Gość: Malaga
IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl
12.12.04, 19:32
Wiem, ze to nie temat na forum... Ale...
Zacznijmy od tego, ze na codzien jestem usmiechnieta i wesola, choc
cyniczna. Od 7 do 15. Potem wracam do domu , przebieram sie w domowe ciuchy,
a razem z ciuchami zdejmuje maske zdystansowanej i zadowolonej z zycia
istotki. Nadwrazliwie wsciekam sie o byle co, placze przy byle filmie.
Swietne alibi "bo to byla taka smutna scena...". Powod? Banalny. Chyba wiec
jestem nieprzystosowana. Zakochalam sie w zonatym facecie. Absolutnie
platonicznie. Dzieki temu moge sobie cierpiec do woli i tlumaczyc, ze jestem
zaangazowana emocjonalnie, wiec nie moge sie z nikim innym zwiazac. A tak
naprawde to po prostu sie boje. Ilekroc spotkam interesujacego mezczyzne i
umowie sie z nim, w trakcie spotkania zachowuje sie jak stuprocentowa
idiotka. Sama siebie nie poznaje. Z czasem wiec nawet umawiac mi sie
odechciewa. I jestem sama, a samotnosc wyraznie mi nie sluzy. Nie moge tego
okazac, bo w moim otoczeniu zostanie to odebrane jako symptom
staropanienskiego biadolenia i uznane za odchyl. Bo wszyscy moi znajomi sa
szczesliwie zlaczeni w pary. I bardzo dobrze, tylko ze syty glodnego nie
zrozumie. Stad ten wpis. Kumus trzeba sie wygadac.