john.kowalski
24.12.11, 00:46
Święta, a z nimi głęboko zakorzenione polskie tradycje. Na polskim stole wigilijnym, głównym daniem musi obowiązkowo być karp. Inaczej Święta nie będą polskie.
Spójrzmy trochę wstecz. Za komuny, każdy w Polsce bez wyjątku oblizywał się na widok Zachodu (nie wyłączając kacyków partyjnych podczas robienia zkupów zachodnich produktów w sklepach za "żółtymi firankami"). Częstym pytaniem, w formie zakamuflowanej krytyki PRLowskich realiów było: "czy na Zachodzie też jest tak jak u nas?" Odpowiedź była oczywista i w tonie rezygnacji - że na Zachodzie nie jest tak jak w PRLu...
Tymczasem na Zachodzie nie je się karpi. I to zarówno w czasach PRLu jak i niewzruszenie teraz. Karp jest słusznie uznawany za najbrudniejszą rybę. Rybę żywiącą się odchodami z dna. Ale to zupełnie nie przeszkadza self made "westerners" in Poland. Nie przeszkadza do tego stopnia, że przeciętna rodzina jest skłonna do ograniczenia swojej higieny osobistej - bo w wannie pływa karp. Kąpać się w tym czasie nie można, no chyba że w miednicy, ale co to znowu za różnica w polskich realiach zapachowych.
Miłosierdzie wobec życia też w Święta ulega dalekiemu kompromisowi. Bo karp "przecie dusy ni mo", więc biedny pan domu, wyposażany przez żonę w tłuczek od kartofli, ma popisać się męskością i utłuc karpia sążnistym, męskim uderzeniem w głowę, bacząc przy tym, by krew nie spryskała jego garderoby bo żona mu za to da (albo nie da).
Do kultury zachodniej to wy pasujecie jak obcas do twarzy.