Rozpoczne ten wątek podkreślając, że nie będę wchodził w polemiką z osobami
które nie potrafią dyskutować na poziomie.
A więc jeśli chodzi o naukę, to oczywiście stawiam na USA, ale też mam kilka
zastrzeżeń.
Po pierwsze, dla mnie nauka w USA jest o tyle inna, że prawie zawsze łączy się
z praktyką. Sucha wiedza jest po prostu niczym jeśli nie możemy jej w jakiś
sposób wykorzystać.
Fakt że Amerykanin często nie będzie wiedział gdzie Polska leży, albo spyta
się czy ludzie w Polsce mają telewizory (Autentyczne pytanie z roku 2007) i
nie potrafią robić wszystkiego, ale często ich wąska specjalizacja pozwala im
na stworzenie świetnych produktów które potem my kupujemy

Dla przeciętnego
Europejczyka, ich brak wiedzy o świecie rzeczywiście czasami boli. Ale czy ta
wiedza jest im do szczęscia potrzebna?
W Polsce ciągną się jeszcze dziwne rzeczy z poprzedniej epoki. Takie jak, "Mam
tytuł magistra, więc to oznacza że jestem lepszy/a od innych i automatycznie
mnie przyjmą do pracy." Albo "znam stolicę każdego kraju na świecie, więc
jestem mądry"
To, że osiągnięcie tego tytułu było połączone z wiecznym ściąganiem i
plagiatami to już nie jest istotne, ważne że jest papier. Na szczęście każdy
poważny pracodawca dzisiaj potrafi wykryć takie braki.
Ja jako osoba nie ściągająca byłem uważany za idiotę tutaj.
Ale...
Byli też i tacy którzy nie ściągali i byli naprawde świetni w tym co robią. Ja
ze swoją słabą jak na Polskie warunki wiedzą matematyczną nie dawałem rady i
nie ściągalem. Inni ściągali i dali radę.
PODSUMOWANIE
Pomimo negatywnego wpływu rodziny w stylu "och jaki starszny nasz los"
nauczyłem się w USA odpowiedzialności za siebie i też tego, że w życiu nie ma
skrótow żeby osiągnąć świetne wyniki. Brak umiejętności w jakiejś dziedzinie
oznaczało szanse na nauczenie się jej gdy tylko pokazałem chęć, brak tej
umiejętności tutaj oznaczało że jestem po prostu idiotą.
I właśnie chyba szansa, możliwości, i zachęcanie to głowne różnice między USA
a Polską, oczywiscie na korzyść USA.