzień szósty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14746425
Tydzień siódmy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14754633
Tydzień ósmy
Na pewien czas przydzielono dla naszych samochodów mały warsztat naprawczy
znajdujący się niedaleko całkowicie zrujnowanych budynków, które były kiedyś
koszarami polskiej marynarki. Całe dzisiejsze przedpołudnie spędziłem na
naprawie mojej karetki, a teraz jadę już na obiad do naszej kwatery. Wybrałem
najkrótszą trasę prowadzącą przez ulicę Mokotowską. Jak zwykle w porze
obiadowej odbywa się ożywiony ruch pomiędzy zniszczonymi rzędami domów w tej
części miasta. Gdy wjeżdżam w Mokotowską, wcale nie rzuca mi się zbytnio w
oczy, że ulica ta została zagrodzona kilkoma samochodami policyjnymi.
Przejechałem chyba z kilometr i dopiero teraz widzę, że Polacy krążą po ulicy
szybciej, niż zwykli to robić normalnie i jakby z większym przestrachem.
Bramy domów obsadzili umundurowani Niemcy, częściowo także cywile. Nie
rozumiem, co to wszystko może znaczyć, czuję tylko czające się jakby w
powietrzu nieszczęście. Wkrótce wszystko staje się jasne. Jak potok górski
wypływa nagle zza lekkiego zakrętu ulicy wzburzony tłum ludzki. Wciskam się z
karetką w jakieś pierwsze lepsze wolne miejsce, między murami, i przyglądam
się pędzącym jak zaszczute zwierzęta mężczyznom, kobietom, dzieciom, ich
wykrzywionym strachem twarzom. Wiele osób z tego tłumu próbuje przedostać się
do pobliskich bram, ale pilnujący wszystkich wejść do domów gestapowcy i
policjanci przepędzają ich stamtąd brutalnie. Zdaje się, że rozpoczęto także
nagonkę z drugiej strony, bo wielu tych nieszczęsnych ludzi wraca z powrotem.
Powstaje niesamowity zamęt. Ludzie są pędzeni ze wszystkich stron jak stado
zwierząt. Ja sam znajduję się w środku tego niesamowitego rozgardiaszu.
Wciśnięty w załom muru obserwuję kotłującą się ciżbę ludzką, gęstniejącą,
coraz ściślej oplecioną otaczającymi ją kordonami policji. Z dużym trudem
udaje się policji zaprowadzić porządek w tej wzburzonej masie. Wszyscy
mężczyźni zdolni do wykonywania pracy zostają zatrzymani i odprowadzeni na
policję. Kobiety mogą przejść przez kordon policji, one są wolne. Teraz
przychodzi kolej na mnie. Mimo mojego munduru urzędnik gestapo bardzo
wnikliwie sprawdza mój paszport. Zostaję wreszcie wyprowadzony poza tenże
kordon i widzę teraz, jak Polaków biciem i popychaniem zmusza się do
wsiadania na podstawione samochody, które mają ich wywieść w nieznanym
kierunku. Najczęściej wywozi się „zwerbowanych” w taki przymusowy sposób
Polaków do pracy w Niemczech. Deportowanym naszywa się jako oznakę ich
pochodzenia literę „P”. Aby można było łatwo odróżnić niewolników od narodu
panów. Niestety, rozróżnienie takie – jak mi zwierzył się kiedyś pewien
niemiecki oficer - nie zawsze jest możliwe na podstawie samego wyglądu
zewnętrznego.
Znowu wdycham wstrętny odór Dworca Wschodniego, który powodują dymiące
lokomotywy i stojące tutaj wokoło pociągi z rannymi. Chociaż jestem dopiero
od dwóch miesięcy w Warszawie, mam wrażenie, że pracę te wykonuje od wielu
lat. Dzień dzisiejszy niczym od innych nie różni się: znowu przeszyte kulami
ciała ludzkie, kikuty kończyn, złamani fizycznie i duchowo ludzie – mimo
stereotypowego zdania w codziennych komunikatach wojskowych: „Nasze oddziały
zadały wrogowi ciężkie straty, nie ponosząc przy tym strat własnych”.