radca
08.11.03, 21:56
http://www.superexpress.pl/iso/dzisiaj/Wiadomosci/Kraj/kraj_1.shtml
" Holender i podpalacze
- Chciałem być waszym sąsiadem, dać wam pracę i przyjaźń. Dlaczego
odpowiedzieliście mi ogniem i kamieniami - pyta mieszkańców Pieszyc HANS
GOENSE (35 l.), HOLENDER. Ze strachu o życie ukrywa się on i jego żona, Polka.
Czy rzeczywiście? Czy nie ma szansy na zgodne życie rodziny Goensów z
mieszkańcami Pieszyc?
Nie chcą mnie tu. Spalili mi stodołę, nowiuśkie maszyny rolnicze. Okradli,
obrzucili kamieniami... Grozili, że zabiją - Hans ze ściśniętym gardłem
wylicza przejawy ludzkiej nienawiści.
- Bo Holender to chuligan, samolub, łobuz... Zagraniczny leń. Sam nie chce
pracować, innymi by się wyręczał. Żeby Polacy na niego robili - krzyczy Józef
Zarzycki, wróg Hansa numer 1.
"Holendrzy", czyli Hans i Gosia, nie przespali w Pieszycach spokojnie ani
jednej nocy. Pod oknami słyszeli: - Wynocha. Won do Holandii. Nie wykupicie
nas. Prędzej was wybijemy. I wybili.
Hans, rolnik, do Polski przyjechał kilka lat temu. W Holandii nie mógł się
wykazać. - Ziemi tam jak na lekarstwo - mówi.
Poznał Gosię (25 l.). W sklepie ogrodniczym. Stała za ladą, on przyszedł coś
kupić.
- I jakby w nas piorun strzelił.
Zaplanowali wspólną przyszłość: kupią ziemię, będą tyrać od świtu do
zmierzchu, rozkręcą plantację cebuli.
- Bo na cebuli Hans to się zna. Wie o niej wszystko - mówi z dumą Gosia.
Niska, piegowata. Oczy czerwone od płaczu.
JÓZEF ZARZYCKI (88 l., SĄSIAD): - Hans to mój wróg. Tylko jemu daj, tylko dla
niego... Zagraniczny leń. Samemu mu się nie chce pracować, chce, żeby Polacy
na niego robili!
Podpadli swojakowi
Wybrali Pieszyce: miasteczko niedaleko Wałbrzycha na Dolnym Śląsku.
Kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców snujących się po ulicach, kilka sklepów,
zaniedbane bloki, na peryferiach gospodarstwa rolne.
Zaciągnęli kredyt, za 150 tysięcy kupili kilka zaniedbanych budynków, maszyny
rolnicze i 16 hektarów.
I pierwsza kłoda pod nogi: w nowo zakupionym domu dożywotnie mieszkanie ma
zapewnione Józef Zarzycki, ojciec poprzedniego właściciela. W umowie
sprzedaży nie było o tym słowa.
Niesnaski. Pisma, odwołania. Wojewoda wydał decyzję: od 20 lat mieszkał gdzie
indziej. Nie ma żadnego prawa do domu Holendra.
Ale 88-letni Józef Zarzycki zna w okolicy wszystkich i wszyscy znają jego.
Ziomek.
- Ludzie zaczęli na nas patrzeć z nienawiścią. Że krzywdę zrobiliśmy
swojakowi... - opowiada Gosia.
Stary Zarzycki aż się trzęsie na słowo "Holendrzy".
- Hans to mój wróg - mówi pan Józef. - Ten Holender to chuligan, samolub,
łobuz... Tylko jemu daj, tylko dla niego... - unosi się. - Zagraniczny leń.
Samemu mu się nie chce pracować, innymi by się wyręczał. Żeby Polacy na niego
robili - krzyczy.
Hans i jego polska żona plany mieli wielkie: - W okolicy bezrobocie.
Wyliczyliśmy, że jak wszystko pójdzie dobrze, to przy plantacji cebuli ze 40
osób z okolicy zatrudnimy - opowiadają.
Kiedy ludzie się od nich odwracali na ulicy, "Holendrzy" zaciskali zęby.
Zajęli się remontem, rozkręcaniem gospodarstwa. Rzucili w wir roboty...
Ogień zgasił zapał
- Nasz entuzjazm zgasł tej majowej nocy, gdy miejscowi podpalili nam stodołę -
opowiada Małgorzata.
Ogień strawił całe zabudowania gospodarcze. Z dymem poszło 15 ton słomy, 2,5
tony nawozu mineralnego, siewnik i rozsiewacz. Razem: 200 tysięcy złotych.
Dochodzenie w sprawie podpalenia zostało umorzone. Powód? Nie ma
dostatecznych dowodów, że ktoś podpalał.
- Nie dali nam wiary, że sąsiad nam groził. Dzień przed pożarem
krzyczał: "Spalę was, cholery. Obce dziwolągi" - opowiada Holender. -
Wygrażał: "To nie twoja ziemia. Spierdal... stąd. Pożałujesz, żeś kupił
ziemię. Won do domu..." - opowiada Hans. Zaczynają mu drżeć usta.
Sąsiad to Jan T. (47 l.). Krępy, robocze ubranie, dłubie przy ciągniku.
- Ja mu nie groziłem, temu... dziwolągowi - mówi patrząc w ziemię. - Sam się
spalił. Ognisko rozpalił i się spalił - dorzuca. - Ten Holender to zły
człowiek. Bać się go można. Nie wiadomo kiedy się zaczai na Polaka, łopatą od
tyłu przyłoży tak, że głowę rozłupie na pół. Śmierć murowana - opowiada. - No
i dzieci chciał nam otruć. Tak, tak... Popryskał trucizną swoje czereśnie,
żeby nasze dzieci się najadły owoców i poumierały. To cała prawda - bije się
w piersi Jan T.
Nie spali po nocach
Hans i Gosia nie przespali spokojnie ani jednej nocy. Pod oknami słyszeli: -
Wynocha. Won do Holandii. Nie wykupicie nas. Prędzej was wybijemy - wspomina
Gosia. Zanosi się łzami. Cała dygoce. - Po nocach mi się to teraz śni -
dorzuca.
Sąsiedzi nie przypominają sobie takich sytuacji. Nikt nic nie wie.
Irena Radwańska (55 l.), sąsiadka z przeciwka: - My im nic złego nie
zrobiliśmy. Nic. No... Odzywać się do nich nie odzywaliśmy, bo oni tacy...
dziwni. Odludki. Ludzi unikali, to i my im się nie narzucaliśmy. Nie wpadali
na kawkę, przy płocie nie pogadali. Tylko cichcem przemykali...
Antoni Radwański (55 l.): - Holender? Dzień dobry po polsku nie powiedział.
Gęby nie otworzył. Dziwny.
A kamienie? Groźby? Podpalenie?
- Bujdy... - zarzeka się Nina Jakubiak (35 l.). - Od nas im się krzywda nie
działa.
A okna Goensów tłukły się co dnia od kamieni rzucanych nienawistną ręką. Nie
nadążali z zamawianiem szklarza. Zostawili wybite. Te od frontu zamurowali.
Kamieni nie szczędzili też samemu Hansowi. - Ktoś z ukrycia, z krzaków we
mnie rzucał. Po podwórku nie mogłem chodzić. Zawsze gdzieś dostałem: to w
głowę, to w plecy. "Wynoś się" - słyszałem przy tym.
Pokazuje obdukcję lekarską: siniaki, otarcia naskórka, krwiaki...
- Jakbym jakiś trędowaty był. Tak mnie traktowali. Jakbym zarazę roznosił
najgorszą... A ja tylko chciałem normalnie pracować, na życie zarobić i dać
zarobić innym - opowiada.
Było coraz gorzej. W biały dzień okradli Holendrom las. Tak po prostu.
Złodzieje wycięli w pień 31 dorodnych drzew. Straty - 29 tysięcy 157 złotych.
Sprawców złapano. Mieszkańcy Pieszyc. Sąsiedzi.
Odprawiali ich
- Przestaliśmy wychodzić z domu. Strach nas zżerał. Nie mogliśmy normalnie
żyć, przez cały czas zaszczuci, osaczeni... - Gosia wyciera łzy i łyka
tabletki uspokajające.
Prosili o pomoc wszędzie. Bez skutku.
Władze miasta:
- To nie nasz problem. Słyszeliśmy o jakiś kłótniach sąsiedzkich. Ale to
ludzie powinni załatwić między sobą
- ucina zastępca burmistrza Pieszyc Norbert Twardy.
Ambasada Królestwa Holandii:
- Musicie pogadać z polskimi i holenderskimi mediami. Może wam pomogą... -
radzili holenderscy urzędnicy.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych: pisma bez odpowiedzi.
Miejscowa policja też jest obojętna:
- Oni tam żyją jak Kargul z Pawlakiem - mówi Waldemar Kocyła (42 l.),
zastępca komendanta w Bielawie. - A ten Holender taki dziwny jest: przyjechał
z daleka i zamiast być miły, dostosować się, wkupić się w łaski ludzi... To
on się burzy - kręci z niedowierzaniem głową.
Ostatnio "Holendrzy" powiedzieli: "dość". Koniec ze strachem, upokorzeniem.
Spakowali podstawowe rzeczy, dom zamknęli na cztery spusty. Zamieszkali u
rodziny, kilkadziesiąt kilometrów od Pieszyc. Boją się wracać do domu.
- Przegraliśmy - mówią.
Holendrzy w Polsce niemile widziani?
RINA I FREDDY BELTMAN przenieśli się z całym dobytkiem z Holandii do Polski w
styczniu 1996 roku. Zamieszkali we wsi Cetyń pod Słupskiem. Wydzierżawili 200
hektarów i budynki po byłym PGR. Chcieli stworzyć mleczną fermę. Ktoś
dwukrotnie podpalił im gospodarstwo. Holendrzy nie wytrzymali. Spakowali się
i wrócili do ojczyzny.
AREND HENDRIKS wydzierżawił ziemię we wsi Kawęcin pod Swieciem. Od samego
początku spotykał się z niechęcią. "Ktoś" poniszczył mu elektryczne pastuchy
i uwolnione z pastwisk konie zniszczyły pole kukurydzy. Innym razem
zniszczono mu namioty foliowe. Śledztwo wykazało, że zrobili to jego sąsiedzi.
W Polsce i tak nie jest źle
-