Gość: Janota
IP: 62.233.153.*
23.05.02, 14:45
Znowu grają u nas “Wyspiańskiego” i znowu nie mogę się powstrzymać, żeby dać
wyraz swoim nauczycielskim frustracjom i zachwytom. Przedstawienie wystawiono w
Sosnowcu.
Na początku pojawia się poeta. Alter ego Wyspiańskiego i reżysera spektaklu.
Poeta inicjuje dzieło wypowiadając didaskalia. Alegoria poezji-chochoła-
Wyspiańskiego- Cioska powołuje do życia narodowy dramat. Ale już w pierwszym
obrazie zaserwowanym przez inscenizatora, dramat okazuje się ślicznym do bólu,
cepeliowskim korowodem laleczek w ludowych strojach, panoptikum małych
drewnianych figurek, takich jakie jeszcze w niektórych domach zobaczyć można za
szybą kredensu, stojące w sąsiedztwie reprezentacyjnego serwisu z chińskiej
porcelany i kryształów. Jesteśmy w infantylnym zaczarowanym świecie dziecka
zauroczonego oświetlonym małymi lampkami drewnianym domkiem, w środku którego
stoją drewniane laleczki poprzebierane w stroje krakowskie jakby właśnie wyjęte
z pamiątkarskich kramów w Sukiennicach. Postacie krążą jak uruchomione
mechanizmem zegarowym figurki szopki, powtarzając najbardziej znane słowa i
zwroty, z których niektóre tak już się zakorzeniły w codziennym języku, że
dawno już zapomnieliśmy, że pochodzą z “Wesela”. Prawie każda scena rozgrywa
się “z przytupem” w tanecznych stylizowanych choreograficznie lansadach.
Konsekwencją tej stylizacji jest, że rysunek konfliktów i zderzeń pomiędzy
postaciami nabiera wymiaru apokryficznego , jak w przypowieści “O chytrym
księdzu i przebiegłym Żydzie” “O mądrym chłopie i przemądrzałym
dziennikarzu” "O poecie co spadł z księżyca i rezolutnej pannie". Snuje się
więc nie tyle dramat ile przegląd mitów stworzonych przez lata odczytań i
wystawień przez samo “Wesele” Zaintrygowany widz stawia sobie pytanie: “co
jeszcze może się wydarzyć jeśli “Wesele” rozpoczyna się chocholim tańcem ?
Tańcem we wzorcowym wykonaniu ubranego jak z pod igły zespołu Mazowsze w
strojach krakowskich” ? Tańcem zrytmizowanym wyrwanymi z kontekstu cytatami,
tańcem na scenie zamienionej w kufer osobliwości z maszynerią poruszaną
mechanizmem sprężynowym staroświeckiej pozytywki ? Nie mamy do czynienia z
publicystyczno -socjologiczną diagnozą Polski współczesnej, bo podkreślony
szopkową konwencją dystans inscenizacyjny wyraźnie sugeruje, że chodzi raczej o
obraz narodowego apokryfu, obraz infantylnej świadomości, składający się ze
strzępków narodowych figur i cytatów zakorzenionych na poziomie dziecinnych
fascynacji Sienkiewiczem i historycznymi ilustracjami Matejki. Kto jest
podmiotem tego mitu ? Kto śni ten sen ? Czyja świadomość wspiera się na tym
infantylnym fundamencie ? Społeczeństwa ? Narodu ? Nasza dzisiejsza,
współczesna ? Wydawałoby się, że po pierwszej części pełnej smacznych i
wyraziście zagranych obrazeczków powinno nastąpić tak jak to sugeruje tekst,
jakieś bolesne rozliczenie tych samo zadowolonych w swojej swojskiej
kłamliwości figurek, jakieś zdarcie lakierowanej narodowo – ludową pozłotką
fasady z pod której wyłoni się jeśli już nie chropawa prawda to przynajmniej
ludzki dramat żywych osób , które baśniami o narodowych godach usiłują
zagłuszyć swoją doczesną małość. Tak też w zgodzie z przewidywaniami zaczyna
się część druga. Poeta-chochoł wciela się kolejno w “osoby dramatu” i poddaje
wiwisekcji baśniowo i narodowo zakłamane dusze weselników...
I tu -rozczarowanie. Bo zamiast serio znowu jest z dystansem i teatralnie. Trwa
przegląd stereotypów i aktorskich sposobików na robienie dramatycznych
spiętrzeń, efektownych pauz... Zamiast postaci przez cały czas widzimy aktorów,
którzy raz lepiej a raz gorzej, kleją “romantyczną ekspresję” już to z Wajdy,
już to ze Swinarskiego, już to z Hanuszkiewicza rodem. Co kto pamięta.
Konkluzja dla duszy polskiej z tego taka, że fałszywą bajkową, wypasioną na
mitach narodową świadomość zastępuje równie fałszywy i koturnowy “dramat
wewnętrzny” , sielską nirwanę - frazowana crescendami teatrzydlana spowiedź ,
która z autentycznym rachunkiem sumienia nic nie ma wspólnego . Szkoda ,że tak
się dzieje bo przez to dramat stoi w miejscu, zainteresowania typowością
postaci wystarcza na pierwszy akt , a w drugim widownia zaczyna ziewać. Wygląda
to trochę tak jakby reżyser pozostawił inicjatywę samym aktorom, którzy jak to
zwykle wtedy bywa poszli po swoje w “sprawdzone” , własne albo podpatrzone
grepsy . Tak już jest, że Wesele zawsze czy kto chce czy nie chce wystawia
rachunek współczesności. Z “Wesela” w Sosnowcu wynika ,że jako naród nie
potrafimy się zdobyć nawet na minimum autetntyczności, że nawet kiedy drzemy
szarpie i rozdrapujemy rany, robimy to na pokaz i nieszczerze, robiąc ze swoich
nieszczęść i potknięć tandetnawe widowisko.
Sosnowieckie “Wesele” grzeczne i akademickie w osnowie posiada dość
interesującą i nietypową w takich realizacjach właściwość. Więcej tu poezji w
pierwszej części, w samym dramacie bardziej obyczajowej i prozaicznej , niż w
drugiej przez poetę zamierzonej jako manifestacja lirycznego żywiołu i
konfrontacja z duchami przeszłości. Ta odwrotność ma swoją interpretacyjną
siłę. Odejście od inscenizacyjnego nadmiaru miało być może posłużyć
przybliżeniu ludzkiego, wewnętrznego wymiaru dramatu. Niestety zamiast tego,
grzmią trąby pustej ekspresji. Odwrócenie ma jak każda taka decyzja swoje
konsekwencje ujemne. W "Weselu" z Sosnowca nie ma właściwie Racheli , która w
dramacie siłą swojej roznamiętnionej i trochę egzaltowanej wyobraźni inicjuje
spirytystyczny seans historyczno-literacki. Częściowo rolę tę odebrał jej
zabójczy dla tej postaci pomysł wprowadzenia na scenę nowej osoby poety –
narratora- Wyspiańskiego, częściowo pragnienie bycia Mają Komorowską (wyraźne
ślady fascynacji “Weselem” Wajdy), częściowo skłonność do ogólno-lirycznych
sposobów aktorskiego czarowania w nurcie tak zwanego “grania grą”, częściowo
niezrozumiała wrzaskliwość, jakby na ogromną scenę warszawskiego "Narodowego"
zamierzona. Granie tu zresztą rozmaite. Od ciekawego “biologicznego” ,
wyrazistego i konsekwentnie ciągnącego postać Czepca, smacznych epizodycznie
ról Żyda , Księdza , Radczyni , Kliminy, Maryny ,Staszka i Nosa, przez
zataczające się od sztampy do najwyższej aktorskiej próby gry role gospodarza,
poety-chochoła i dziennikarza, do średnio udanych kserokopii ról osadzonych w
tradycji wystawienniczej “Wesela” ostatnich trzydziestu lat. “Wesele” zamyka
spięta klamrą z początkiem scena pozytywkowego mechanicznego tańca. Patrzymy
przez kryształową szybkę do wnętrza staroświeckiego zegara wewnątrz którego
poruszają się krakowskie figurki. Czyżbyśmy odstawiali Wyspiańskiego na półkę
pomiędzy inne przyprószone kurzem bibeloty, jako szacowny literacki zabytek z
przed stu lat nic nie mający wspólnego z naszymi postmodernistycznymi obsesjami
i lękami ? Czyżby reżyser zwątpił, że może zaistnieć "Wesele" żywe,
współczesne, że tamta mitologia posiada jakąś kontynuację w dzisiejszej
świadomości? Czy te lukrowane obrazeczki odnoszą się jakoś do nas Polaków anno
domini 2002 ? Kogo tak naprawdę obchodzą jeszcze postacie z początku zeszłego
wieku i co w takiej teatralizowanej formie mają nam dzisiaj do powiedzenia,
oprócz ogólnego i wynikającego z samego tekstu stwierdzenia, że znowu coś
popsuliśmy ? Na tle jubileuszowych “Wesel” w pisuarze i na rurze akademickość
przedstawienia jest niewątpliwą zaletą, ale nie za takim “Weselem”
tęskni “polska dusza”. Chciałoby się zobaczyć dzisiejszego Dziennikarza,
Księdza, Poetę... Nie chodzi oczywiście o to, żeby dawać im do ręki notebooki i
pagery, ale o to, żeby zarysować współczesny portret psychologiczny , w którym
mogłyby się prze