emlgracja
15.07.05, 16:34
...Nie udało nam się. Nie udało się nam, Polakom za granicą, odnieść sukcesu.
Ale przede wszystkim - nie udało się nam znaleźć tu szczęścia....
Napiszę dziś to samo, co piszę od lat w swoich felietonach - ale dosadniej.
Nie udało nam się. Nie udało się nam, Polakom za granicą, odnieść sukcesu.
Ale przede wszystkim - nie udało się nam znaleźć tu szczęścia.
Nie udało nam się rozpędzić jak byk z Wall Street i rozbić ściany. Tym
bardziej - rozwalić kolejnych, piętrzących się przed nami, barier. A może
trafniej byłoby powiedzieć, że ten rozjuszony byk, spragniony sukcesu, gotów
do poświęceń i ciężkiej pracy emigrant, napotyka na jakiś niewidzialny opór,
na szklaną ścianę, za którą pozostaje nowa ojczyzna-obczyzna.
Nie zwiedziłem wszystkich zakątków świata, ale w kilku byłem. Wszędzie
uważnie przyglądałem się Polakom. No i taką mam od kilkunastu lat pracę, że z
Polakami w Ameryce - i innych krajach - rozmawiam i współpracuję.
Oto moja obserwacja: Polacy za granicą pozostają poza nawiasem. Żyją w swoim
świecie: polskich przyjaciół, tęsknot do kraju. Materialne zatrzymali się zaś
co najwyżej na poziomie klasy niższej-średniej. I wydaje się, że już niczego
więcej nie osiągną. Ja też nie.
(Dodałem tę ostatnią uwagę, aby krytycy nie uznali, że uważam się za kogoś
lepszego, kto się z tymi problemami uporał).
Oczywiście podniosą się teraz głosy protestu. Będą dwojakiego rodzaju.
Pierwszy argument to ci sławetni Polacy, którzy osiągnęli wielki sukces za
granicą. Ale ilu ich znowu jest na kilkumilionową diasporę? Ilu mamy
profesorów na amerykańskich uniwersytetach? Ilu wybitnych chirurgów w
Niemczech, kanadyjskich polityków, francuskich biznesmenów na światową skalę?
Znowu powtórzymy - te same, do znudzenia - nazwiska kilku dość znanych w
swoich nowych ojczyznach polskich artystów. Za sukces uznamy też, że,
statystycznie, polskie rodziny w Ameryce zarabiają dobrze, że wielu
imigrantów ma swoje domy, że pracuje w dużych firmach przy biurku, a nie
tylko na budowie czy przy sprzątaniu.
Druga grupa protestujących odniesie moje uwagi do siebie. Trudno przecież
przyznać się, że nie osiągnęło się sukcesu, jeszcze trudniej - że nie jest
się szczęśliwym. Zawsze zresztą znajdzie się jakieś miłe, mącące jasność
konkluzji, fakty: że ktoś ma (za granicą, skoro tam mieszka) udane dzieci,
zwierzęta domowe, przyjemnie urządzony dom, drogi samochód.
Ale nie o te materialne zdobycze chodzi. Chodzi o to, że, generalnie, jako
pierwsze pokolenie emigrantów, pozostaliśmy na uboczu. Nie starczyło nam sił.
Jesteśmy ludźmi, a nie bykami.
Na początku jest zawsze łatwiej: wydaje się, że przeniesiemy góry i mamy
naiwne wyobrażenie o szansach w nowym kraju. No i jesteśmy młodsi. Pamiętam,
jaki ja byłem odważny, stukając zaraz po przyjeździe do Ameryki do
najważniejszych firm w poszukiwaniu pracy w swoim zawodzie (choć miałem tylko
wizę turystyczną!), jak bez żenady wydzwaniałem do ustosunkowanych ludzi,
których telefony ktoś mi dał. Pamiętam też, z jaką fascynacją poznawałem Nowy
Jork i z jaką łatwością zawierałem nowe, międzynarodowe znajomości.
Potem poznałem swoje miejsce, naturalną kolej rzeczy. I mozolnie - jak
wszyscy inni - wspinałem się, poznawałem język, starałem o papiery,
kupowałem, urządzałem się.
Już za nami wczesne satysfakcje: otrzymania zielonej karty, dyplomu,
certyfikatu, karty kredytowej. Już to mamy - i już nic więcej nie
zdobędziemy. Bo w pewnym momencie już nie starcza sił i motywacji. Nie można
całe życie iść pod górę. Każdy chciałby wreszcie trochę odpocząć, uciec z
pola walki; pożyć.
Odpuściliśmy więc sobie kariery. Ale, co gorsza, odpuściliśmy też sobie
asymilację. W domach polskich imigrantów w Szwecji, Austrii, Kanadzie, na
Florydzie mówi się tylko po polsku; do rodaków ogranicza się życie
towarzyskie.
Nie można się rozwijać całe życie - w każdym razie, niewielu jest w stanie.
Coraz mniej jest sił i ochoty, oby ciągle poznawać nowych ludzi, coraz to
bardziej zbliżać się mentalnie do np. Amerykanów. Mało tego - coraz mniej nam
się chce poznawać kraj, podróżować, odkrywać nowe galerie i potrawy. W Nowym
Jorku i innych miastach ciągle czujemy się jak turyści, obserwatorzy. Coraz
częściej... po prostu zostajemy w domu i zadajemy sobie pytanie: czy
właściwie nie jest wszystko jedno, w jakim kraju siedzi się w domu i w jakim
języku ogląda telewizję?
Oczywiście inaczej jest z ludźmi, którzy przyjechali tu w młodym wieku. Tym
bardziej - z dziećmi chowanymi już za granicą. No, ale to inny temat.
Polacy na świecie to miliony porozrzucanych atomów obdarzonych energią
ujemną, a nawet - autodestrukcyjną. Pozamykanych w swoich niemieckich czy
francuskich mieszkaniach, niemających prawie żadnego życia towarzyskiego,
niemieszających się z autochtonami.
To jest właśnie ta ostatnia bariera, ta szklana szyba, której osłabiony walką
byk nawet nie stara się sforsować. Nie spotkałem wielu Polaków w świecie,
którzy świetnie by się w obcym otoczeniu czuli. Polski inżynier pracuje z
Amerykanami i dogaduje się z nimi, ale nie czuje się wśród nich dobrze. Polak
nie bryluje na paryskich salonach i nie wyleguje się bezstresowo na
australijskiej plaży.
Zawsze jest w nas jakiś smutek, niespełnienie, kapitulacja; kompleks
niższości. No i to nieustannie zadawane pytanie: czy zrobiliśmy dobrze
wyjeżdżając, czy czasem nie zmarnowaliśmy sobie życia? Ale nie jest to
felieton o tym, czy powinniśmy wracać - to inny, ogromny temat.
Powtórzę więc: nie udało nam się. Może udało się kupić i zbudować to, co
planowaliśmy, ale nie udało się nam - na co także liczyliśmy - odnaleźć za
granicą szczęście, żyć bez stresu, pozostać sobą.
Tak, są wyjątki - ale jest ich mało. Reszta się męczy.
Jan Latus