felix_edmundowicz
23.11.08, 11:27
Dlaczego autorka No Logo , Naomi Klein nie jest guru ani wzorcem dla SLD mimo
że jest prawdziwą lewicą,alterglobalistką?
Bo Klein nie jest z burżuazji,a SLD jest partią burżuazyjną.
Marzy o władzy, stołkach i apanażach a nie martwi się losem wycinanych lasów
deszczowych czy lichą zapłatą kasjerek z hipermarketów czy ciężką pracą
górników dołowych.
Za to chętnie da posadę do wykładania paluszków w UM jeśli tylko jest to z
koterii SLDowskiej osoba.
Obama i Zapatero mają drogie garnitury będące równoważnikiem 2 lat pracy
polskiego robotnika, i w takich osobach SLD i Napieralski sie wzorują.
MFR twierdził że SLD upadło intelektualnie, nie tylko, także moralnie, to
typowo kapitalistyczno-burżuazyjna partia.
Czytajcie Naomi Klein, to jest prawdziwa lewica.
www.dziennik.pl/dziennik/europa/article262448/Solidarnosc_komunizm_i_doktryna_szoku.html
Jak pokazał przykład Ameryki Łacińskiej, autorytarne reżimy mają zwyczaj
opowiadania się za demokracją dokładnie w tym momencie, w którym ich
ekonomiczne projekty są bliskie implozji. Polska nie była wyjątkiem. Komuniści
psuli gospodarkę od dziesięcioleci, popełniając kosztowne i fatalne w skutkach
błędy. Tak nadszedł moment ostatecznego upadku - pisze w DZIENNIKU Naomi Klein*.
czytaj dalej...
REKLAMA
"Na nasze nieszczęście wygraliśmy!" - tak brzmiała znana (i prorocza)
wypowiedź Lecha Wałęsy. Kiedy "Solidarność" objęła władzę w 1989 roku,
zadłużenie kraju wynosiło 40 miliardów dolarów, inflacja sięgała 600 procent,
pojawiały się poważne braki w zaopatrzeniu w żywność i kwitł czarny rynek.
Wiele fabryk produkowało wyroby, na które nie było zbytu. Dla Polaków
oznaczało to wyjątkowo bolesne wejście w demokrację. Wolność wreszcie
nadeszła, ale mało kto miał czas i ochotę się nią cieszyć, bo pensje były
bardzo niskie. Ludzie całe dnie spędzali w kolejkach po mąkę i masło, jeżeli
akurat w danym tygodniu były dostawy do sklepów.
Przez całe lato po swoim wyborczym triumfie "solidarnościowy" rząd był
sparaliżowany brakiem decyzji. Tempo upadku starego reżimu i nieoczekiwany
wynik wyborów był szokiem dla samych zwycięzców; w ciągu kilku miesięcy
działacze "Solidarności", którzy ukrywali się przed tajną policją, stali się
pracodawcami tych samych agentów. Dodatkowy szok przeżyli, odkrywając, że nie
bardzo mają z czego wypłacić im pensje. Ruch zamiast budować postkomunistyczną
gospodarkę, o której marzył, stanął przed dużo pilniejszym zadaniem uniknięcia
kompletnego krachu i masowego głodu.
Liderzy "Solidarności" wiedzieli, że chcą skończyć z duszącym uściskiem, jakim
państwo krępowało gospodarkę, ale nie byli do końca pewni, czym chcą go
zastąpić. Dla szeregowych członków związku była to szansa, by realizować
program ekonomiczny "Solidarności": gdyby państwowe fabryki udało się
przekształcić w robotnicze kooperatywy, była szansa, że znów staną się one
rentowne - zarządzanie przez pracowników mogło być bardziej skuteczne,
szczególnie bez dodatkowych kosztów generowanych przez partyjnych biurokratów.
Inni opowiadali się za tym samym programem stopniowej transformacji, jakie
wówczas w Moskwie prezentował Gorbaczow - powolne rozszerzanie obszarów, na
których obowiązywały rynkowe zasady podaży i popytu (więcej legalnych sklepów
i rynków) w połączeniu z silnym sektorem publicznym opartym na skandynawskim
modelu socjaldemokratycznym.
Jednak podobnie jak w wypadku Ameryki Łacińskiej zanim cokolwiek można było
zrobić, Polska potrzebowała umorzenia długów i pewnej natychmiastowej pomocy,
by wydostać się z kryzysu. W teorii takie jest podstawowe zadanie
Międzynarodowego Funduszu Walutowego: zapewnienie funduszy stabilizacyjnych w
celu zapobieżenia katastrofom ekonomicznym. Jeżeli jakikolwiek rząd zasługiwał
na taką linę ratunkową, to niewątpliwie ten kierowany przez "Solidarność";
pierwszy od czterech dekad w bloku wschodnim, który zdołał pokonać
komunistyczny reżim. Z pewnością po wszystkich próbach sprzeciwu podejmowanych
w czasie zimnej wojny za żelazną kurtyną, nowi polscy przywódcy mogli liczyć
na jakąś pomoc.
Żadna taka oferta nie nadeszła. Znajdujące się pod kontrolą ekonomistów ze
szkoły chicagowskiej MFW i amerykański Departament Skarbu postrzegały problemy
Polski przez pryzmat doktryny szoku. Ekonomiczny krach i ogromne zadłużenie w
połączeniu z dezorientacją spowodowaną szybką zmianą systemu sprawiły, że
Polska była doskonałym kandydatem, by zaakceptować program radykalnej terapii
szokowej. Stawka finansowa zaś była nawet wyższa niż w Ameryce Łacińskiej:
Europa Wschodnia pozostawała nietknięta przez zachodni kapitalizm, nie mówiąc
o rynku konsumenckim. Wszystkie najcenniejsze przedsiębiorstwa znajdowały się
wciąż w rękach państwa - i były pierwszymi kandydatami do prywatyzacji.
Potencjał szybkich zysków dla tych, którzy zjawią się pierwsi, był ogromny.
Wyposażony w wiedzę, że im gorsza będzie sytuacja, tym łatwiej nowy rząd
będzie skłonny zaakceptować całkowite przestawienie się na niczym
nieskrępowany kapitalizm, MFW pozwalał krajowi coraz głębiej osuwać się w
przepaść zadłużenia i inflacji. W takiej sytuacji Jeffrey Sachs, wówczas
trzydziestoczteroletni, zaczął pracować jako doradca "Solidarności". Choć był
wolnym strzelcem, niezatrudnionym na stałe ani przez MFW, ani przez
amerykański rząd, w oczach wielu czołowych działaczy "Solidarności" był
obdarzony niemal mesjanistyczną mocą. Ze swymi kontaktami na najwyższym
szczeblu w Waszyngtonie i legendarną reputacją zdawał się mieć duży wpływ na
uruchomienie pomocy i umorzenie długów, co było jedyną szansą dla rządu. Sachs
powiedział wówczas, że "Solidarność" powinna po prostu odmówić spłaty
odziedziczonych długów i wyrażał przekonanie, że może zorganizować pomoc w
wysokości trzech miliardów dolarów.
Ta pomoc miała jednak swoją cenę; by "Solidarność" mogła uzyskać dostęp do
koneksji Sachsa i skorzystać z jego siły przekonywania, rząd najpierw musiał
zaakceptować to, co w polskiej prasie ochrzczono mianem "planu Sachsa" lub
"terapii szokowej". Oprócz zniesienia z dnia na dzień kontroli cen i obcięcia
dotacji, plan Sachsa zakładał także sprzedaż państwowych kopalni, stoczni i
fabryk sektorowi prywatnemu. Było to bezpośrednie wyzwanie rzucone programowi
ekonomicznemu "Solidarności", który przewidywał własność pracowniczą i choć
przywódcy ruchu przestali mówić o kontrowersyjnych elementach tego planu, dla
wielu członków "Solidarności" pozostawały one rodzajem wyznania wiary.
Sachs zawiązał sojusz z nowo mianowanym ministrem finansów Leszkiem
Balcerowiczem, ekonomistą ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w
Warszawie. W momencie nominacji polityczne sympatie Balcerowicza były mało
znane (oficjalnie wszyscy ekonomiści byli zwolennikami socjalizmu), jednak
wkrótce stało się jasne, że uważa się za honorowego członka grupy "chłopców z
Chicago", który nocami ślęczał nad nielegalnym polskim wydaniem "wyboru"
Friedmana.
Fundamentalistyczna wizja kapitalizmu Friedmana daleko odbiegała od tego, co
Wałęsa obiecywał krajowi latem owego roku. Wciąż twierdził, że Polska może
znaleźć bardziej łagodną trzecią drogę, którą w wywiadzie z Barbarą Walters
opisywał jako "mieszankę. [...] To nie będzie kapitalizm. To będzie system
lepszy od kapitalizmu, który odrzuci wszystko to, co w kapitalizmie jest złe".
Jeżeli sen "Solidarności" zaczął się od skoku Wałęsy przez stalowy płot w
Gdańsku, to zgoda na terapię szokową oznaczała koniec tego marzenia.
Ostatecznie decyzja sprowadzała się do pieniędzy. Członkowie "Solidarności"
nie uznali, że ich wizja wspólnego kierowania gospodarką była błędna, ale ich
przywódcy zaczynali się przekonywać, że jedyne, co się liczy, to umorzenie
komunistycznych długów i stabilizacja waluty.
Polska stała się podręcznikowym przykładem Friedmanowskiej teorii kryzysu:
dezorientacja na z powodu szybkiej zmiany politycznej