Dodaj do ulubionych

ci ohydni polacy

16.07.06, 01:08
najbardziej mnie si podoba ten kawalek:

I forgive Gross the false moment when he equates anti-Semitism in Poland with
anti-Semitism in "Christian Europe and the United States at the time."
Whatever our faults, we have never done anything remotely like this to our
Jewish citizens.

www.baltimoresun.com/features/booksmags/bal-id.bk.fear02jul02,1,958021.story?ctrack=1&cset=true
Obserwuj wątek
    • trepciak Re: ci ohydni polacy 16.07.06, 04:30
      link nie dziala
      moze podaj tytul artykulu aby mozna bylo go namierzyc przez google
      • jot-23 Re: ci ohydni polacy 16.07.06, 05:12
        mi dziala, ale mozesz pojsc na strone baltimre sun, i zrobic search
        na "poland" ...bedzie w rezultatach gdzies tam pod koniec 1-szej strony
        • edytkus Re: ci ohydni polacy 16.07.06, 07:18
          jot-23 napisał:

          > mi dziala, ale mozesz pojsc na strone baltimre sun, i zrobic search
          > na "poland" ...bedzie w rezultatach gdzies tam pod koniec 1-szej strony

          Please register or log in
          The feature you requested is available only to registered members. Registration is FREE.

          nie len sie, kopiuj caly artykul wink
          • trepciak "Review: Hate" 16.07.06, 13:12
            dzisiaj link dziala:

            www.baltimoresun.com/features/booksmags/bal-id.bk.fear02jul02,1,958021.story?ctrack=1&cset=true
            """""""""""""""""
            Poland's little Holocaust after the Holocaust
            By Joan Mellen
            Special to the Sun
            Originally published July 2, 2006

            >>>Fear: Anti-Semitism in Poland After Auschwitz
            Advertisement
            Jan T. Gross
            Random House / 336 pages / $25.95

            Jan T. Gross, a Princeton professor, has written an astonishing book, an expose
            of vicious anti-Semitism, complete with medieval, murderous pogroms raging in
            Poland
            • fiddler.castrol Kąkolewski: w Kielcach nie bylo Pogromu 16.07.06, 13:32
              Rozmowa z KRZYSZTOFEM KĄKOLEWSKIM, autorem "Umarłego cmentarza", książki o
              zbrodni dokonanej na Żydach w Kielcach 4 lipca 1946 r.


              - O tym, co zdarzyło się 4 lipca 1946 r. w Kielcach, mówi się: pogrom kielecki.
              Czy słusznie?

              - To nie był pogrom, czyli wymordowanie przez mieszkańców Kielc przebywających
              w tym mieście Żydów, ale pacyfikacja z udziałem sił wojskowo-milicyjnych.

              - A jaki był udział mieszkańców Kielc w zabiciu 41 lub 43 Żydów i zranieniu
              około 100?

              - To była operacja militarna przeprowadzona przez siły podległe komunistom bez
              udziału ludności cywilnej.

              - Ale nawet powszechnie szanowani historycy, np. prof. Wojciech Roszkowski,
              prof. Jerzy Eisler czy prof. Andrzej Paczkowski, piszą, że to mieszkańcy Kielc
              wymordowali około 40 Żydów.

              - Tak zwany pogrom kielecki badałem przez kilkanaście lat. O ile wiem, żaden ze
              wspomnianych historyków nie zajmował się nim. Ich przedstawienie wydarzeń z 4
              lipca 1946 r. w żaden sposób nie odbiega od interpretacji, którą jeszcze tego
              samego dnia, czyli 60 lat temu, komuniści narzucili Polakom i niemal całemu
              światu. Niestety, rzetelna wiedza o tym, co wydarzyło się wtedy w Kielcach,
              była i jest nikła. Dotyczy to również zdecydowanej większości historyków czasów
              najnowszych. Gdy mówi się lub pisze o tzw. pogromie, to błąd goni błąd, a brak
              elementarnej wiedzy jest przerażający.

              - Proszę o przykłady.

              - Zacznę od tego, że zabitymi nie byli rodowici mieszkańcy Kielc żydowskiego
              pochodzenia (jak wynika z danych Ministerstwa Administracji Publicznej, 13
              stycznia 1946 r. ludność żydowska skupiona była w 9 miejscowościach w
              województwie kieleckim, a w sumie liczyła 1300 osób - red.). Jedynymi
              kieleckimi Żydami, którzy zginęli 4 lipca, była pani Fischowa i jej dziecko,
              zabici przez milicjanta Mazura.

              - To kim byli zamordowani?

              - Żydami, którzy po wojnie przyjechali do Kielc, głównie ze Związku
              Sowieckiego, w tym z ziem wschodnich II RP, z zamiarem opuszczenia ich po
              krótkim pobycie. Większość z nich chciała wyjechać z Polski, przede wszystkim
              do Palestyny. Mieszkali w domu przy ul. Planty 7. Był to duży budynek,
              podzielony na dwie części: "lepszą" i "gorszą". W tej pierwszej
              mieszkał "kwiat" kieleckiego Urzędu Bezpieczeństwa i partii (PPR), w tym wiele
              osób żydowskiego pochodzenia. W drugiej - Żydzi, dla których pobyt w nim miał
              charakter przystanku, byli tam po prostu skoszarowani. Na ogół dość dobrze
              mówili po polsku, trudnili się w większości handlem i rzemiosłem. Część z nich
              była ortodoksyjnymi Żydami, część kibucnikami, a jeszcze innych określiłbym
              mianem syjonistów, czyli zwolenników utworzenia państwa żydowskiego. Zauważę,
              że gdyby doszło do prawdziwego pogromu, to tłum rozprawiłby się z Żydami
              zarówno z części "lepszej", jak i "gorszej". Tymczasem do walki, bo to była
              walka, choć bardzo nierówna, doszło jedynie w części "gorszej".

              - Jak przebiegały wydarzenia?

              - Należy zacząć od Henia Błaszczyka, który był wtedy niespełna 9-latkiem.
              Dziecko miało zaginąć 1 lipca i odnaleźć się 3 lipca wieczorem. O jego
              zaginięciu ojciec Walenty Błaszczyk poinformował milicję dopiero wtedy, gdy syn
              się odnalazł. Nazajutrz, 4 lipca, po godz. 8 rano pomaszerował z Heniem, swoim
              sąsiadem Antonim Pasowskim oraz jego szwagrem Dygnarowiczem, do siedziby I
              komisariatu MO w Kielcach, by poinformować o zaginięciu syna. Ojciec
              powiedział, że syn został porwany przez Żydów i przebywał w podziemiach
              kamienicy przy ul. Planty 7. Miano na nim dokonać rytualnego mordu,
              zakończonego wytoczeniem krwi, która posłużyłaby do wyrobu macy. Chłopcu udało
              się jednak uciec. Henio potwierdził słowa ojca, agenta UB. Współpracownikami UB
              byli również Pasowski i Dygnarowicz. Nie zadbali nawet o to, by sprawdzić, czy
              kamienica przy ul. Planty 7 ma piwnice. A nie ma.

              - Milicjanci uwierzyli?

              - Nie wykluczam, że część z nich mogła wierzyć w wersję Henia, ale z pewnością
              nie komendant komisariatu sierżant Edmund Zagórski, który to stanowisko objął 3
              czerwca 1946 r. Z reguły na interwencje milicja wychodziła wówczas w 2- lub 3-
              osobowym składzie. W tym przypadku było inaczej. Przez miasto ruszyła grupa 14
              milicjantów, w mundurach lub po cywilnemu, Henio, jego ojciec, Pasowski oraz
              Dygnarowicz. Szli ul. Sienkiewicza, główną ulicą Kielc, zatrzymując
              przechodniów i ogłaszając, że ten oto chłopczyk, wskazując na Henia, uciekł z
              rąk Żydów, którzy mieli go zabić, a jego krew przeznaczyć na macę. Krzyczano,
              że 11 innym dzieciom Żydzi wytoczyli już krew.

              - Jak reagowali mieszkańcy Kielc?

              - Widząc, że milicja nie tylko zwraca się do nich w normalny sposób, bez gróźb,
              ale wręcz zachęca do pójścia ze sobą, szli zaskoczeni i zaciekawieni.
              Przypomnę, że w tamtych czasach gromadzenie się nawet grupy 3 - 5 osób
              powodowało legitymowanie, rewizję osobistą lub zatrzymanie. Zgromadzenia były
              surowo karane. Istotne jest też zdanie sobie sprawy z tego, że kielczanie
              musieli być mocno zdumieni zachowaniem milicjantów.

              - Dlaczego?

              - Byli oni bowiem powszechnie uważani za sprzymierzeńców czy raczej sługusów
              reżimu, na czele którego, jak sądzono, stali ludzie pochodzenia żydowskiego. Ci
              kielczanie, którzy słyszeli zachęty milicjantów, nie mogli zatem pojąć,
              dlaczego akurat oni występują przeciwko Żydom, skoro Żydów jest pełno - jak
              uważano - na czele partii i UB.

              - Gdzie, zdaniem Pana, przebywał pomiędzy 1 a 3 lipca 1946 r. Henio Błaszczyk?

              - We własnym domu, gdzie ojciec, Pasowski i Dygnarowicz uczyli go, co ma mówić
              na komisariacie.

              - Skoro, jak Pan twierdzi, to nie był pogrom, a operacja wojskowo-milicyjna, to
              musiała być zaplanowana?

              - Na długo przedtem, zanim z I komisariatu MO wyszedł pochód milicjantów wraz z
              Heniem, wojsko i Urząd Bezpieczeństwa byli w stanie gotowości bojowej. Przed
              gmachem UB przy ul. Focha stanęły oddziały 4. pułku piechoty. Jego żołnierzom
              powiedziano wtedy, że przy ul. Planty Żydzi przetrzymują i mordują dzieci.

              - Kto kierował akcją?

              - Mózgiem całej operacji byli funkcjonariusze NKWD, przede wszystkim mjr
              Michaił Aleksandrowicz Domin, Dyomin czy Demin, bo występuje w źródłach pod
              różnymi nazwiskami, z Jewsekcji, komórki NKWD zajmującej się kwestiami
              żydowskimi. Bezpośrednio akcją - z balkonu - kierował mjr Władysław Spychaj,
              który zmienił nazwisko na Sobczyński. Był on agentem sowieckim przed wojną, a w
              czasie okupacji działał zarówno na rzecz Gestapo, jak i NKWD, z tym że
              najcenniejsze informacje przekazywał Sowietom, był zresztą oficerem NKWD. Sporo
              do powiedzenia miał też Adam Humer.

              - Ten sam, który w latach 90. miał głośny proces za zbrodnie komunistyczne i
              został w nim skazany?

              - Ten sam, ale dodam, że Humer w ogóle nie był sądzony za zbrodnie w Kielcach.
              Ja z nim rozmawiałem na początku lat 90., gdy jeszcze jego nazwisko nie było
              głośne. Oficjalnie Humer został skierowany do Kielc, by nadzorować referendum,
              które odbyło się 30 czerwca 1946. W czasie tzw. pogromu instruował swoich
              podwładnych, kogo mają aresztować, by potem skazać na śmierć.

              - Mjr Dyomin do Kielc przybył na kilka miesięcy przed 4 lipca 1946 r. (wyjechał
              stamtąd 2 tygodnie później). Jaki był udział Sowietów w zbrodni kieleckiej?

              - Nie ulega dla mnie wątpliwości, że kluczowy. To Moskwa zaplanowała i
              przygotowała ten mord. Jej wykonawcami byli Polacy służący w UB, MO oraz ORMO.
              W akcji brały udział także jednostki sowieckie, bo i ich wojsko oraz aparat
              bezpieczeństwa przebywali w Kielcach. W sumie, jak obliczyłem, w akcji udział
              wzięło co najmniej 395 funkcjonariuszy z różnych formacji.

              - Czy próbował Pan dotrzeć do archiwaliów rosyjskich dotyczących tzw. pogromu
              kieleckiego?

              - Oczywiście. Zwracałem się w tej sprawie do prokuratora generalnego Federacji
              Rosyjskiej oraz do organizacji Memoriał zajmującej się zbrodniami
              komunistycznymi. Nie otrzymałem jednak odpowiedzi ani od prokuratora
              generalnego,
              • fiddler.castrol Re: Kąkolewski: w Kielcach nie bylo Pogromu 16.07.06, 13:33
                - Oczywiście. Zwracałem się w tej sprawie do prokuratora generalnego Federacji
                Rosyjskiej oraz do organizacji Memoriał zajmującej się zbrodniami
                komunistycznymi. Nie otrzymałem jednak odpowiedzi ani od prokuratora
                generalnego, ani od Memoriału, co - w tym przypadku - mocno mnie dziwi.

                - Jeśli mord kielecki był dziełem Rosjan, to kto był mocodawcą?

                - Znając realia panujące wtedy na Kremlu, to nie mogłoby do niego dojść bez
                wiedzy i zgody Stalina. W interesie generalissimusa było obarczenie winą narodu
                polskiego, pokazanie obywatelom świata zachodniego, jakimi to zbrodniczymi
                antysemitami są Polacy. Przyznać muszę, że ten zabieg w dużej mierze Moskwie
                się udał. Przypomnę, że 4 lipca przypada święto narodowe Stanów Zjednoczonych.
                60 lat temu w ambasadzie USA w Warszawie zebrało się spore grono, w tym
                dziennikarze z krajów zachodnich, bo wtedy jeszcze żelazna kurtyna była
                uchylona. W czasie przyjęcia do zgromadzonych w ambasadzie amerykańskiej
                dotarła informacja, że Polacy mordują Żydów. Jeszcze tego samego dnia w świat
                poszła o tym wiadomość, która dla Polski miała tym bardziej fatalne skutki, że
                świeżo w pamięci była zagłada Żydów w czasie wojny. Przekaz, który Sowieci
                posłali na Zachód, miał dowieść, że najpierw Niemcy, a teraz Polacy mordują
                Żydów. Jeśli Zachód chce temu zaradzić, to powinien zostawić nasz kraj w
                sowieckiej strefie wpływów. Dodam, co jest również ważne, że tego samego dnia
                trybunał norymberski zajmował się sprawą zbrodni katyńskiej, która miała zostać
                przypisana Niemcom.

                - Wiąże Pan mord w Katyniu ze zbrodnią w Kielcach?

                - Tak, bo oba te straszne wydarzenia zostały powiązane ze sobą 60 lat temu.
                Kiedy 4 lipca w procesie norymberskim prokuratorom sowieckim nie udało się
                przekonać Zachodu, że Katyń był dziełem Niemców, to Moskwa musiała znaleźć
                równoważną, kompensującą przegraną dla nich w Norymberdze sprawę. Było nią
                oskarżenie nie Polaków, ale "tłumu", "motłochu", choć żaden tłum nie
                uczestniczył w strzelaninie przy ul. Planty. Jednak te dwa obraźliwe określenia
                rzutowały na postawę i zachowanie się wszystkich mieszkańców Kielc, a oni
                stanowić mieli reprezentatywną grupę Polaków.

                - A jaki był udział polskich komunistów w tzw. pogromie kieleckim? Za UB w
                Biurze Politycznym odpowiadał wtedy Jakub Berman.

                - Berman sam bał się, że jako Żyd może paść ofiarą, bo przecież Stalinowi i
                części polskich komunistów chodziło również o zastraszenie działaczy partyjnych
                żydowskiego pochodzenia. Mam zeznania jego asystenta, który zapewniał mnie, że
                Berman piekielnie bał się wówczas o siebie. Wierzę mu.

                - A Bierut lub Gomułka mogli wiedzieć o planach sowieckiej prowokacji w
                Kielcach?

                - Jest to bardzo mało prawdopodobne. Wydaje mi się, że NKWD i kierownictwo w
                Moskwie nie poinformowałoby nawet Bieruta, a tym bardziej Gomułki z obawy, że
                chcieliby się wtrącać, a czas akcji miał dla Kremla duże znaczenie.

                - Powrócę do kwestii udziału mieszkańców Kielc w tzw. pogromie. Powiedział Pan,
                że w nim nie uczestniczyli. Tymczasem raz po raz powtarzana jest teza o tym, że
                to wielotysięczny tłum mordował i grabił Żydów w Kielcach, ponadto to przecież
                sami milicjanci przyprowadzili kielczan pod dom przy ul. Planty.

                - Owszem, tłum się zgromadził, ale liczył około 100-120 osób. Byli to gapie,
                oddaleni od domu przy ul. Planty 7 co najmniej o 100 metrów, m.in. dlatego, że
                ulica po dotarciu tam oddziałów milicji została zablokowana. Ponadto, gapie,
                gdy tylko wybuchały kolejne strzelaniny, bo Żydzi bronili się, rzucali się do
                ucieczki w dół ul. Sienkiewicza, po czym, gdy strzelanina ucichała, część z
                nich wracała. Kiedy ponownie rozległy się strzały, znów rzucili się do
                ucieczki. Gdy pewna grupa lewicowo nastawionych kielczan przepraszała światową
                społeczność żydowską za to, że "nasi ojcowie, bracia i sąsiedzi, mordowali
                Żydów 4 lipca", to napisałem do nich list. Prosiłem w nim, by wskazali, którego
                z nich ojciec, brat lub sąsiad zabijał, z prośbą o podanie nazwisk i - o ile to
                możliwe - adresów. Tłumaczyłem, że byłyby to bezcenne informacje dla
                prokuratury i sądów, tym bardziej że nikt ze skazanych w procesie kieleckim i
                rozstrzelanych, nie brał udziału w zbrodni. Do dzisiaj nie doczekałem się
                odpowiedzi.

                - A kiedy zakończyła się walka czy raczej rzeź Żydów, to kto uczestniczył w
                grabieniu zmarłych i rannych?

                - Ci, którzy z nimi walczyli, to jest UB, wojsko i inne formacje komunistyczne,
                które zdobywały kamienicę przy ul. Planty 7. Mieszkańcy Kielc nie mogli wejść
                do budynku, ponieważ po walce był otoczony i zabezpieczony przez
                funkcjonariuszy reżimu.

                - Jaki był stosunek kielczan do Żydów?

                - Panował lęk przed Żydami, który bardzo się zaostrzył w latach 1944-1945, gdy
                okazało się, że Stalin posługuje się komunistami żydowskiego pochodzenia w
                dążeniu do pacyfikacji Polski.

                - 4 lipca 1946 r. mieszkał Pan w Kielcach. Co Pan pamięta z tego dnia?

                - Mieszkałem z mamą w dwupokojowym mieszkanku, około 350 metrów w linii prostej
                od ul. Planty. Obudziły mnie strzały. Potem przybiegł do mnie kolega,
                informując, że w mieście toczą się walki. Kiedy wyszedłem z domu, właśnie koło
                mnie przechodziła kompania Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W tym samym
                momencie dopadła mnie matka i wepchnęła do bramy, mówiąc, że jeżeli nie wrócę
                do domu, to ona odejdzie i nigdy nie wróci. Jej słowa potraktowałem bardzo
                poważnie. Zrobiłem, jak kazała. Potem mocno przeżywałem tragedię Żydów w
                Kielcach.

                - Tak zwany proces kielecki zakończył się skazaniem 9 osób na śmierć. Kim byli
                skazani?

                - Żaden z nich nie był winny mordowania Żydów przy ul. Planty. Tylko jeden z
                licznej grupy funkcjonariusz znalazł się wśród oskarżonych. Ale akurat on nie
                był winien niczyjej śmierci ani zranienia. Przypomnę, że zanim zapadł wyrok,
                pluton egzekucyjny już czekał na wykonanie swojego zadania.

                Rozmawiał: WŁODZIMIERZ KNAP
                www.dziennik.krakow.pl
                • odin-2 pan zydziacka propaganda 16.07.06, 19:03
                  www.baltimoresun.com/features/booksmags/bal-id.bk.fear02jul02,1,958021.story?ctrack=1&cset=true

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka