Gość: Magda
IP: *.173.29.91.tesatnet.pl
23.09.10, 14:58
"Pocieszając" koleżankę, która napisała ostatniego posta- ja bywało, ze miałam zajęcia od 7:30 do 21:00 bez żadnej dłuższej przerwy na obiad, żadnego okienka, wszystkie przerwy między przedmiotami trwały maksymalnie 15 minut, a miałam czasem 15km do przemierzenia na piechotę, bo jest remont we Wrocławiu i tramwajem nie dało sie dojechać więc nie dość, że nie skorzystałam z przerwy, to i tak wiadomo było, ze się spóźnie. To jest horror.
Do tego dodam, że zupełnie normlne na mojej uczel;ni jest to, że w niedzielę kończymy zajęcia o 20:30...kiedy ja mam o 20:35 ostatni pociąg do domu. Muszę więc zwalniać się z zajęć na których bardzo chciałabym być i które bardzo cenie, a bardzo często są to ćwiczenia i mnoży to problemy, bo jendka nie każdy wykładowca jest na tyle ludzki, by zrozumiec moją sytuację i zwolnić mnie te 45 minut wcześniej z zajęć- a jedna nieobecność= brak zaliczenia przedmiotu. Do tego paradoksalnie, po okresie, kiedy ogóle nie mieliśmy okienkek w ciągu dnia,z robiono nam okienka na 6h zajęcia od 7:30 potem 6h okienka a potem zajęcia do 21:00...oczywiście wieczorem ćwiczenia...
W przypadku mojej uczelni nie mogę powiedzieć, że jestm problem z egzaminami- ze względu na to, że jesteśmu studentami zaocznymi mamy zawsze egzaminy w sobote lub niedzielę i zazwyczaj jeden egzamin w ciągu dni, no chyba, ze kots ma poprawkę z zeszłego roku, to moze mieć więcej niż jeden egzmain dziennie.
Jednak faktycznie- dyżury wykłądowców są zazwyczaj w tygodniu, co mi uniemożliwia konsultacje, a w przypadku jednego przemiotu, nie dąłoby się zaliczyć omijając konsultacje- mioałam szczęście, że zrobiłam projekt z dziewczyną, ktora mieszka we Wrocławiu i ona poszła na te konsutlacje.
Kkolejny problem to sekretariat, który w weekendy w ogołe nie jest otwarty.
Po protestach i skargach dziekanat jest otwartyu dłużej w sobote i w wyznaczoine niedziele o czym dostajemy informacje mailowo.
To co jednak mnie boli najbardziej poza zajęciami w niedzielę do późna to fakt, że z roku na rok płacę wyższe czesne i o ile na pierwszym roku było 6300zł, tak teraz na czwartem jest to 6900zł, moim zdaniem ministerstwo powinno wymusić na uczelniach, że w ciągu pięciu lat studiów magisterskich jednolitych czy trzyletnich licencjackich uczelnia nie ma preawa podnieść czesnego. Domysłam się, że czaesne na piątym roku będą powyżej 7000zł a naprawdę zpłacić tyle ile mam teraz do zapłacenia jest dla mnie bardzo trudno, bo utrzymuję się sama- rodzinie nie partycypują w kosztach ani mojego życia ani mojego studiowania- nie ejst łatwo w tym kraju studiować. Z zazdrością patrze na moich znajomych, mających obywatelstwo unijne czy niemieckie, bo mają bardzo komfortowe warunki do nauki i czują, że są doceniani prze swoje Państwo.