Gość: czterdziestolatek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
22 lata temu
"Choć powoli coraz więcej gospodarstw stać jest na zatrudnienie pomocy do
sprzątania oraz wykonywania pozostałych domowych zajęć ..."
Czytając to zdanie trudno zauważyć, że "pomoc" jest człowiekiem, a nie
automatem jak zmywarka do naczyń.
I - poza jednym szmatławym niekończącym się serialem - rzeczona "pomoc" jest
zwykle ciężko pracującą fizycznie kobietą, która z oczywistych względów nie
może sobie pozwolić na zatrudnienie "pomocy" dla siebie.
A ponieważ płace w tej branży raczej nie rzucają na kolana, dość
często "pomoc" jest zmuszona na zaniedbywania własnej rodziny, o ile chce
zarobić na coś więcej niż dojazdy do pracy.
Narzuca się stereotypowa wizja nienajlepszej dzielnicy i ubogiej rodziny,
w której matka, aby związać jakoś koniec z końcem, zaharowuje się,
zaniedbując z konieczności opiekę nad dziećmi. I dzieci nieuchronnie grzęzną
w tzw. złym towarzystwie, o które w nienajlepszej dzielnicy nietrudno.
Czy oznacza to, że chciałbym zamknąć kobiety w ich własnych kuchniach? -
oczywiście, że nie!
Chciałem jedynie pokazać, że, jak powiadają Anglicy (przynajmniej niektórzy
z nich):
For every solution there is a problem.
Ale dla owej "pomocy domowej" taka praca jest zwykle jedyną możliwością
uczciwego zarobienia jakichś pieniędzy, co czyni bezprzedmiotowymi próby
dalszej dyskusji.
I właściwie chodzi mi o to, od czego zacząłem - o niefortunnie sformułowane
zdanie, które - choć nie jest częścią analizy makroekonomicznej - każe myśleć
o człowieku w kategoriach "siły roboczej" lub "zasobu ludzkiego" (zrównanego
statusem z zasobami rzeczowymi czy finansowymi).
I na takie podejście do człowieka jakoś trudno mi przystać.
Szczególnie w dzień Bożego Narodzenia.