Dodaj do ulubionych

Bez komentarza

22.12.04, 15:04
– Jak się zaczęła Pana przygoda z Markiem Królem?

– Byłem prokuratorem Wydziału ds. Walki z Przestępczością Zorganizowaną
Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. W połowie 1997 roku wpłynęło do nas
zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Złożył je Krzysztof Grodzki, szef
firmy ROK Corporation. Z zawiadomienia wynikało, że ROK od roku 1991 był
współwydawcą tygodnika „Wprost” i przekazywał poważne sumy pieniędzy na jego
wydawanie. W zamian miał prawo do udziału w zyskach. Król, szef Agencji
Wydawniczo-Reklamowej „Wprost”, twierdził, że zysków nie ma. Krzysztof
Grodzki uważał, że to nieprawda i dlatego powiadomił prokuraturę. Adam
Jóźwiak, szef mojego wydziału, był wtedy na urlopie. Sprawa była pilna,
dlatego pojechałem do niego. Spytał: chcesz wziąć tę sprawę? Chciałem.

– Wspólnicy się nie mogą dogadać – to się zdarza. Dlaczego powinna się tym
zająć prokuratura?

– Przede wszystkim podstawą było wnikliwe przesłuchanie Krzysztofa
Grodzkiego. Zapoznałem się też z przedstawionymi przez niego dokumentami.
Potem dokonaliśmy przeszukania w redakcji tygodnika „Wprost” i
zabezpieczyliśmy dokumentację księgową.

– I co wykryliście?

– To było kilkadziesiąt kilogramów dokumentów. Powołaliśmy biegłego, który
zapoznał się z papierami. Jego opinia była jednoznaczna – Agencja Wydawniczo-
Reklamowa prowadziła podwójną księgowość. Jedną oficjalną, która była
demonstrowana Grodzkiemu. Wynikało z niej, że AWR nie osiąga zysków. Drugą
nieoficjalną – tam z kolei stało czarno na białym, że AWR ma zyski. Grodzki
został oszukany w dwójnasób – po pierwsze, nie zwrócono mu pieniędzy, które
przekazał AWR, a po drugie, nie uczestniczył w podziale zysków. Jego straty
na podstawie opinii biegłego wyliczyliśmy na kilkaset miliardów starych
złotych. Poważne przestępstwo.

– Czy po przejęciu przez prokuraturę dokumentów były jakieś naciski?

– Nacisków nie było, ale od samego początku śledztwo prowadzone było pod
szczególnym nadzorem. Każdy krok musiałem uzgadniać z przełożonymi różnego
szczebla – od szefa wydziału, przez szefa prokuratury wojewódzkiej aż po
prokuratorów z prokuratury apelacyjnej.

– Co dalej?

– W listopadzie odbyła się narada. Oprócz mnie wzięli w niej udział Halina
Jarczyńska z prokuratury apelacyjnej, Leon Sadowski, szef prokuratury
wojewódzkiej, i Adam Jóźwiak, naczelnik Wydziału ds. Przestępczości
Zorganizowanej. Uzgodniliśmy, że bez zatrzymania i tymczasowego aresztowania
Marka Króla, Piotra Gabryela i Lecha Kruszony, który był współudziałowcem
odpowiedzialnym za sprawy finansowe, dalej nie ruszymy. Po tym spotkaniu
pozostał dokument: plan czynności śledczych. Sam, nawet gdybym bardzo chciał,
decyzji o aresztowaniu, a nawet zatrzymaniu podjąć nie mogłem. Prokuratura
jest instytucją hierarchiczną, a w przypadku sprawy Króla nad każdym krokiem
zastanawiał się sztab prokuratorów. Wszyscy uznali, że zgromadzony materiał
jest wystarczający do zatrzymania i tymczasowego aresztowania.

– Aresztowanie było konieczne?

– Przede wszystkim na taką konieczność wskazywała waga sprawy – licząc nowe
złotówki w grę wchodziło kilkadziesiąt milionów. Ponadto zachodziła obawa
matactwa. Król, Kruszona i Gabryel mieli nieograniczoną możliwość wpływania
na panią Kwiatkowską – główną księgową w AWR, a od jej zeznań wiele zależało.
Istotny był też motyw psychologiczny – chodziło o to, żeby pokazać, że
prokura-tura nie szuka kozła ofiarnego, tylko tych, którzy grali pierwsze
skrzypce. Panią Kwiatkowską mogło to skłonić do szczerych zeznań.

– Podobno po tej naradzie Marek Król był inwigilowany przez policję.

– Był obserwowany, bo często wyjeżdżał za granicę. Musieliśmy mieć pewność,
że w dniu zatrzymania będzie w Polsce. Termin realizacji uzgodniliśmy na 15
grudnia. Chcieliśmy zatrzymać całą trójkę.

– Udało się?

– To dzień, który będę przeklinał do końca życia, dlatego dobrze wszystko
pamiętam. Był poniedziałek. Króla, Gabryela i Kruszonę policja miała
zatrzymać jednocześnie o szóstej rano. Tak też się stało. Przed ósmą byli w
prokuraturze. Najpierw przesłuchałem Kruszonę i Gabryela. Przedstawiłem im
zarzut oszustwa na szkodę Grodzkiego. Nie przyznali się i odmówili składania
wyjaśnień. Kiedy skończyłem ich słuchać, wyszedłem do szefa z wnioskami o
tymczasowe aresztowanie. Podpisał i policja przewiozła obu do sądu
rejonowego, który miał nasz wniosek rozpatrzyć...

– I przyszła pora na Króla...

– O ile Kruszona i Gabryel zachowywali się przyzwoicie, o tyle o Królu tego
powiedzieć nie można. Był bardzo pewny siebie. Cały czas drwił. Ciągle
odzywały się telefony. Wszyscy na mnie ryczeli, żebym czym prędzej kończył
przesłuchanie.

– Kto ryczał?

– Szef wydziału, szef prokuratury wojewódzkiej, ci z prokuratury
apelacyjnej... Zrobił się potworny kocioł. Trudno było pracować.

– Król także się nie przyznał?

– Postąpił jak pozostali: nie przyznał się i odmówił złożenia wyjaśnień. Gdy
z nim skończyłem, wszedłem do Adama Jóźwiaka, żeby podpisał wniosek o areszt.
W gabinecie był jeszcze Grzegorz Krysman, zastępca prokuratora wojewódzkiego.
Powiedzieli: aresztów nie będzie.

– Jak Pan zareagował?

– Osłupiałem. Powiedziałem, że wyjdziemy na idiotów i „Wprost” nas zeżre, bo
bez aresztu zatrzymania były bez sensu. Oni na to, że takie jest polecenie i
mam nie dyskutować, tylko natychmiast nakazać policji, żeby przywiozła
Gabryela i Kruszonę z sądu. Zamiast aresztu będą dozory policyjne. Nie miałem
wyjścia – zrobiłem, jak kazali.

– Policjanci nie byli zdziwieni?

– Byli wkurzeni, bo wielomiesięczna ciężka robota poszła na marne. To był
ewenement – nikt nie słyszał, żeby nie czekając na decyzję sądu prokuratura
wycofywała się ze sporządzonych uprzednio wniosków o areszt.

– Tego samego dnia przesłuchał Pan również główną księgową „Wprost”.

– Ona nie była podejrzana, tylko występowała jako świadek. Policja przywiozła
ją do prokuratury razem z Królem, Gabryelem i Kruszoną. Mechanizm
psychologiczny, o którym mówiłem, zadziałał. Zeznała, że podwójną księgowość
prowadziła na polecenie Zwierzchników. Przedtem zaprzeczała.

– Podobno Markowi Królowi po zatrzymaniu nie odebrano komórki?

– To był błąd policji. Na drugi dzień w „Dzienniku Poznańskim” ukazał się
artykuł ze zdjęciem. A na fotce widać, jak policjanci doprowadzają Króla, a
on sobie gawędzi z kimś przez komórkę. Skandal! Szkoda, że nikt nie dołożył
starań, żeby wyjaśnić, z kim rozmawiał i jaka była treść rozmowy.

– Z kim mógł rozmawiać?

– Nie wiem. Wiem za to, co się po tych telefonach Króla wydarzyło.

– Ma Pan na myśli odstąpienie od aresztu?

– Nie tylko. To był tylko wstęp. Śledztwo prowadziłem dalej, ale mój
entuzjazm osłabł. Początkowo spotykałem się jedynie z docinkami. Przełożeni
mówili mi „Coś ty, Tolina, zrobił!” i widowiskowo chwytali się za głowy. Jak
gdyby nie znali planu czynności śledczych, który przewidywał zatrzymanie i
aresztowanie kierownictwa „Wprost”. Koledzy mówili: „Rafi, po co ci to było.
Król sobie teraz szampana pije, a ty masz przechlapane. Trzeba było pociągnąć
śledztwo jakiś czas, potem umorzyć i miałbyś spokój”. Sprawa zrobiła się
głośna. Media wyły, że dokonałem zamachu na wolność słowa, to samo dało się
słyszeć z sejmowej trybuny... Potrzebny był kozioł ofiarny.

– Zabrano Panu tę sprawę?

– Nie od razu. Na początku 1998 roku w Warszawie odbyła się narada z udziałem
zastępcy prokuratora krajowego. Ustaliliśmy, że aby kontynuować śledztwo,
trzeba wykonać kolejne czynności. Wróci
Obserwuj wątek
    • xyz-xyz Re: Bez komentarza cd 22.12.04, 15:11
      z niej uspokojony, bo wydawało mi się, że może jednak nie zrobią mi kuku.

      – Przedwcześnie się Pan uspokoił?

      – Wkrótce wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Długo szukano
      pretekstu, aż w końcu znaleziono. Okazało się, że nie wydałem policji pisemnego
      polecenia zatrzymania Króla i jego wspólników. To jest wykroczenie, które nie
      wynika z kodeksu postępowania karnego, tylko z wewnętrznego regulaminu
      prokuratury. Ale fakt faktem – na piśmie nie wydałem. I to był jedyny konkret.
      Do tego dołożono, że uchybiłem godności urzędu prokuratorskiego poprzez
      przedkładanie przełożonym informacji nieznajdujących oparcia w dokonanych
      czynnościach, co osłabiło autorytet prokuratury, zwłaszcza co do jej
      bezstronności jako organu.

      – Poważny zarzut. Sąd dyscyplinarny pewnie wymierzył Panu surową karę?

      – Gdzie tam! Mnie nie ukarał sąd dyscyplinarny. Jestem chyba jedynym
      prokuratorem w Polsce ukaranym bezpośrednio przez ministra sprawiedliwości.
      Wtedy ministrowała Hanna Suchocka, dobra znajoma Króla. Dostałem upomnienie,
      najlżejszą z możliwych kar, bo mimo poważnie brzmiących zarzutów pani minister
      uznała, że moje przewinienie jest mniejszej wagi.

      – Odwołał się Pan?

      – Nie miałem takiej możliwości. Pod postanowieniem minister Suchockiej znalazł
      się taki dopisek: Od decyzji niniejszej odwołanie nie przysługuje.

      – A co ze śledztwem?

      – Zaraz mi je odebrano. Trafiło do prokuratury w Szczecinie. Było wielokrotnie
      umarzane. Wobec tego wszystkiego, co się wydarzyło, trudno taki efekt uznać za
      sensację. Z tego, co wiem, Grodzki próbuje dochodzić swego z oskarżenia
      prywatnego. A sprawa się wlecze... Niektóre z zarzutów już się przedawniły.

      – Ale z roboty Pana nie wyrzucili. To dlaczego nie jest Pan już prokuratorem?

      – Formalnie rzecz biorąc nadal mogłem pracować w Wydziale ds. Przestępczości
      Zorganizowanej. Ale atmosfera wokół mnie była ciężka. Poprosiłem o
      przeniesienie do prokuratury rejonowej. Tam wszczęto wobec mnie kolejne
      dyscyplinarki w związku z rzekomą przewlekłością prowadzonych przeze mnie
      spraw...

      – Rzekomą?

      – Przed zatrzymaniem Króla byłem bodaj najmłodszym w Polsce prokuratorem
      wojewódzkim, pracowałem w elitarnym wydziale... Byłem nagradzany... Ja ten
      zawód kochałem. Okazało się, że byłem naiwny. W Polsce jest osobna
      sprawiedliwość dla maluczkich i osobna dla tych wielkich. Moi przełożeni, mimo
      że zatwierdzali każdy krok w śledztwie, jak się zrobiło gorąco, od razu się na
      mnie wypięli. Sprawa Króla przetrąciła mi kręgosłup. Powiem szczerze – potem
      pracowałem rutynowo, bez entuzjazmu. Ale na dyscyplinarki nie zasłużyłem. W
      1999 roku zwolniłem się, bo uznałem, że nie ma sensu się męczyć.

      – Czy gdyby mógł się Pan cofnąć w czasie, jeszcze raz poprowadziłby Pan
      śledztwo przeciwko Markowi Królowi?

      – Pewnie skorzystałbym z rad moich znajomych i umorzyłbym je pod byle
      pretekstem, choć do dziś jestem przekonany, że Marek Król popełnił
      przestępstwo. Moje kłopoty z Królem to bardzo wyraźny sygnał dla wszystkich
      prawników – nie wychylajcie się, to daleko zajdziecie.

      Autor : Maciej Mikołajczyk
      • Gość: suwak Re: Bez komentarza cd IP: 217.153.6.* 22.12.04, 15:49
        ... nie bardzo wyczuwam intencje autora postu.
        Bądź łaskaw wyjaśnić; czy chodzi o Króla i jego przekręty, funcjonowanie
        ministra sprawiedliwości czy prokuratury poznańskiej? Gwarantuję;- w
        prokuraturach są znacznie ciekawsze 'kwiatki' i to od 1989 roku. Wystarczy je
        wyciągnąć - choćby tylko te jawne.
        pozdr.
        • ja_aska Re: Bez komentarza cd 23.12.04, 10:33
          co za różnica o co chodzi? może o te wszystkie twoje pytania suwak.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka