naels
07.02.05, 12:35
Zainspirowana watkiem Richelieu o pupach, zaczelam sie zastanawiac nad
stopniem nasycenia ubrania elementami tzw. seksownymi oraz rozkladem
statystycznym w oparciu o wiek badanej populacji. W tym kontekscie
niezmiernie wzruszyla mnie wypowiedz:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=650&w=19517316&a=20038688
Ludzie drodzy, czy ja sie przypadkiem stara i zmurszala nie robie? Nie chodzi
mi nawet o niemal zerowy stopien rozwoju biustu u przecietnej polskiej
trzynastolatki, ale o priorytety. Ja w wieku 13-tu lat mialam juz co prawda
jakies zaczatki, nawet mikrobiustonosz nosilam (lepiej sie biegalo), ale poza
tym bylam na etapie namietnego czytania "Pana Samochodzika" oraz "Przygod
Tomka na Wszelkich Mozliwych Ladach", zakradania sie "w imie honoru" do
rupieciarni ksiedza (przez okno w piwnicy), konkursow jazdy rowerem przez
rzeke itp. oraz pierwszych pirackich kaset Kultu i KSU. Ubranie mialo byc
wygodne i funkcjonalne, trwale (zeby sie nie podarlo przy przechodzeniu przez
plot); dobrze sie skladalo, jesli bylo oryginalne i roznilo sie od tego
kolezanek (w cenie byly zatem bluzy dresowe, flanelowe koszule i polatane
dzinsy po kuzynce ze Stanow). Ale eksponujace biust? seksowne??? Mysmy nawet
nie bardzo wiedzieli, co to w ogole znaczy! Czytam teraz takie wypowiedzi
trzynastolatek eksponujacych to, co niezaistniale, poczatkujacych
gimnazjalistek wymieniajacych sie informacjami o najbardziej kuszacych
stringach i zaduma mnie ogarnia. Czy to siermiezne czasy poznego socjalizmu
byly takie pruderyjne, czy moze teraz zyjemy w epoce ukrytej afirmacji
pedofilii?