Gość: pioter
IP: *.osd.vectranet.pl
11.07.04, 14:26
Za nami kolejny Rajd Kormoran. Na warmińsko – mazurskich szutrach znowu
pojawili się kierowcy, by rywalizować ze sobą w najpiękniejszej polskiej
rajdowej imprezie. Dzięki wprowadzonemu w tym roku zakazowi startów
samochodów klasy WRC w szranki stanęła cała plejada krajowych gwiazd w
porównywalnych samochodach, dzięki czemu przebieg rywalizacji był pasjonujący
w stopniu niespotykanym od lat.
Niestety, tradycyjnie nie zmieniły się sprawy dotyczące kibiców – czyli ich
zachowanie na odcinkach specjalnych oraz – co coraz trudniej mi zrozumieć –
wysiłki włożone przez organizatorów w to, aby kibicowanie było bezpieczne.
W ubiegłym roku wraz z grupa przyjaciół udaliśmy się do Finlandii, by
obejrzeć najpiękniejszą eliminację rajdowych mistrzostw świata – Neste Rally.
Cieszę się, że dane mi było obejrzeć na własne oczy, jak wygląda wzorowo
zorganizowana rajdowa impreza. Rajd bezpieczny i dla kierowców, i dla
kibiców. Dopiero teraz widzę, jaka przepaść dzieli nas od prawdziwego
profesjonalizmu organizacyjnego. Niesamowite rozbawienie wywołała we mnie
usłyszana jesienią informacja, że Kormoran będzie starał się o uzyskanie
statusu eliminacji rajdowych mistrzostw świata. Z motyką na słońce, panowie?
Weźmy na przykład sprawę zabezpieczenia trasy, czyli odgrodzenia od kibiców
miejsc niebezpiecznych. W Finlandii taśmy były rozciągnięte prawie wzdłuż
całej trasy odcinków specjalnych. I przebiegały one nie poboczem drogi, ale w
odległości 5 do 10 metrów od niej! W miejscach szczególnie niebezpiecznych
(hopy, zakręty na oporach po dohamowywaniu) te odległości były jeszcze
większe. Tam zdają sobie sprawę, że auto nie tylko może opuścić na chwilę
drogę i na nią wrócić (na co wystarczy owa 5 metrowa strefa), ale podcięte
może np. rolować, a wtedy nikt nie ma wpływu na to, jaką drogę przebędzie i
gdzie się zatrzyma.
W Finlandii drogi wzdłuż odcinków specjalnych były specjalnie przygotowane
dla poruszających się kibiców – były więc otaśmowane, na przejściach przez
rowy były zbudowane prowizoryczne kładki. Tam nikt nie poruszał się drogą
oesu! Nawet, jeśli konieczne było przejście z jednej strony drogi na drugą,
to były to miejsca specjalnie wyznaczone i z regulacją ruchu przez służby
porządkowe! W większości pracownikami owych służb są mieszkańcy okolicznych
miejscowości, ale w odróżnieniu od naszych nie traktują założenia zielonej ka-
mizelki wyłącznie jako przepustki do oglądania rajdu z miejsc niedostępnych
dla innych. Finowie mają świadomość, że od nich zależy zdrowie i życie innych
ludzi.
Obrazek z tegorocznego Kormorana.
Jednym z oesów idą tabuny kibiców. W ręku obowiązkowe siatki z piwem. Na
dźwięk syreny nadjeżdżającego samochodu organizatora część nie reaguje, nadal
w świetnym humorze przechadza się środkiem drogi. W ostatniej chwili schodzą
na pobocze i przepuszczają auto pomstują, jak to się kibiców zmusza do
chodzenia „po krzakach”. Niedaleko na lewym zakręcie o 90 stopni na
zewnętrznej stoi kolejna grupka „kibiców”. Zatrzymuje się organizator, prosi
o opuszczenie niebezpiecznego miejsca. Niechętnie ruszają się, komentując pod
nosem, co sadzą o „takiej prośbie”. Samochód odjeżdża, po 30 sekundach
wszyscy są z po-wrotem na swoich poprzednich miejscach. Pan w zielonej
kamizelce dogaduje się, że podczas przejazdu następnych samochodów będą
wcześniej stamtąd wychodzić, po czym mogą wrócić. Zwracamy uwagę, ze przez
takich panów odcinek może być odwołany. W odpowiedzi widzimy tylko wymowne
spojrzenia – zostaliśmy potraktowani jak wycieczka ze szpitala
psychiatrycznego. Część „kibiców” obok porozumiewawczo kiwa głowami, pokazuje
nas palcem – jesteśmy niedorozwojami, lalusiami, itp. Tam, na oporze,
stoją „prawdziwi kibice”. 300 metrów dalej trzech młodych panów w zielonych i
pomarańczowych kamizelkach z napisem „AUTOMOBILKLUB OLSZTYŃSKI” w
towarzystwie dziewczyn obficie raczy się pi-wem. Dziewczyny gwiżdżą na wiwat
gwizdkami, jakie Ci chłopcy dostali, by ostrzegać o nadjeżdżających drogą
oesu samochodach. Po ilości leżących obok nich puszek widać, że dmuchnięcie
przez któregokolwiek z panów w alkomat dałoby wynik lepszy niż interpretowany
jako „stan po spożyciu”.
Obrazek z Finlandii.
Wyznaczoną droga obok oesu idą tłumy kibiców. Przechodzimy przez łany zboża,
ale trasa jest wyznaczona i wykoszona. Po chwili trzeba przejść na druga
stronę drogi. Wszyscy się zatrzymują, czekają na zezwolenie od starszej pani
w zielonej kamizelce na przejście przez trasę odcinka. Jakiś kibic się gubi,
przechodzi drogą odcinka jakieś pięć metrów. Od razu koło niego pojawiają się
dwie osoby zabezpieczające trasę, stanowczo nakazują zejście z drogi. 500
metrów dalej jakaś grupa stoi w miejscu niebezpiecznym. Nie reagują na
polecenia służ porządkowych. po kilku minutach zjawiają się jacyś panowie,
pokazują legitymacje. Jeden z grupy się opiera, po chwili ląduje twarzą na
ziemi z rękoma z tyłu. Grupka w towarzystwie panów opuszcza trasę odcinka.
Trochę dalej hopa. Taśmy są tak założone, że jeśli nawet ktoś z prędkością
200 km/h opuści drogę i wydachuje, to zanim doleci do pierwszego kibica, po
zatrzymaniu musiałby jeszcze raz rozpędzić się i wyrachować.
Obrazek z Kormorana.
OS 13 – tuż za Dłużcem błotnisty rów w poprzek drogi po szczycie. Co chwila
rajdówki po wjechaniu w rów pokonują następne kilkadziesiąt metrów drogi
tylko na przednich kołach, bo tył efektownie unosi się w powietrzu. Po
opadnięciu tylnej osi na drogę przez chwilę widać, ze kierowcy walczą o
odzyskanie prawidłowego toru jazdy. Niektórzy robią to szybko, innymi trochę
rzuca po drodze. 50 metrów za rowem na poboczu – 10 cm od drogi - kuca
fotograf. Rozgląda się dumny, w końcu ma kamizelkę „Media – Automobilklub
Olsztyński”. Obok niego ustawiają się „kibice” z aparatami. Ze szczytu
zjeżdża Renault Clio, wjeżdża w rów. Auto wyraźnie gubi tor jazdy, po
opadnięciu tylnej osi na drogę kierowca zaczyna jechać poboczem, starając się
wyciągnąć auto z powrotem na drogę. Udaje się, ale auto prawie muska
kucającego fotografa, kibice w popłochu rozbiegają się do tyłu. Fotograf
zmienia miejsce, „kibice” z aparatami wracają znowu.
Obrazek z Finlandii.
Co kilkaset metrów w pobliżu trasy odcinków małe punkty gastronomiczne –
napoje, grill, słodycze. Po dwóch godzinach koniec odcinka, drogą przejechał
samochód z flagami oznaczającymi koniec rajdu. Namioty z gastronomią znikają
w pięć minut, służby porządkowe zezwalają na wejście na trasę odcinka. Kibice
idą drogą, panowie w zielonych kamizelkach wyjmują z podręcznych toreb worki
na śmieci i zaczynają sprzątać podległy im odcinek. Po pół godzinie worki
lądują na przejeżdżającej wywrotce. Po dwóch godzinach nie ma śladu na
poboczach, że przed chwilą stały tam setki ludzi.
Obrazek z Kormorana.
Wracamy z OS 5. Przejechała Tawria, czekaliśmy dłuższą chwilę – „szachownic”
nie było. Wracamy pustą trasą, na poboczach sterty butelek i puszek po
piwie, „pety” po napojach, papiery, foliowe torebki. Mijamy ognisko rozpalone
w lesie. Już nikt go nie pilnuje, wiatr rozwiewa dym .... (ekipa eNki wie,
gdzie to było, staliśmy tuż obok siebie).
Co rok łudzę się, ze w końcu i kibice, i organizatorzy dorośli do imprezy
nazwanej Kormoranem. I co roku przeżywam rozczarowanie. O ile jestem w stanie
jakoś zrozumieć, że mentalności „kibiców” raczej nic od razu nie zmieni, to
nie potrafię zrozumieć corocznej indolencji organizatorów. Myślę, ze
prawdziwi kibice sportu rajdowego zapłaciliby i trzy razy więcej za karnety
czy bilety wstępu na odcinki specjalne, aby móc spędzić czas bez towarzystwa
ludzi, którzy powinni nazywać się kibolami, a nie kibicami. Nie potrafię
zrozumieć, dla-czego or