Witam wszystkich,
mam do was pytanie. Właściwie to ja mam swoje zdanie na ten temat, ale minęło
już trochę czasu od zdarzenia, a nadal myślę o tym, więc chyba lepiej pogadać
o tym z innymi.
Jakiś czas temu (2.07.2005) wychodziła za mąż moja koleżanka ze szkoły
średniej. O ślubie i weselu wiedziałam już dawno, na początku maja
spotkałyśmy się i dowiedziałam się, że ma zamiar mnie zaprosić. Rozmowa
jednak przebiegła dosyć specyficznie - koleżanka zapytała, czy jesli mnie
zaprosi, to czy przyjdę na wesele. I czy musi przyjeżdżać do mnie do domu z
zaproszeniem, czy możemy sie spotkać gdzieś na mieście. Zgodnie ze swoim
zamiarem odpowiedziałam, że przyjdę. Bardzo lubię wesela, i wprawdzie po
maturze spotykałyśmy się bardzo żadko, zamierzałam pójść na wesele.
19.06 (2tyg. do wesela) dostałam sms-a: nie wkurzaj się, że jeszcze nie masz
zaproszenia, ale jeszcze jest kilka takich osób.
Następnego dnia telefon: umówimy sie w tym tygodniu to dam ci zaproszenie.
Jakbym zapomniała to puść mi dzwonka albo sms-a. Powiedziałam do koleżanki:
Kasiu, ale ja nie będę się dopominała zaproszenia. Ona: No, wiem, ale mam
jeszcze z 5 zaproszeń i nie mam jak się spotkać z tymi ludźmi, a mam sesję i
jestem taka zabiegana... (sztampowa wymówka, tym bardziej, że studia zaoczne,
a od końca kwietnia nie pracuje).
W środę telefon: spotkajmy się jutro o 17.10 koło hotelu "Victoria", bo idę
tam załatwiać sprawy. Ani miejsce ani godzina mi nie odpowiadaly, do tego
telefon mnie obudził i lekko nie kontaktowałam. Gdy powiedzialam, że mi nie
pasuje koleżanka stwierdziła, że w takim razie da mi zaproszenie na wieczorze
panieńskim w przyszły wtorek (28.06), bo oczywiście przyjdę! Na moją
odpowiedź, ze nie bardzo mi pasuje stwierdziła, że to właściwie nie wieczor
panienski tylko takie spotkanie, i ze nie bedzie trwało dlugo, i sie
rozlaczyla.
A ja wlasciwie zaczelam sie zastanawiac, czy jej zalezy na mojej obecnosci,
bo zabierala sie do zapraszania mnie tak, jakby jej wcale nie zalezalo. Bo
niby jak ona mi chciala dac to zaproszenie? Spotkalybysmy sie pod Victorią na
ulicy, ona by mi dala to zaproszenie, moze powiedziala co jest w srodku
i "sory, ale nie mam czasu, bo musze isc zalatwiac sprawy z weselem".
Chodzi mi o to, że ona nie musi przyjeżdżać do mnie do domu, ale jak się
spotykamy na mieście, zeby mnie zaprosiła, to chociaż poszłybyśmy na kawę!
W piątek zadzwoniła do mnie świadkowa w celu zaproszenia na wieczór
panieński. Właściwie to wtedy podjęłam już decyzję, że na wesele nie pójdę.
Na wieczór panieński też. Świadkowa przyjęła do wiadomości, że we wtorek nie
mam czasu i kończyła rozmowę:
-Do zobaczenia w sobotę, będziemy miały czas może dłużej porozmawiać.
-No, nie wiem.
-Czemu?
-Bo ja nie mam jeszcze zaproszenia na wesele.
-Ale Kaśka ma dla ciebie zaproszenie.
-No tak, ale musi mi je jeszcze dać.
W tym momencie świadkowa zaczęła się martwić tym, kiedy ja to zaproszenie
dostanę, i gdzie my się spotkamy (podczas gdy problem polegał na tym, ze
panna młoda w ogóle nie próbowała się ze mna umówić oprócz wyżej opisanego
incydentu!). Na moją uwagę, że to przecież nie jej zmartwienie, kiedy Kaśka
da mi zaproszenie zgodziła się ze mną, ale chyba nie przyznała się jej do
naszej rozmowy.
Kasia zadzwoniła do mnie w sobotę wieczorem. Wtedy już zapytała, czy przyjdę
na wieczór panieński, trochę zaczęła mnie nawet namawiać. Rozmowa miała nawet
pogodny charakter do chwili, gdy po tamtej stronie zaczęła zbierać się
burza

A było to mniej więcej tak:
-No dobrze, ale w takim razie kiedy możemy się spotkać, żebym ci dała
zaproszenie? (tydzień do ślubu)
-wiesz Kasiu, przepraszam, ale ja raczej nie przyjdę
-dlaczego?
-wiesz, spodziewałam się tego zaproszenia dużo wcześniej. Ślub i wesele to
nie urodziny.
W tym momencie usłyszałam, że:
1. czy nie mogłam jej powiedzieć zanim ona zamówiła miejsca??
2. ona ma jeszcze plik zaproszeń nie rozdanych. Wiadomo, że rodzinę
zapraszała wcześniej, ale koleżanki to ma jeszcze nie zaproszone i nikomu to
nie przeszkadza, tylko ja jestem taka honorowa i nie przyjdę bo za późno mnie
zaprasza
3. Anita miała wesele 2 m-ce temu, i do tej pory ma plik nie rozdanych
zaproszeń, a jakoś ludzie byli na weselu, i się bawili,
4. wszyscy jej się obrażają, jedni, że ich zaprosiła bez dzieci, ja, że za
późno
5. Ten argument mnie powalił: "A ty nie zapominaj, że TY TEŻ MASZ WESELE W
TYM ROKU! To mi nawet zaproszenia nie przysyłaj! Albo przyślij, zobaczę jak
wygląda."
A w ogóle, jak tak, to mnie nie będzie namawiać na wtorek. Cześć.
OK, rozumiem, ciężki okres, mnóstwo nerwów, liczyła może na moją obecność (a
może bardziej chodziło o wydane 200 zł na miejsca dla mnie i narzeczonego),
miała prawo się zdenerwować i nawet mi wygarnąć. Ale na tym się nie
skończyło. W poniedziałek dostała długiego smsa z bramki internetowej od
mojej do niedawna koleżanki, po którym stwierdziłam, że czasami można kogoś
znać całe lata, a nie poznać do końca. Skąd w tej dziewczynie tyle zawiści?
Napisała mi, że: "Dawno nie widziałam Dawida (narzeczony) tak zachodzącego
się ze śmiechu jak wtedy, gdy mu powiedziałam twoje argumenty na nieobecność
na weselu. W ogóle wszystkich one rozbawiły, a niektóre z tych osób to ty
nawet znasz. Mogłaś w bardziej inteligentny sposób wymigać się z wesela,
jednego zresztą z wielu dla ciebie w tym roku. Ciekawe jak z innych się
wymigasz?"
Odpisałam, że cieszę się, iż dostarczyłam im rozrywki, bo dla mnie
zaproszenie na ślub 3 dni przed uroczystością jest objawem lekceważenia. A
poza tym to chyba nie są jej potrzebne do szczęścia mało inteligentne
koleżanki na weselu.
Właściwie nie powinnam się tak przejmować, ale to takie wredne! Tak mnie
zdenerwowała tym sms-em, że z tego wszystkiego wysłałam jej kwiaty z
życzeniami.
Wiem, że to tylko strata pieniędzy, bo ona chyba nie chce przyjąć do
wiadomości, że pomimo tego, że o weselu wiedziałam dawno, to zaproszenie i
tak powinnam otzrzymać minimum 2 tygodnie wcześniej. A luźna rozmowa w maju
potraktowana została jako potwierdzenie przybycia. Tyle że według mnie
przybycie potwierdza się po otrzymaniu zaproszenia. A może się mylę? A co wy
o tym sądzicie??