silesius
18.09.04, 14:34
"Śląska nie oddamy"
http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2291612.html
Doktorat honorowy Uniwersytetu Śląskiego dla wybitnego niemieckiego tłumacza?
Wykluczone. Pomnik dla wybitnego Ślązaka? Co, mówił po polsku? Niemcy tego
nie poprą. Na Górnym Śląsku toczy się polsko-niemiecka wojna kulturalna. Obie
strony okopały się na niewzruszonych pozycjach, a każda próba dialogu
niezmiennie kończy się awanturą - pisze Michał Smolorz
W rozpisanym w 2000 r. plebiscycie "Gazety Wyborczej" na najwybitniejszych
szczecinian XX wieku zdecydowanie zwyciężyli dwaj niemieccy burmistrzowie
tego miasta. W kalendarium wydarzeń kulturalnych Łodzi najważniejszą imprezą
stał się Festiwal Dialogu Czterech Kultur. W Gdańsku ukazują się albumy
sygnowane przez Donalda Tuska - było nie było wicemarszałka Sejmu -
odwołujące się do wielkiej hanzeatyckiej tradycji Wolnego Miasta. Wrocław
pełnymi garściami czerpie ze swojej tysiącletniej historii, a tamtejszy
uniwersytet zmienił oficjalną datę swego powstania z 1946 na 1703 rok.
Tymczasem na Górnym Śląsku - od Katowic po Opole - takie światłe gesty i
próby odwoływania się do całego europejskiego dziedzictwa regionu wciąż są
tylko marzeniem wąskich elit. Każda poważna próba sięgnięcia do
wielokulturowej przeszłości rodzi nacjonalistyczną histerię i lament,
bo "chwieje się polska racja stanu" albo "sponiewierano dorobek wielu pokoleń
bojowników o wyzwolenie narodowe i społeczne". Skąd w Katowicach czy Opolu
ten fenomen okraszony starą PRL-owską retoryką? Być może stąd, że w
Szczecinie, Gdańsku, Łodzi czy Wrocławiu nie ma już Niemców. Na Górnym Śląsku
wciąż są i wielu wydaje się to problemem nie do przezwyciężenia.
Do przeciętnego czytelnika gazet docierają od czasu do czasu sensacyjne
doniesienia: a to o pomnikach budowanych poległym żołnierzom Wehrmachtu, a to
o niemieckojęzycznych tablicach na budynkach publicznych, wreszcie o polskim
orle, którego nierozważnie zdjął ze ściany strzelecki starosta. Choć w
wyczulonej na "niemieckie ekscesy" Polsce budzą one wiele emocji, tak
naprawdę są to niewiele znaczące epizody, ledwie marginalne dla istoty
stosunków polsko-niemieckich na Górnym Śląsku. Prawdziwa wojna toczy się
bowiem na polu kultury i dorobku cywilizacyjnego. Obie strony okopały się na
niewzruszonych pozycjach, a każda próba kulturowego dialogu niezmiennie
kończy się awanturą i spełza na niczym.
Kultura słuszna i niesłuszna
Odziedziczona po PRL-u oficjalna doktryna uznawała za słuszny i uprawniony
jedynie dorobek polskiej kultury na Śląsku. Kultura niemiecka otrzymała
niezmywalną etykietę "okupacyjnej" lub "zaborczej", a jakiekolwiek próby
sięgania do niej uznawane były za działania wrogie i będące "wodą na młyn
zachodnioniemieckich rewizjonistów spod znaku Hupki i Czai".
Gwoli sprawiedliwości - ten grzech nie był wyłączną domeną komunistów,
odziedziczyli go bowiem po II Rzeczypospolitej. W przedwojennym województwie
śląskim, utworzonym w 1922 r. na części Górnego Śląska przyznanego Polsce w
wyniku III powstania śląskiego, obowiązywała identyczna polityka. Nasiliła
się ona po 1926 r., kiedy niepodzielną władzę w regionie objął wojewoda
Michał Grażyński, gorliwy piłsudczyk i niepoprawny germanofob, główny sprawca
konfliktu sanacji z Wojciechem Korfantym, najwybitniejszym śląskim politykiem
XX w. Korfanty, światły Europejczyk, doskonale obeznany z wszelkimi niuansami
górnośląskiej wielowarstwowej kultury, do końca życia pozostawał w
permanentnym sporze z ekipą marszałka.
To nie komuniści, ale właśnie ekipa Grażyńskiego zastosowała swoiste
antidotum na silną i żywą obecność niemieckiej kultury na Śląsku - ludowość.
Była to oczywiście ludowość pozorna, bo stylizowana i precyzyjnie
projektowana w urzędowych gabinetach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że
najpopularniejsze śląskie piosenki, które do dziś są w biesiadnym obiegu
(np. "Karolinka"), wcale nie pochodzą ze skarbca kultury ludowej, lecz
zostały napisane i skomponowane przez zawodowych twórców na przełomie lat 20.
i 30. Nie mniej popularną piosenkę "Szła dzieweczka do laseczka"
bezceremonialnie importowano z Czech, dopisano polski tekst i również uznano
za rodzimy utwór ludowy. Także popularne piosenki powstańcze ("Do Bytomskich
Strzelców", "Znam ja jeden śliczny zamek") napisali zawodowcy na urzędowe
zamówienie kilka dobrych lat po powstaniach. Najbardziej znany śląski strój
ludowy, owo dziewczę w kwiecistym wieńcu upstrzonym szklanymi koralikami,
wyszedł spod pędzla zawodowego kostiumologa.
Nie była to tylko śląska specyfika. Ekipa sanacyjna uprawiała tę politykę na
wszystkich kresach II RP. Znane i do dziś śpiewane "ludowe" piosenki
kaszubskie, w tym cały żelazny repertuar zespołów regionalnych, także
stworzyli zawodowcy na urzędowe zamówienie. Rodziło to nawet zabawne
nadużycia. Kompozytor piosenki "Zachodzi słoneczko za las kalinowy" sprzedał
swoje dzieło zarówno Grażyńskiemu, jak i władzom ówczesnego województwa
pomorskiego. Dzięki temu do dziś nie rozstrzygnięto sporu, czy jest
to "ludowa piosenka śląska", czy może równie "prastara pieśń kaszubska".
Pamiętajmy jednak, że urzędowa ludowość jako narzędzie uprawiania polityki
nie została odkryta w przedwojennej Polsce. Jest to wynalazek jak najbardziej
niemiecki, który stał się pewnego dnia bronią obosieczną. Już od czasów
bismar-ckowskich istniał w królestwie pruskim spory rynek twórczości
nazywanej volkstümmlich, a więc "na sposób ludowy", w dużej części
finansowany z państwowej kasy. Po 1933 r. ochoczo korzystał z tych zasobów
aparat propagandowy III Rzeszy, na którego zamówienie dodatkowo napisano i
skomponowano paletę nowych "niemieckich piosenek ludowych z Górnego Śląska",
także śpiewane do dziś propagandowe dziełko "Ober-schlesien ist mein liebes
Heimatland", zakupione w 1939 r. na uroczystość ponownego objęcia całego
Górnego Śląska przez Rzeszę i nachalnie potem propagowane w szkołach,
organizacjach młodzieżowych i w NSDAP. Po latach wszyscy zapomnieli o
niechlubnym rodowodzie tej piosenki, dziś uchodzi ona za "prastarą pieśń
ludową", a mniejszość niemiecka uznała ją nawet za swój oficjalny hymn.
Lud jak spod igły
Po wojnie komuniści poszli tym samym szlakiem przetartym już przez sanację.
Na całym Górnym Śląsku powszechna stała się doktryna jedynie słusznej kultury
ludowej. Nowe władze wykorzystały cały spadek po Grażyńskim, ale wykreowały
też własną "ludowość". Od 1953 r. nadwornym kompozytorem nowych "śląskich
piosenek ludowych" był Stanisław Hadyna, który do tekstów katowickiego
dziennikarza Zdzisława Pyzika stworzył nieprzebraną skarbnicę szlagierów
(jak "Pyk, pyk z fajeczki"). Dla prowadzonego przez Hadynę zespołu Śląsk
nowe "ludowe stroje" projektowali wybitni kostiumolodzy teatralni i filmowi.
Na tej twórczości jednak się nie skończyło. Ostatnie "ludowe piosenki
śląskie" skomponowała w 1980 r. Katarzyna Gaertner na osobiste zamówienie
ówczesnego prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji Macieja Szczepańskiego. Są
one wciąż w obiegu, niektóre nawet znalazły się w zbiorach etnografów.
Przez całą epokę PRL-u jedyną uprawnioną formą kultury regionalnej była owa
urzędowa "skarbnica twórczości ludowej". Górny Śląsk oficjalnie nie wyniósł z
przeszłości żadnego własnego dorobku kultury "wyższej": literatury, poezji,
muzyki, sztuk pięknych, architektury czy wreszcie nauki. Jeśli cokolwiek z
cywilizacji europejskiej mogło kojarzyć się z tym regionem, była to
wyłącznie "obca kultura zaborcy". W Katowicach i Opolu przez 45 powojennych
lat obowiązywał całkowity zakaz nauczania języka niemieckiego w jakichkolwiek
formach - szkolnych czy kursowych. Jedynym wyjątkiem było katowickie liceum
im. Wilhelma Piecka, w którym (stwierdzano to z całą powagą) nauczano "języka
NRD-owskiego". W programach szkolnych niewiele było śladów historii pomiędzy
pozbyciem się Śląska przez Kazimierza Wielkiego a "po