Postawa LOTu naprawde wystraszajaca, a najbardziej chyba Polskie to podejscie nowych pasazerow
nastepnego dnia

)) poprostu smutny cyrk!
http://www.se.com.pl/iso/Dzisiaj/regiony/nynews/nynews_3.shtml
Bomby nie było
O dramatycznym locie z Warszawy do Ameryki - opowiada "Super
Expressowi" Izabella Golec
Newark, NJ
Maciek Majewski, Marek Skowroński
- Gdy pilot powiedział, że na pokładzie naszego samolotu może być
niebezpieczny ładunek wybuchowy, baby powyciągały różańce i
zaczęły się modlić - opowiada "Super Expressowi" Izabella Golec.
22-latka leciała - podobnie jak 150 innych osób - w czwartek
samolotem, który postawił w stan gotowości bojowej ponad 200
policjantów na lotnisku Newark w New Jersey.
- Ja też się wystraszyłam, tym bardziej, że niektóre kobiety zaczęły
płakać - mówi Iza z Jaskowic koło Stalowej Woli. - Natychmiast
sięgnęłam po kamizelkę ratunkową i spojrzałam przez okno, czy już
jesteśmy nad Atlantykiem. Bardzo nie lubię wody.
Bomba na pokładzie
Lot numer 011 z Warszawy do Newarku przebiegał normalnie
przez pierwszych 70 minut. To właśnie wtedy, dokładnie o godzinie
14.30 (8:30 rano w Nowym Jorku) pilot nagle oznajmił, że na
jednym z samolotów LOT-u, prawdopodobnie w tym, jest
niebezpieczny ładunek wybuchowy. Stewardesy nakazały
przeszukanie bagażów osobistych. Pytały, czy ktoś w ostatniej
chwili nie dał czegoś któremuś z pasażerów.
- Zabraliśmy się więc za szukanie tej bomby, ale niczego nie
znaleźliśmy. Stewardesy zaglądały pod każde siedzenie, ale też
skończyło się to niczym - opowiadają pasażerowie.
Mimo alarmu, Boeing 767 nie zawrócił na Okęcie, ani nie zszedł do
lądowania na żadnym z najbliższych lotnisk. Leciał dalej na zachód,
do Ameryki.
- To trochę zdenerwowało starszych ludzi, którzy głośno zaczęli
domagać się wyjaśnień - mówi Golec. - Ale stewardesy nic nie
odpowiedziały. W ogóle były nieprzyjemne, nie pocieszały nikogo.
Może się same bały? - zastanawia się Izabella.
Awaryjne lądowanie
Drugi raz zrobiło się nieprzyjemnie pod koniec lotu. Ze względów
bezpieczeństwa samolot nie mógł lądować normalnie na płycie
lotniska. Pilot poinformował pasażerów, że muszą się przygotować
do awaryjnego lądowania.
- Nie za bardzo wiedziałam, co to oznacza, bo pierwszy raz w
życiu leciałam samolotem. Ale, siedzący obok mój chłopak
wszystko mi wyjaśnił. Waldek był wspaniały. Bardzo mnie
podtrzymywał na duchu. Dzięki niemu mniej się bałam - mówi
22-latka. - Stewardesy kazały nam zdjąć buty. I jeszcze dodały, że
jakby był pożar, należy wszystko zostawić i natychmiast uciekać
przez wyjście awaryjne.
Otoczeni przez policję
Na szczęście, lądowanie się udało i stewardesy pozwoliły
pasażerom zabrać bagaż podręczny. Samolot zatrzymał się w
części towarowej lotniska, daleko od terminalu pasażerskiego. Do
wejścia podjechały schody.
- Gdy schodziliśmy nimi, zobaczyliśmy, że nasz boeing otoczony
jest oddziałem policji z karabinami. Niektórzy byli z psami - mówią
Polacy.
Funkcjonariusze kazali położyć pasażerom bagaż na płycie i wsiąść
do autobusu. Czekali w nim 40 minut.
Potem pozwolono im wziąć bagaż podręczny i zawieziono na
odprawę wizową.
W akcji uczestniczyło ponad 200 policjantów, prawie wszystkie siły
zabezpieczające lotnisko.
- To spowodowało, że inne terminale i obiekty pozostały z bardzo
słabą ochroną - zdradził "Super Expressowi" oficer Richard Mania.
LOT milczał
- Alarm był fałszywy. Samolot został sprawdzony i już wrócił do
kraju. To był głupi żart kogoś, kto się nudził. Ale czy to jest głos
pięciolatka, czy siedemdziesięciolatka musimy uruchamiać
odpowiednie procedury, odpowiednie służby tu i za granicą.
Musimy zapewnić absolutne bezpieczeństwo - mówi Andrzej
Wysocki, dyrektor biura komunikacji LOT w Warszawie.
Andrzej Golec nie mógł się doczekać siostry. Przyjechał na
lotnisko o godz. 16 (czasu miejscowego). Minęła godzina, potem
druga, a jej nie było. - Dowiedzieliśmy się, że chodzi o bombę na
pokładzie, ponieważ do wielu oczekujących dzwoniono już na
komórki. Wiadomość o awaryjnym lądowaniu polskiego samolotu
podana została przez stacje telewizyjne. Na stanowisku LOT-u nic
nie chcieli jednak powiedzieć, w ogóle nie było żadnej opieki ani
informacji z ich strony.
Zapadał już zmierzch, gdy Izabella uścisnęła się z bratem. Od
startu w Warszawie minęło 13 godzin.
O dramatycznym locie z Warszawy do Ameryki - opowiada
"Super Expressowi" Izabella Golec Na JFK o niczym nie
wiedzieli
- A skąd pan wie o bombie, kto do pana zadzwonił - George Van
Bernum, szef ochrony terminalu na lotnisku JFK stanowczo
domagał się wyjaśnień, po tym jak reporterzy "Super Expressu"
chcieli sprawdzić doniesienia o bombie na pokładzie samolotu
LOT-u lecącego z Warszawy.
Po przeszukaniu naszych toreb i spisaniu danych ruszyła lawina
pytań. - Kto wam powiedział o bombie, o której godzinie, w jakim
samolocie ... - to tylko niektóre z pytań zadanych nam przez
Bernuma, który sprawiał wrażenie, jakby o niczym nie wiedział.
Informacja o bombie postawiła na nogi całą ochronę terminala.
Nagle staliśmy się podejrzanymi. Do pokoju weszło trzech
funkcjonariuszy Port Authority, dwóch pracowników ochrony
lotniska, dwóch tajniaków. W ich obecności powtórzono nam te
same pytania. W końcu szef ochrony zadzwonił do Newarku, gdzie
dowiedział się, że rzeczywiście samolot z Polski wylądował tam z
godzinnym opóźnieniem.
Na sam koniec prawie godzinnego "przesłuchania" w pokoju
pojawił się detektyw służb specjalnych. Szef ochrony przeczytał
mu nasze zeznania, wyjaśniając, że jesteśmy dziennikarzami.
W końcu przeproszono nas za zamieszanie i zostaliśmy
odprowadzeni do wyjścia.
A co my na to?
W związku z informacją o rzekomej bombie w samolocie LOT-u
zapytaliśmy Polak