polonus5
18.10.05, 01:39
Do podziału 300 bochenków chleba, 100 bułek, trochę makaronu, mąki, ryżu i
cukru ze szkolnych zbiórek. Dary od PCK otrzymało wczoraj 60 rodzin
Tysiące mieszkańców Lublina nie mają czego włożyć do garnka. Ilu dokładnie?
Nie wiadomo, bo nikt nie prowadzi takich rejestrów. Tymczasem coraz więcej
ludzi ustawia się w kolejkach po darmową żywność.
– Co się przyda? Najbardziej zdrowie. I wszystko, co dadzą – mówi pani
Krystyna, kładąc do wózka kilkumiesięcznego wnuka. Tak jak wielu innych ludzi
stanęła wczoraj w kolejce po darmowy chleb wydawany w magazynie PCK przy ul.
Niecałej. Na apel odpowiedziało zaledwie 7 piekarni. W sumie uzbierało się
ok. 300 bochenków i 100 bułek. – Mamy też trochę makaronu, mąki, ryżu i cukru
ze szkolnych zbiórek. Ale to za mało – rozkłada ręce Alicja Dunin z Zarządu
Miejskiego Polskiego Czerwonego Krzyża. Żywności starczy jeszcze na dziś.
Dary będą wydawane od godz. 10.
Kolejki potrzebujących stale rosną. Razem ze spadkiem temperatury. Ale
czerwonokrzyska akcja dożywiania bezdomnych wciąż stoi pod znakiem zapytania.
A zainteresowani już się zgłaszają. Wczoraj w ciągu dwóch godzin o strawę
pytały trzy osoby.
– Chcemy dać dwudaniowe obiady 200 bezdomnym. Raz dziennie. Potrzeba nam na
to ponad 60 tys. zł. O taką kwotę poprosiliśmy wojewodę. Teraz czekamy na
odpowiedź – dodaje Dunin. Pieniądze, o które zabiega pochodzą ze specjalnego
programu Ministerstwa Polityki Społecznej. Na całe województwo lubelskie do
podziału są tylko 144 tys. złotych.
– Postaramy się podzielić te pieniądze pomiędzy instytucje, które chcą pomóc
bezdomnym i ubogim. A jest ich już ponad 25. We wtorek odbędzie się pierwsze
zebranie zespołu opiniującego. Chcemy zakończyć procedury jeszcze w
październiku – deklaruje Magdalena Szerszeń z Wydziału Polityki Społecznej w
Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim.
Ilu mieszkańców Lublina jest niedożywionych? W urzędach nie znają nawet
szacunków. – Proszę pytać w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie – mówi Maria
Łobodzińska, miejski inspektor zdrowia i pomocy społecznej. – Nie mamy takich
danych. Mogę mówić tylko o tych, których dożywiamy – odpowiada Antoni Rudnik,
dyrektor MOPR. – To 2 tysiące dorosłych i 4 tysiące dzieci.
Ale wielu ludzi wcale nie przychodzi po pomoc. Wstydzą się. Część z nich
przełamuje wstyd dopiero przed świętami Bożego Narodzenia. I to głównie z
myślą o swych dzieciach. Z dokumentów, które przedstawiają potrzebujący
wynika zwykle, że w trudnej sytuacji materialnej są od wielu miesięcy. •
www.dziennikwschodni.pl/