grba
20.12.08, 10:42
Nie śpiewam niemieckiego hymnu
Jacek Cieślak 19-12-2008, ostatnia aktualizacja 20-12-2008 10:26
Łukasz Podolski zdobywa bramki dla Niemiec, ale mówi, że jego serce
bije po polsku
Jedziemy z fotoreporterem „Rzepy” Bartkiem Sadowskim na spotkanie z
Łukaszem do Monachium. Pierwsza próba się nie powiodła. FC Bayern
nie odpowiedział na nasze faksy.
Tak jakby nieobecność Poldiego w składzie monachijskiej drużyny, w
czasie kiedy strzela bramkę za bramką w reprezentacji Niemiec – była
dla Bawarczyków wstydliwą sprawą. On zaś – persona non grata. Dzięki
Piotrkowi Koźmińskiemu z „Super Expressu” udało nam się dotrzeć
bezpośrednio do zawodnika. Musimy znowu napisać oficjalne pismo do
klubu i powołać się na zgodę Łukasza. Wysyłamy pismo po angielsku.
Cisza. Piszemy po niemiecku. Jest zgoda. Jedziemy!
Na echa problemów, jakie Podolski ma w Monachium, natykamy się już w
Ratyzbonie. W kawiarni na rynku, przed katedrą
przeglądamy „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. W sekcji sportowej
najważniejszy – całokolumnowy – materiał poświęcony jest Łukaszowi.
Kiedy już w Monachium wjeżdżamy na ulicę prowadzącą do siedziby
Bayernu, radio podaje, że Podolski chce opuścić klub. Newsa
zaserwował na śniadanie dziennik „Bild”, najpoczytniejszy za naszą
zachodnią granicą. Nie mogło być lepiej, bo oprócz wywiadu z
Łukaszem czeka nas konferencja z udziałem Jürgena Klinsmanna,
trenera Bayernu. Będzie o czym rozmawiać.
Poldi ucieka audikiem
O, Podolski! – pokazują na Polaka fani Bayernu, tłocząc się przed
bramą klubu. Łukasz, który pokazał się na chwilę w oknie na
pierwszym piętrze, rozmawia właśnie z lekarzem o kontuzji pleców.
Mija czas, robi się zimno, a mimo to fani nie rejterują. Liczą, że
po treningu piłkarze podejdą do nich, dadzą autograf, podpiszą piłki
i koszulki, które można kupić w klubowym sklepie nieopodal.
Ale łatwo nie jest. Piłkarze nie idą przecież po treningu na
przystanek tramwajowy, nie wracają do domu rowerem. Drzwi
podziemnego garażu unoszą się i z piskiem opon wyjeżdżają najnowsze
modele Audi. Mignęło nam już przed oczami kilkanaście luksusowych
limuzyn, vanów i kombi. Wyjechali chyba wszyscy, tylko Łukasz nie.
Zaczynamy się czuć jak kibice. Zero szansy na spotkanie? Wtedy
dostajemy SMS od Poldiego: „Za 30 minut przy bramie garażu”.
Jeśli liczy, że kiedy większość piłkarzy pojechała do domów, wszyscy
fani się rozeszli – jest w błędzie. Czekają na niego. My też. Minęło
30 minut. Drzwi garażu się podnoszą, z piskiem opon wyjeżdża audi
Łukasza. Rusza ku niemu grupa fanów. Poldi otwiera okno i krzyczy do
nas:
– Udam, że odjeżdżam, i za kilka minut wracam, OK?
Może sobie pozwolić na przekazanie całkiem głośno poufnej
informacji, bo choć znajduje się blisko grupki niemieckich fanów –
krzyczy po polsku. Przypomina się nam trener Klinsmann, który prosi,
by nie porozumiewał się na boisku z Mirosławem Klose po niemiecku,
tylko w swoim ojczystym języku.
Kibice, widząc znikające światła audi, nie kryją zawodu. My go tylko
udajemy. Oni się rozchodzą. My zostajemy. Mija pięć minut i w
monachijskiej alei pojawiają się przednie światła audika. Ucieczka
ze zmyłką się udała.
– Kiedyś próbowali mnie gonić paparazzi. Ale nie dali rady,
wcisnąłem gaz i jechałem, ile fabryka dała! – cieszy się Podolski.
Chcemy, żeby pozował do zdjęcia z „Frankfurt Allgemeine Zeitung”.
– E, lepiej pożyczcie mi gazetę, bo jeszcze nie czytałem –
przekonuje i w zamian proponuje serię popisów z piłką. Piłkę mam, bo
zrobiłem upominek synowi. Niezły będzie miała piłkarski chrzest,
pomyślałem i rzuciłem futbolówkę w stronę Poldiego. Zaczyna ją
podbijać głową. Widać, że mógłby to robić w nieskończoność. Mamy
kameralny pokaz piłkarskiego mistrzostwa. Tylko dla przypadkowych
przechodniów sytuacja może wyglądać nieco absurdalnie. Jedna z
największych gwiazd reprezentacji Niemiec pokazuje swoje sztuczki w
ciemnej monachijskiej alei. Robi ujęcie „na wampira” – pochylając
twarz nad promieniem światła z reflektora zatopionego w chodniku.
Jest coraz chłodniej, ale Łukasza na widok piłki rozpiera energia.
Wchodzi w futbolowy trans. Zapomniał, że od dwóch tygodni bolą go
plecy i nie wystąpi w kolejnym meczu Ligi Mistrzów.
Smutek zwycięzcy
Siedzimy w barze Bayernu z widokiem na murawę treningowego boiska.
Trawa perfekcyjnie odśnieżona. Za godzinę rozpocznie się trening.
Łukasz przychodzi ubrany w kostium Bayernu. Z bliska wygląda jeszcze
młodziej niż w telewizji. Wita się po polsku: „Cześć”.
Tematów mamy wiele, trzeba jednak zacząć od tego, że oto kończy się
rok 2008, w którym dla większości fanów futbolu w Polsce największym
powodem do dumy miały być sukcesy orłów Beenhakkera na mistrzostwach
Europy. Miały, bo znowu było jak w dowcipie o buldogu, który
zakwalifikował się do finałowego wyścigu chartów i przegrał w nim, a
kiedy go zapytano, dlaczego obiecywał zwycięstwo, odpowiedział z
głupią miną: „Nie wiem”.
Z piłką jest prościej. Wszystko jest jasne. Znowu trafiliśmy na
reprezentację Niemiec. Tym bardziej było nam przykro, że musieliśmy
porównać grę Polaków występujących w reprezentacji Polski i Polaków
urodzonych u nas, ale występujących w niemieckiej drużynie.
Najgroźniejszy wśród nich był Łukasz Podolski, który strzelił nam
dwie bramki.
– Przed meczem z Polską było dla mnie jasne, ustaliłem to sam z
sobą, że jeśli strzelę gola – a wiedziałem, że jestem w dobrej
formie – nie będę się cieszył – wyjaśnia Podolski kulisy występu na
Euro 2008. – Nie potrafiłbym.
Dwa gole Łukasza dały drużynie niemieckiej zwycięstwo, ale koledzy
musieli go pocieszać, bo minę miał niewesołą. Tym bardziej że na
trybunie zasiadła rodzina. Tata przyjechał z Kolonii, a wujek
Wiesiek i dwóch kuzynów, Damian i Marek – z Polski. Z jednej strony
życzyli piłkarzowi jak najlepiej, z drugiej – marzyli, by Polska
awansowała z grupy.
– To nie było tak, że strzeliłem Polsce dwie bramy i pomyślałem: „Do
widzenia, nic się nie stało”. Byłem zadowolony z dobrze wykonanego
zadania, a jednocześnie smutny. Musiałem pocieszać kuzyna Marka, bo
po moich golach jego ukochana reprezentacja Polski przegrała.
Kuzyn Marek się popłakał, a my byliśmy wściekli, że utalentowany
piłkarz, który mógł grać dla naszego kraju – występuje w
reprezentacji Niemiec.– To był trudny wybór, bo urodziłem się w
Polsce, mam tam rodzinę, moje serce bije po polsku – komentuje
Łukasz. – Dzwonili do mnie ludzie kierujący polską piłką, ale było
za późno. Klamka zapadła.
Mówi Maryla Rodowicz: – Podolski to dowód na to, że mamy nie mniej
zdolnych piłkarzy niż Niemcy, ale zawodzą szkolenie i dyscyplina. Na
pewno wolałby grać dla kraju, ale tu nie było dla niego warunków do
rozwoju. Kiedy strzelał nam bramki, rzucałam na niego gromy. Ale to
w emocjach. Panie Łukaszu, jest pan bardzo przystojny, ma pan
delikatne słowiańskie rysy. Bardzo pana lubię za to, że jest pan
świetnym piłkarzem i nie zapomniał pan polskiego, choć wyjechał pan
z kraju jako dziecko. Wesołych świąt i dalszych sukcesów!
Duch zwycięstwa
Strata Podolskiego to jeden z wielu dowodów na katastrofę, jaką
przeżywała Polska w ostatniej dekadzie PRL.
– Moi rodzice wyjechali ze mną, kiedy miałem dwa lata, bo warunki
życia w kraju stawały się coraz trudniejsze. Nie było im łatwo, gdy
decydowali się na Niemcy. Na szczęście teraz miejsce zamieszkania
nie stanowi większego problemu. Można być Polakiem, mieszkając w
Niemczech. Na granicy nie ma szlabanu. Pytania, skąd kto pochodzi i
gdzie mieszka, nie mają sensu. Ważne jest, kto się kim czuje. A ja
zawsze podkreślam, że jestem Polakiem.