absztyfikant
11.05.06, 13:39
Zwracam uwage P.T. Forumowiczow na autorke tekstu. Pochodzi on naturalnie ze
strony www.jacekpiechota.pl/swieta.htm
Konsekwencja z optymizmem w tle
- Jestem bezdomny, na dworze zimo i nie mam dokąd iść. Czy mógłbym u państwa
spędzić Wigilię? - Było wczesne popołudnie, Wigilia. W drzwiach stał młody
człowiek w bardzo zniszczonych adidasach. - Jestem z siostrą z Lublina, czeka
na przystanku autobusowym. Przechodzień powiedział, że pan jest posłem i
pewnie pan pomoże.
- O matko święta! - odpowiedział postawny młody blondyn w okularach,
składając dłonie jak do modlitwy. - Poseł posłem, ale przecież jestem
normalnym człowiekiem. Zapraszam was na kolację. Z noclegiem mogą być
kłopoty, mamy rodzinę na kolacji. Niech pan wchodzi, może coś wymyślimy. Czy
pytał pan w parafii o nocleg? Mają taki duży dom parafialny.
Młodzieniec w adidasach przeprosił na chwilę i wyszedł po siostrę. Nie
wrócił. W domu posła potem długo zastanawiano się, czy przypadkiem nie
wykazano mu zbyt mało serca. Sambor Kwas, dziennikarz szczecińskiego oddziału
Gazety Wyborczej, kilka dni potem, 30 grudnia 1992 roku, napisał: "Gdyby
Jezus Chrystus pod postacią bezdomnego próbował spędzić Wigilię wśród
dziesięciu szczecińskich rodzin, zastałby drzwi zatrzaśnięte. Do stołu
świątecznego zaprosiłby go tylko poseł SLD". Tym posłem był Jacek Piechota,
ówczesny przewodniczący Rady Wojewódzkiej SdRP w Szczecinie i członek
Prezydium Rady Naczelnej Socjaldemokracji RP.
- Chwała mu za to - skwitował postępowanie parlamentarnego kolegi poseł Marek
Jurek z ZChN. Natomiast Jan Łopuszański, nie był całkowicie przekonany w
prawdziwość dziennikarskiej relacji.
Takie zachowanie Jacka Piechoty nie jest przypadkiem czy też odruchem
podyktowanym nastrojem chwili.
Zwodniczy uśmiech
- Jacek kocha ludzi i rzeczywiście tamtego wigilijnego wieczoru przejął się
losem niespodziewanego gościa, choć ujawnianie uczuć nie jest jego
najmocniejszą stroną - uważa jego żona Ewa. Tak samo oceniają ci, którzy
znają go jeszcze z czasów działalności w Związku Harcerstwa Polskiego, gdzie
jako 14-latek rozpoczynał swoją publiczną działalność. Ale biada temu, kto
życzliwość ludziom i serdeczny uśmiech posła Piechoty potraktuje jako
miękkość i uległość. Czy też skłonność, jak to niedawno określił jeden ze
szczecińskich dziennikarzy, do układów "wektorowych".
Piechota jest politykiem o szalenie konsekwentnym postępowaniu, w którym jest
również miejsce na rozsądny kompromis i przyznanie racji drugiej stronie. A
dla lawirantów i wykorzystujących partyjne koneksje dla prywaty - nie ma
miejsca.
Jest socjaldemokratą z krwi i kości, choć w sprawach gospodarczych, podobnie
jak Aleksander Kwaśniewski, jest socjal-liberałem. Doświadczają tego
członkowie sejmowej Komisji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, której
przewodniczy. Doświadczają także członkowie rządu.
- Między nami nie ma różnic poglądów, jeśli chodzi o podejście do sektora
small businessu, tutaj panuje całkowity consesus - wiceminister gospodarki
Tadeusz Donocik przy każdej okazji podkreśla, że współpraca z przewodniczącym
Piechotą odbywa się zawsze ponad podziałami politycznymi, że łączy ich
wspólna troska i pasja w tej materii. Nic więc dziwnego, że przyjęte w tym
roku "Prawo działalności gospodarczej", swoista konstytucja gospodarcza
Polski, jest zaliczane do czołowych osiągnięć Sejmu bieżącej kadencji.
Do takich wyników pracy politycznej nie dochodzi się w ciągu roku, czy dwóch
zasiadania w parlamencie.
Z zawodu inżynier chemik z cenzusem magistra, z pasji - harcerz, Jacek
Piechota pierwsze szlify parlamentarzysty zdobywał w bardzo trudnym czasie
połowy lat 80, jako radny miejski w Szczecinie. Po roku pracy w radzie
miejskiej , w 1985 roku, społeczeństwo Ziemi Szczecińskiej powierzyło mu
mandat poselski.
Kiedy 15 października tamtej jesieni składał przysięgę, nosił mundur
komendanta Nadodrzańskiego Hufca ZHP i miał zaledwie 26 lat. Był najmłodszym
polskim parlamentarzystą. Jest nim do dzisiaj, bez przerwy od 15 lat.
Większym stażem pracy w Sejmie, choć już bez ciągłości, może się pochwalić
tylko Tadeusz Mazowiecki.
Partia,
to słowo w ustach Piechoty brzmi normalnie. Jest częścią jego dorosłego
życia. Mając 19 lat wstąpił do PZPR i był w jej szeregach 12 lat, do końca.
Do słynnego powiedzenia Mieczysława F. Rakowskiego: - sztandar wyprowadzić.
Potem była Socjaldemokracja RP. Ale znowu myli się każdy, kto myśli, że była
to decyzja automatyczna, podjęta w biegu.
Dziesięć lat temu, w czasie grudniowego Kongresu SdRP miał poważne
wątpliwości, czy chce być w gronie członków - założycieli. Te wątpliwości nie
dotyczyły założeń ideowych nowej partii. Dwa lata wcześniej założył w
Szczecinie Klub Inteligencji "Sens" o zdecydowanie socjaldemokratycznym
programie. Nawiązał w imieniu klubu współpracę z SPD w Bremerhaven. Więc skąd
te zahamowania? Z jednej strony, jak wspomina, obserwował z wielkim
zaskoczeniem jak łatwo wielu pryncypialnych dotąd towarzyszy podejmowało w
tamtą pamiętną noc decyzję o staniu się socjaldemokratami. Z drugiej -
odezwało się w nim zwykłe wygodnictwo. Albo, mówiąc precyzyjniej, potrzeba
poczucia bezpieczeństwa. Był posłem drugiej kadencji. Miał trzydzieści lat. I
zdawał sobie doskonale sprawę, że partia Kwaśniewskiego będzie oskarżana o
całe czterdziestolecie PRL, a nawet o zbrodnie stalinizmu. Przed salą
Kongresową szalały bojówki KPN-u, ze Szczecina dzwoniła żona , odradzając
angażowanie się po tej stronie, a zdecydowana większość partyjnych posłów
ustawiła się z boku.
Dlaczego więc zdecydował się? Partię tworzyli jego koledzy. Podziwiał
determinację Aleksandra Kwaśniewskiego w dążeniu do zapewnienia jej
określonego charakteru. Jacek Piechota przypomniał sobie wtedy dwie rozmowy z
prominentnymi członkami najwyższego kierownictwa PZPR. Prof. Marian
Orzechowski, przewodniczący Klubu Parlamentarnego PZPR, wtedy członek Biura
Politycznego tłumaczył mu długo i namiętnie, że tylko lewicowa partia
organizowana za przyzwoleniem Wałęsy ma szansę na przetrwanie na polskiej
scenie politycznej. A dla Jacka Piechoty taka fascynacja przyszłym
prezydentem była nie do zaakceptowania. Druga rozmowa miała miejsce już w
samej sali obrad kongresu, podczas zbierania podpisów pod deklaracją SdRP. Za
ścianą , po sąsiedzku swoją partię, też lewicy, organizował Tadeusz Fiszbach.
Wtedy kolega poseł , sekretarz KC PZPR Marek Król, dzisiejszy szef
tygodnika "Wprost" zaczął przekonywać Piechotę do wstąpienia w szeregi partii
Fiszbacha i konieczności odcięcia się od historii.
- Mówił z taka pogardą o własnej, bądź co bądź, przeszłości, że mną
zatrzęsło - wspomina Piechota, - zostałem członkiem - założycielem
Socjaldemokracji RP.
Został przewodniczącym Rady Wojewódzkiej SdRP w Szczecinie, członkiem
Prezydium Rady Naczelnej, w końcu na III Kongresie, w grudniu 1997 roku - I-
szym jej wiceprzewodniczącym.
Na fundamentach jakie stworzyła SdRP w grudniu 1999 roku powstała
najsilniejsza partia w Polsce - Sojusz Lewicy Demokratycznej. Jacek Piechota
został szefem wojewódzkich struktur SLD i członkiem Rady i Zarządu Krajowego
partii. Nie żałuje tamtych decyzji sprzed dziesięciu lat. Są konsekwencją
całego jego życia - odpowiedzialnego służenia ludziom, regionowi i krajowi.
Gorzki smak sukcesów
nie jest mu obcy. Bezpośrednio po powstaniu SdRP w Sejmie pojawił się projekt
ustawy "o przejęciu majątku byłej PZPR przez skarb państwa" podpisany przez
grupę posłów, m.in. Niesiołowskiego i Łopuszańskiego. I występującego w
imieniu wnioskodawców wicemarszałka Kerna. Kierownictwo SdRP i
Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej, podjęło decyzję, że w ich
imieniu powinien zabrać głos ktoś "młody, nie obciążony przeszłością, ale
najlepiej z odpowiednim doświadczeniem". Wybór padł na Jacka Piechotę. Jak