Witam,
Jestem mamą, samotnie wychowującą 10-miesięczną córeczkę, na urlopie wychowawczym.
2 lata temu otworzyłam firmę sprzątającą, pracowałam sama, nie miałam pracowników i minimalne dochody, że ledwie płaciłam składki zus. Niestety, poniewać jest to praca fizyczna musiałam iść na chorobowe (bezpłatne, bo spóźniłam się z płatnościami), firma cały czas działała, a ja próbowałam bezskutecznie znaleźć pracownika... W końcu w lipcu 2010 zawiesiłam firmę 2 miesiące po tym, jak wylądowałam w szpitalu z przedwczesnymi skurczami i wtedy też zatrudniłam się jako pracownik fizyczny (aby mieś jakiekolwiek świadczenia...) i pracowałam do porodu (do końca sierpnia).
Od lutego utrzymuję siebie i córeczkę z zasiłku wychowawczego (400zł) i zasiłków dla samotnej matki (170zł) i na dziecko, co razem daje kwotę 638zł. Jest to bardzo mała kwota, więc aby dociągnąć do końca miesiąca musiałam maksymalnie zaciągać pasa... Prawie niewykonalne, ale dawałyśmy radę... do piątku 17 czerwca... Weszłam na swoje konto, aby zobaczyć, czy już wpłyneły pieniądze z zasiłku. Pieniądze wpłyneły... ale konto zostało zajęte przez komornika urzędu skarbowego!!! Na koncie czerwoną czcionką -1875,58 na debecie!!! Patrzę na tę minusową kwotę i płaczę. Wiem, że byłam winna us, ale żeby tak nagle? Bez żadnego listu? I chociaż żeby rozłożyli to na raty... Nie mam żadnych środków do życia. Tak czekałam na te pieniądze, bo skończyły się córeczce pieluchy..
Ostatnie miesiące nauczyły mnie oszczędności. Kąpię małą w mydełku bambino za 1,30 (na szczęście nie ma problemów skórnyk, odparzeń), nie używamy kremów, sama nie kupiłam sobie ciucha od roku, córeczce kupowałam na ciuchach, karmię ją piersią i gotuję zamiast gotowych słoiczków. Ale teraz nie mam nawet z czego jej ugotować! Najgorsza jest myśl, że skoro konto jest na minusie -1875,58, to miną jeszcze 4 miesiące, zanim będę miała jakiekolwiek pieniądze na koncie!
Niestety nie mam od kogo pożyczyć. Na razie pożyczyłam 100zł od mojego ojca. Jednak rodzice (z nimi mieszkam) sami ledwie wiążą koniec z końcem. Mama jest chora, ojciec jest portierem. Wiem też, że jak będę pożyczać, w życiu się nie wypłacę, bo jak pisałam, to 638zł ledwie nam wystarczało. Myślałam, żeby iść do pracy, ale nie mam z kim zostawić córeczki, a na żłobek mnie nie stać!

Drogie, pomocne emamy. Proszę, poradzcie, gdzie powinnam się udać, co robić. Na ojca biologicznego dziecka nie mam co liczyć, odszedł jak jeszcze byłam w ciąży. Podobno nie ma pracy. Nigdy nie byłam w AŻ tak beznadziejnej sytuacji... Pieniędzy nie chcę ( i tak "wsiąkną" mi na koncie), natomiast potrzebuję produktów spożywczych, pieluchy dla córeczki, chusteczki (choć może da się bez tego obejść, jest woda w kranie jeszcze), ciuszki (używane, oby były na 80/86) na za 2 miesiące, bo na razie ma na styk. Czy to wiele? Chyba nie (życie nauczyło mnie oszczędności), choć dla mnie to bardzo dużo... I głównie chodzi tu o moją córkę. Gdyby nie ona, nie zdecydowałabym się prosić o pomoc...
Dodam, że jestem gotowa przedstawić moją dokumentację z mops'u i zrzut mojego konta mbank, słyszałam też, że mogę się spodziewać, że ktoś mnie odwiedzi, aby sprawdzić jak wygląda sytuacja. Również zapraszam. Mieszkam w Krakowie.
Proszę o pomoc, radę, cokolwiek...
Marta