tadeusz.4
25.10.12, 01:46
Gdy grunt usuwa się spod nóg, najpierw pojawia się rozgoryczenie. – Przez lata myślisz, że jesteś filarem firmy, dostajesz nagrody, jesteś chwalony, a nagle okazuje się, że jesteś ciężarem i nie mieścisz się w tabelce Excella – mówi Wojciech Jachim, który przez dwadzieścia lat pracował w „Gazecie Wyborczej” w Szczecinie. – Trudno się z tym pogodzić.
Zaczynał karierę w czasach wielkiego przełomu 1989 roku. Rzucił marnie płatną pracę nauczyciela i zajął się wydawaniem lokalnej gazety w Świnoujściu. Potem zadzwonili do niego z „Gazety Wyborczej”, proponując współpracę. Były to czasy, gdy na dziennikarskie ogłoszenie rekrutacyjne odpowiadały setki chętnych. Bycie dziennikarzem, nawet lokalnym, dawało prestiż, sławę i dobre zarobki.
Przez te lata Jachim piął się na finansowy i zawodowy szczyt, a gdy był już redaktorem naczelnym, w Agorze ogłoszono kolejny program restrukturyzacji (tak w korporacyjnej nomenklaturze nazywane są masowe zwolnienia, bo słów „zwolnienie” ani „czystka” się nie używa). Parę wcześniejszych fal wymiotło z „Gazety” kilkaset osób, ale teraz znów ogłoszono: nie ma perspektyw, by przetrwać, musimy ciąć.
– Nikt nie dopuszcza do siebie myśli, że to właśnie on jest do wycięcia – mówi Jachim. Nikt nie szuka już dziennikarzy ani redaktorów, a gazety ledwo ciągną, szczególnie na prowincji. – Zdajesz sobie sprawę, że cała branża się sypie i zwija, a ty zostałeś na lodzie. To co, że masz wiedzę i kompetencje, skoro nie są one nikomu potrzebne.
Gdy dziennikarz przekroczył pięćdziesiątkę i nigdy nic innego w życiu nie robił, perspektywy na znalezienie dobrze płatnej, atrakcyjnej pracy w Szczecinie są znikome.
spoleczenstwo.newsweek.pl/koniec-swiata-lemingow--bezrobocie-uderza-w-klase-srednia,97401,1,1.html
Mnie najbardziej podoba się ostatnie zdanie - a wam?