Gość: zxc
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
10.11.05, 14:03
Właśnie przezcytałam o masowych wyprawach kierowców MZK na wyspy z powodów
ekonomicznych. Sytuację zaraz odniosłam do siebie: Jestem nauczycielką,
skończyłam trudne 5 letnie studia, kursy takie i owakie (i nadal muszę je
robić jak wszyscy w moim fachu), studia podyplomowe, bezustannie mam jakieś
szkolenia, bo "trzeba się dokształcać". Mimo, że etat nauczycielski to tylko
18 lekcji, ale dokładając do tego całą masę czasu, którą trzeba poświęcić na
przygotowanie się do lekcji, sprawozdania, plany, ewaluacje etc. wychodzi
tego w sumie dużo więcej. Przez ostatni rok pracowałam średnio (liczyłam!) 67
godzin tygodniowo. zaznaczam, że nie jestem osobą powolną - wręcz przeciwnie,
wprowadzam masę nowych rzeczy i innego spojrzenia w to co robię. W moim
miejscu pracy jestem bardzo ceniona. Kierowcy, z dużo niższym wykształceniem
zarabiają mniej więcej tyle samo i są bardzo z tego powodu niezadowoleni. Coż
więc ja mam powiedzieć?! Oczywiście, każdy może mi doradzić wyjazd, jednak
wydaje mi się to rozwiązaniem nie dla mnie. Może ktoś wreszcie pomyśli o
biednych nauczycielach?! Za marne grosze pracują jak woły i ciągle dokłada im
się nowych obowiązków, albo zabiera śmiesznie niskie dodatki. Nota bene nie
wiem skąd biorą się od czasu do czasu informacje, choćby w "Gazecie",
że "średnio" zarabiają dużo więcej. Tylko płakać. Mogłam zastać kierowcą MZK -
miałabym przynajmniej dużo dłuższy staż pracy, bo przecież nie musiałabym
tyle czasu poświęcić na przygotowanie do zawodu.