imka.allegro
14.01.07, 00:12
Witam :)
Szykując się do wyjazdu do Egiptu (po raz pierwszy do Egiptu i w ogóle po raz pierwszy w życiu na urlop za granicę) trafiłam na to forum.
Z zapartym tchem czytałam wszystkie relacje 'nilowe', m.in. autorstwa Edith, platynki, telegram29 - bardzo Wam za nie dziękuję :)
Sporo się z nich dowiedziałam - zatem może i z mojej relacji ktoś skorzysta? ;)
Będzie to relacja osoby, która po raz pierwszy się wybrała na taka eskapadę i dla której absolutnie wszystko było nowością.
Z różnych względów wybór padł na TUI, wyjazd ośmiodniowy, rejs po Nilu 'Hatszepsut', trasa: Luksor-Asuan-Luksor.
A zatem, jeśli ktoś ma ochotę przebyć ze mną tę trasę wirtualnie - zapraszam do lektury :)
Dzięn pierwszy - pobudka o 4 rano (wrr!) Taksówka zamówiona wieczorem, punktualnie o 5:10 pod domem, jedziemy na lotnisko.
Ja cały czas w strachu - czy będę potrafiła się odnaleźć w tak 'egzotycznych' warunkach jak Okęcie ;)
Poszło jak po maśle - na tablicy był już wyświetlony numer lotu, obok numery stanowisk bagażowych.
Krótki ogonek do stanowiska, podaliśmy paszporty, bilety, bagaż na wagę; plus uśmiech i prośba o miejsce przy oknie ('bo to pierwszy raz!).
Z kartami pokładowymi oraz lżejsi o dwie walizki (łączna waga 23 kilo przy dopuszczalnym limicie 18 kilo na osobę) pomaszerowaliśmy do odprawy paszportowej. Za kwadrans szósta - a tłok niesamowity. Ale wszystko w sumie bardzo sprawnie się odbyło. Po odprawie paszportowej słynne 'duty free' - ale raczej jako zakupy z 'obowiązku' ('no nic nie kupić na bezcłówce?!' ;)
Czasu było jeszcze bardzo duzo, ale że nie bardzo było co robić, to poszlismy do odpawy celnej. Byłam uprzedzona wcześniej, że wszystko piszczy na tych bramkach, więc rozebrałam się 'do rosołu' ;) (no dobra, do tshirta i dżinsów) i przeszłam. Nie piszczałam :)
Reszta moich rzeczy, czyli polar, kurtka, i torba podręczna z aparatem, komórką i im podobymi paściami przejechała spokojnie taśmą).
Usiedliśmy pod gate'em (numer wypisany na karcie pokładowej) no i rozpoczeło się odliczanie. Ale jakoś sie nie nudzilismy - wszystko dla nas było nowością ;)
Lot miał być o 7:30, a w sumie wystartowalismy o 7:45. Za to Boeingiem 737-400, a nie 737-300 jak było wypisane na rezerwacji, zatem jakiegoś spektakularnego opóźnienia nie zanotowałam :) Samolot czarterowany z Centralwings, na pokładzie całkiem sympatycznie, nawet było sporo wolnych miejsc.
Lot bez zarzutu, chmury w Polsce, cokolwiek zaczęło być widać gdzieś w okolicach Słowacji - czyli w sumie zaledwie po dwudziestu minutach :) Catering płatny, kawa pięć złotych, herbata pięć złotych, wafelek pięć złotych... ;)
Kapitan uprzejmie informował nas od czasu do czasu nad czym przelatujemy (o 9:05 Dunaj wypatrzyłam i bez niego, nie dało się go nie zauważyć, mimo że lecieliśmy na wysokości ok. 10000 m).
Obiecywał pokazać Kretę - niestety, nad Morzem Egejskim znowu były chmury, za to wypatrzył w nich dziurę i o 10:19 pokazal nam Santorini :)
Potem już poszło bardzo szybko (oczywiście jest to moje subiektywne odczucie :) Linia brzegowa Egiptu o 11:05, pustynia, Kair pod chmurami, pustynia i już Hurghada :)
Lądowały dwa samoloty przed nami, zatem udaliśmy sie na kilkuminutową rundkę nad Morzem Czerwonym. Widoki - zapierające dech!
Podejście do lądowania - z prawej strony można sobie obejrzeć wspaniałe kompleksy hotelowe. Plamy jasnych budynków, błękit basenów, zieleń - wszystko na piaskowoburym tle pustyni...
Lądowanie o 12:05. Przestawiłam zegarek o godzinę do przodu, była zatem trzynasta :)
Lotnisko w Hurgadzie - chyba każdy z tego forum już je zna (lub pozna w najbliższym czasie ;) Z racji kilku samolotów lądujących bezpośrednio jeden po drugim istne piekło.
Ale TUI tak porozstawiało swoich ludzi (zresztą chyba wszystkie biura tak robią), że poczułam się jakbym brała udział w zabawie 'podaj dalej' - w której to mnie podają :)
Wystarczyło wypatrzeć kogoś trzymjącego tabliczkę z logo biura, podejść - bez pytania facet machał łapką w kierunku gdzie należało iść dalej. Miałam voucher na wizę, wg wskazania podeszłam do kontuaru (również oznaczonego wyraźnym logiem biura), podałam voucher, paszport, myk, myk, wiza w postaci dwóch znaczków została wklejona do paszportu, dostałam kartę wjazdową do wypełnienia.
Stanęliśmy przy jednym ze stołów, łypiąc na kartę wypełnianą przez sąsiada drżacą ręką wypisałam własną. Kłopot miałam tylko z lokalizacją, co ja tam miałam wpisać jako miejsce pobytu - Nil?!! ;) Nic nie wpisałam - i też przeszło :)
Z wypełnionymi kartami kartami trafiliśmy do ogonka do kontroli paszportowej. Paszport oglądany, stempel na wizie, karta zabierana, wychodzimy.
I jeszcze jeden ogonek gdzie trzeba pokazać paszport - najlepiej od razu otwarty na stronie z wizą, szybciej wtedy szło :)
No i w koncu wydostaliśmy się do hali. Szybki marsz wzdłuż taśm z bagażami w poszukiwaniu numerka naszego lotu, znalazł się na ostatniej taśmie, bagaże już krążyły.
Łaps za walizki (czarne i granatowe, zwłaszcza pożyczone, są mocno niepraktyczne ;)
Własną zieloną wyłowiłam natychmiast, czarnej pożyczonej trochę się naszukaliśmy :)
Wychodzimy z lotniska. Oczywiście natychmiast po wyjściu wpadamy na kolejnego pana z TUI :) Karnacja nie pozostawia wątpliwosci co do narodowości, wskazuje nam kierunek
i przepiekną polszczyzną mówi, abyśmy poszli prosto, potem w prawo, tam, koło tych kolorowych flag będą autokary :)
Koło autokarów dwie ładne dziewczyny (blondynki naturalne, więc znów nie ma wątpliwości co do narodowści ;) Zanim się odezwaliśmy wręczyły nam po butelce wody mineralnej (świetny pomysł) i zapytały do którego hotelu, po usłyszeniu, że na rejs po Nilu - 'aha, to autokar numer 50' i wskazały kierunek (autokarów na parkingu było co najmniej kilkadziesiąt :)
Znajdujemy auktokar, pakujemy bagaż, wsiadamy, pierwszy łyk wody - ufff! Chwila odpoczynku :)
Autokar rozwoził turystów do czterech hoteli, rejsowicze mieli wysiąść przy drugim, Sea Garden, spożyć jakiś obiad i poczekać na autokar docelowy, ktory miał już nas dowieźć konwojem do Luksoru.
Pierwszy obiad w Egipcie...! ;) Stół elegancko nakryty, czekamy z zapartym tchem.
Obok duże okno - widok na niewielkie patio hotelowe, werandę, basen, grill przy basenie - pichcą jakieś frytki i hamburgery... okazalo się, że to na obiad dla nas :))
Grupa liczyła sobie na razie 12 osób - wszyscy roześmiali się w momencie podania nam tych frytek i hamburgerów :)
Można było iść do recepcji hotekowej i wymienić pieniądze - kurs 'hotelowy' 5,60 LE za dolara. Poszłam, wymieniłam czterdzieści dolarów, dostałam 224 LE - nowiutkie szeleszczące cztery pięćdziesiątki, jedną dwidziestkę i cztery jednofuntówki.
Rezydent biura (a raczej pracownik agencji TRAVCO, która ma w Egipcie chyba dość mocne powiązania z TUI), rewelacyjnie mówiący po polsku, przeprowadzil krótką demonstrację jak wyglądaja banknoty i jak odróżnić 50 funtów od 50 piastrów ;)
Około 16:30 podstawiono nam autokar. Kierowca, kolejny pracownik TRAVCO jako nasz opiekun na drogę i nasza dwunastka - cały autokar dla nas. Wyjazd do Safagi na miejsce zbiórki konwoju.
O pierwszych wrażeniach pt. 'Egipt a raczej Hurgada przez okno autobusu' pisać nie będę ). Ale spotykałam się na tym forum z określeniem 'jeden wielki plac budowy' i całkowicie się z nim zgadzam ;)
Po godzinie jazdy postój w Safadze, czekamy na resztę autokarów, o osiemnastej wyjazd konwoju. Było już zupełnie ciemno - obserwacje jak się jeżdzi nocą po Egipcie warte są osobnego wątku :)))
Po drodze minęliśmy konwój powrotny, jadący z Luksoru do Safagi - było na co popatrzeć. Ciąg około stu autokarów robi wrażenie :)
Około 140 km przed Luksorem - postój. Możliwość skorzystania z WC (jeden funt), napicia się kawy, pooglądania wielbłądów prowadzonych przez dzieciaki, popatrzenia na kolorowe ubrane dziewczynki z maleńkimi kózkami na rękach - i oczywiście pierwsze nagabywania. Taka próbka egipskiego kolorytu w niemożliwie skondensowanej i kolorowej pigułce dla turystów :)
Do Luksoru przyjechaliśmy około 21:30. Wyładunek z aut