Dodaj do ulubionych

Bajka dla torunianki przed snem

09.08.06, 23:34
Dzisiaj rozpoczynam serię bajek które będę pisał dla torunianki przed snem.
Od razu zastrzegam że będą to wariacje na temat znanych bajek które moga
znacznie się różnic od dotychczasowych wersji.
A więc rozpocznijmy.

"Bajka o złotej rybce"

Złota rybka była jedną z wielu złotych rybek które pływały po akwenach
lądowych w Europie. Niczym wielkim nie wyróżniała się od innych złotych rybek
(no może tym że ze względu na młody wiek nie miała jeszcze ust jak murzynka
przed 40). Rybka wogóle była leniwa, łatwo nie brała a jak już brała to na
tzw. grubą przynętę. Mało tego jeśli już ktoś ją złapał przy pomocy
podbieraka czy przy użyciu prądu potrafiła tak spełniac życzenia aby życzenia
w zasadzie nie spełniały życzeń. I tak na przykład pewnemu podtoruńskiemu
biznesmenowi który zażyczł sobie najnowszy model mercedesa zafundowała model
firmy burrago, a pewnej hożej dziewoi która zażyczyła sobie miesięcznego
karnetu do solarium załatwiła takie solarium w którym co druga lampa nie
naświetlała. Z tego też powodu od tego czasu wołano na nią zebra.
Jednym słowem rybka mendowata była, złośliwa i zachowywała się niezgodnie z
niepisanym kodeksem złotych rybek (tj. rybka nie pali, nie przeklina, i jest
miła i zawsze usmiechnięta).
Mało tego rybce nie chciało się spełniac 3 życzeń i zazwyczaj spełniała 1 lub
dwa a reszte spieniężała na czarnym rynku zyczeń.
Na pytania rybaków co do ilości życzeń (że niby coś jest nie tak, że to
przekręt) odpowiadała że 3 życzenie przeznacza na caritas czy co gorsza na
owsiaka.
Jednym słowem nasza ryba była nietypowa.
I tak by można było ciagnąc tą bajkę - ale niestety ktoś skaził biocenozę
stawu złotej rybki i wraz znią padł w stawie karp ludwik, atrakcyjny szczupak
stefan oraz para raków. A w związku z tym rybka nie mogła spełnic życzeń
biednego rybaka a sama bajka znalazła przedwczesny finał na łamachtego tego
forum.
A teraz droga torunianko przykryj się już czym tam masz i zaśnij snem
spokojnym
Obserwuj wątek
    • rozczarowana-torunianka Re: Bajka dla torunianki przed snem 10.08.06, 00:05
      Droga Szeherezado, za bajkę-niespodziankę dziękuję.
      Ale po tych horrorach zasnąć się nie da.
      Na jutro poproszę bajkę dla młodszych dzieci;)
    • poetapamieta Re: Bajka dla torunianki przed snem 12.08.06, 12:50
      iątek, 11 sierpnia (16:48)

      W Kancelarii Prezydenta planowany jest awans na stopień generalski dla płka
      Ryszarda Kuklińskiego.

      Ze względu na konieczność zmian w prawie, najprawdopodobniej płk Kukliński
      otrzyma go 11 listopada - poinformował podsekretarz stanu w Kancelarii
      Prezydenta Andrzej Krawczyk.

      O awansowanie płka Kuklińskiego na stopień generalski zabiegają środowiska
      kombatanckie. Wcześniej media sugerowały, że mogłoby się to stać 15 sierpnia,
      w dniu Święta Wojska Polskiego. Stanie się to jednak najprawdopodobniej w
      Święto Niepodległości
      Bogu niech będą dzięki !!!!
      Tak wielu patriotów, tak bardzo długo musiało na to czekać !!!!!
      Oj są w ojczyźnie rachunki krwi ..................
      A tak wielu przeszkadzało i przeszkadza !!!!
      Ale lepiej późno ...........................
      Wstyd dla tych wszystkich, którzy przez lata zabiegali o potępienie pana
      Kuklińskiego - bohatera narodowego! Wstyd i hańba !!!Myślimy tu także o
      Wałęsie !!!!! Wstyd dla wszystkich "bolków" i "zapalniczek"!!!!!!
      Dziękujemy Panie Prezydencie !!!!
      • rozczarowana-torunianka Re: Bajka dla torunianki przed snem 12.08.06, 22:42
        to jest optymistyczna bajka, chociaż bohatera nie ma już
        • tlss Bajka o dwóch grzecznych kotkach i jednym nie 12.08.06, 23:39
          Za górami za lasami powiła zwykła szara kotka co z niejednego śmietnika jadła
          produkty nie pierwszej swieżości troje kociąt. Jedno szare, drugie czarne a
          trzecie jakieś takie łaciate.
          Mama kotka jak każda mama kotka uczyła, nauczała i pokazywała jak życ.
          Przestrzegała małe kotki, nie podchodz, nie baw się z ludzmi.
          I o ile kotek szary i łaciaty słuchały się posłusznie mamy to czarny miał
          zupełnie inną wizję świata.
          Bardzo chetnie dawał się głaskac po karku, iskac w zamian za mleczko czy
          podroby. Wprost komformistycznie przymilał sie do ludzi twierdząc "za miesiąc
          będę miał u pani Jadzi koryto do emerytury".
          I czas już kończyc tą bajkę morałem - otóż kotek czarny tak jak mówił znalazł
          wikt i opierunek u Pani Jadzi, natomiast kotek szary wpadł pod samochód a
          łaciaty skonał w boleściach po nieswieżych rybach ze śmietnika.
          A morał z bajki taki, że nie zawsze trzeba się słuchac starszych i niezawsze
          mądrzejszych.
          A teraz droga torunianko przykryj się czym tam masz i dobranoc pchły na noc.
          • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o dwóch grzecznych kotkach i jednym nie 13.08.06, 00:18
            dwie bajki jednego dnia!? Widać z okazji świątecznej:)
            Wcześniej nie spałam dwie noce czekając na bajkę, to teraz powinnam spać przez
            dwa dni chyba. Ale, mimo że to bajka z morałem, to raczej nie opowiadaj jej
            młodszym dzieciom bo efekty mogą być nieoczekiwane;)
            • tlss bajka o smoku jaroszu 18.08.06, 20:25
              Za górami za lasami, za siedmioma stawami i jednym skupem złomu rządził z
              nadania boskiego książe Jaromir.
              Książe Jaromir dobry był dla ludu, nie gnębił ich vatem, akcyze na sól i tytoń
              zniósł i tylko od czasu do czasu korzystał z prawa pierwwszej nocy (oczywiście
              w miarę posiadanych mozliwości).
              Książe Jaromir miał tylko jedną córkę - jak powiadają znawcy konterfektów
              przecudnej urody. Jagoda bo tak jej było była dobrym dziewczęciem.
              Rzadko korzystała z możliwości obicia nieposłusznych dwórek a jesli już to
              wyłącznie po pupie kierując się ich przyszłymi celami matrymonialnymi.
              Co prawda książe Jaromir miał kiedyś synów ale jeden odszedł z tego świata po
              spożyciu niestrawnego korniszona, a drugi dostał w łeb kiedyś pod pruską
              granicą kamieniem młyńskim w czasie oblężenia i od tej pory wydawało mu się że
              jest wiatrakiem.
              Z wiadomych względów syn taki nie mógł objąc tronu.
              Z tego powodu na jedyną córunie dwuchano i chuchano wyszkując jej przeróznych
              kandydatów na męża. Jednakże jak twierdziła "ten za grupy, ten za niski, a ten
              nie umie grac w brydża" no i nic z tego powodu nie wychodziło. Było to zresztą
              powodem licznych napięc dyplomatycznych na linii Jaromir - przyszły teśc i zięc.
              Ale zawsze jakoś książe Jaromir wychodził z tego obronną ręką tryjumfalnie
              przyłaczają z tytułem prawnym lub bez zameczek czy wioseczke agresora i
              oczwiście wyzwalajac okoliczną ludnosc spod rzadów tyrana.
              Ale teraz wrócmy do jagody.
              Jagoda pomimo tego że była już posunięta w latach (18 wiosen) nad podziw dobrze
              się trzymała. Czy to był wywar z konopi czy to mleko z biedronki w którym się
              kompała tego historycy nie wyjaśniają w kronikach.
              Jagoda miała jedne jedyne hobby. Otóż pasjami uwielabiała wychodzic na wieże
              zamkową i lamentowac "gdzieżeś ach gdzieżeś cny królewiczu". No i pewnego dnia
              kiedy znowu ropoczeła lament a cała załoga zamku rozwiązywała juz krzyżówki ze
              stoperami w uszach - od strony słonca nadleciał smok i porwał lamentującą
              księżniczkę.
              Poczatkowo nawet się nie zorientowano co się stało, ale kiedy królewna nie
              zeszła na obiad na ulubioną kaszę jaglaną zaczęto poszukiwania. Szukano
              królewny na zamku, w lochach, koło zamku w prowincjach i nic.
              Aż wreszcie umyślny przyniósł taki list.

              Sznowny królu Jaromirze
              Osmieliłem się porwac królewnę Jagodę w celu uzyskania wysokiego okupu oraz
              dożywtnich nadań.
              Zawsze odany
              Smok Jarosz

              W królestwie podjęto po tym liscie szeroko zakrojoną akcję wywiadowczą i
              ustalono kim jest i czym zajmuje sie ów niecny smok.
              Otóż ten smok wyspoecjalizował się w porwaniach dla okupu pięknych i mniej
              pięknych królewien.
              I co najbardziej zmartwiło króla żądał tyle złota ile dana ksieżczka wazy.
              Niegodziwiec ten w dodatku podczas przymusowych wakacji królewien żywił je
              jedynie fast hood z oklicznych mak zbyszków oraz dawał tłuste mleko do popicia.
              Z tego względu przez długie lata potem budżety królest musiały spłacac
              zadłużenie a niektóre królewny nie mogły długo wejsc w stare kreacje.
              Tradycyjne rozesłano wici na cztery storny świata wzywając królewiczów i
              zacnych rycerzy do walki na śmierc i zycie ze smokiem. Odrzuceni uprzednio
              królewice jednak sprawy nie podjeli, a rycerze z powodu konfliktu w sąsiedniej
              Rurytanii (płacno tam 100 grzywień złota za poczet rycerski najemnika) także
              sprawy nie podjeli.
              Nie od rzeczy jest dodac, iż smok jarosz był nie byle smokiem,ale smokiem
              biegłym we wschodnich sztukach walki oraz w rzucie kamieniem także wielu
              chętnych nie było.
              Ten i ów dostał przez łeb ogonem także odbijac nie miał kto.
              A smok tuczył i słał żądania.
              Wzieto się w końcu za rozuwm i podesłano mu szewczyka dratewkę z owca ale smok
              owcy nie naruszył (jarosz przecie)
              W końcu król wypłacił smokowi 100 funtów złota a królewna po poszerzeniu
              wejścia do swych komnat powróciła do nich.
              I jaki morał z tej bajki, drogie dziewczynki ? Otóż nie warto za wiele krzyczeń
              a warto więcej robic.
              • rozczarowana-torunianka Re: bajka o smoku jaroszu 18.08.06, 20:37
                o NIEGODZIWCZE!!!
                • tlss Re: bajka o smoku jaroszu 19.08.06, 10:49
                  To człowiek się stara pomimo tego że brzuch go bolał cały dzień a tutaj
                  niegodziwcze ?
                  NIedobra.
                  • muvon200 O królewnie Śnieżce i krasnoludkach 19.08.06, 12:07
                    Moja bajka będzie krótsza :)
                    Królewna była śliczna w sensie pięknym - jak to zwykle z królewnami bywa. Żyła
                    sobie spokojnie w ciepełku pałacowym , aż do dnia w którym postanowiła wpisać
                    się na forum "Lustereczko" pod nickiem "Śnieżka". Tam prowadziła zażarte
                    dysputy na temat swojej urody i udało jej się, przy wydatnym udziale adminów
                    zauroczonych jej wdziękami i elokwencją, zotać miss forum. Los zrządził, że na
                    tym samym forum pod nikiem dobramamuska dyskutowała jej zła macocha. Wredne to
                    babisko postanowiło usunąć królewnę z forum i zesłać w miejsce w ktorym nie
                    było netu. Wysłała ją więc do lasu przedtem podając jej nafaszerowane dragami
                    jabłko. Kwasowy odczyn jabłka nieco zmniejszył siłe dragów i już po godzinie
                    Śniżka miała oczy jak złotówy. Bystra z niej dziewczyna więc szybko zauważyła
                    że leży na podłodze małego domku. Zgłodnia więc podjadła troszkę ze garnuszka a
                    potem przeszukała domek. Netu nie znalazła. Poszła więc na pięterko i położyła
                    się w jednym z wyrek i zasnęła. Wieczorek krasnoludki wróciły z pracy.
                    -Kuna! Krzyczał fefunio
                    -Ktoś zjadł moją kaszkę!
                    ...
                    ...
                    Głodni ruszyli do sypialni. Tam znowu niespodzianki. W przyciemnionym świetle
                    widzieli nieład na swoich wyrakach. Biadolili jeszcze bardziej niż w kuchni.
                    Atmosfera się zagęszczała.
                    Jeden z krasnali Slicznotek24cm zauważył, że w jego wyrkuleży cud dziewcze.
                    Obrócił się do kolegów uprzednio zasłaniając kotarki łóżka i zawołał:
                    -Chłopaki dajcie spokój! Gasimy światło i idziemy spać ;)

                    CDN
                    • rozczarowana-torunianka Re: O królewnie Śnieżce i krasnoludkach 19.08.06, 20:19
                      bajka krótsza niezgorsza choć...
                      stanowczo protestuję przeciw próbie degradacji i cofnięcia mnie do grupy
                      maluchów leżakujących w południe. Ja naprawdę zostałam już awansowana do
                      starszaków i nawet za cenę bajki nie zgodzę się na leżakowanie.

                      A na CDN to może jednak jabbur zareagować:)
                  • rozczarowana-torunianka Re: bajka o smoku jaroszu 19.08.06, 20:15
                    a skoro tak, to cofam zbyt impulsywną ocenę i dopiszemy inny morał:
                    i nawet Autorzy bajek powinni wystrzegać się korniszonów, które jak wiadomo
                    bywają niestrawne i mogą jeszcze bardziej zaszkodzić, co byłoby niepowetowaną
                    stratą.

                    A bajka bardzo edukacyjna, szczególnie jeśli chodzi o konkretyzację
                    topograficzną zidentyfikowaną przez skup złomu:)
                    • tlss Re: bajka o smoku jaroszu 19.08.06, 20:27
                      Autor powinien wystrzegac się kaszy z mięsem.
                      Drugi dzień go męczy.
                      • rozczarowana-torunianka Re: bajka o smoku jaroszu 19.08.06, 21:36
                        Rozumiem, że Autor wzgardził kaszką z mleczkiem z powodu ambicji prezydenckich.
                        No cóż Autorze, już sama droga do celu męcząca jest, a później może być jeszcze
                        gorzej;)
                        • tlss Bajka o księżniczce co ciągle ryczała 04.09.06, 21:48
                          Za górami za lasami za siedmioma zsypami do śmieci nadel często odwiedzanymi
                          przez okolicznych biznesmenów parających się odzyskiwaniem surowców wtórnych
                          było sobie ani małe ani duże królestwo a w nim król, królowa oraz ich jedyna
                          córeczka - księżniczka.
                          Księżniczka nie była ani piękna ani brzydka - była taka sobie co oznacza że
                          chodząc nocą po zamkowych krużgankach nie powodowała powstawania kolejnych
                          klechd o zmorach na zamku czy też o "białych damach". No i w zasadzie wszystko
                          było by z królewną w porządku a i pewnie jakiś rycerz w końcu by się znalazł
                          gdyby nie to że księżniczka w najmniej odpowiednich momentach ryczała.
                          A ryczała różnie i w różnych sytuacjach. I tak dla przykładu potrafiła ryknąc
                          śmiechnąc kiedy to książe Barnim mówił że jest przecudnej urody i że
                          konterfekty łżą jak pies nie oddając jej krasy, czy też potrafiła zaryczec się
                          w czasie oglądania 286 odcinka sztuki dworskiej "Zamurowana" tak że trzeba było
                          zamurowaną w sztuce niezwłocznie odmurowac.
                          Jednym więc słowem wkrótce rozeszła się po dworach i zajazdach wiesc o
                          zaryczanej i nikt o jej wzgledy nie chciał konkurowac.
                          Co oczywiste dla wszystkich panien w jej wieku (a 18 wiosen miała i już starą
                          panną była) była to dla niej wiesc straszliwa.
                          Tak więc stawała się coraz bardziej rykliwa i zaryczana z dnia na dzień.
                          Król i królowa starali sie temu zaradzic wzywajac na konsylia przeróżne
                          medyków, znachorów oraz znachorki wszelakie.
                          Stosowano wobec niej zioła, jady różne i nic.
                          A ona jak ryczała tak ryczała coraz gorzej.
                          Aż w końcu król nie wytrzymał i dał jej w papę.
                          I nagle jak nożem uciął, ryk się skończył no i po pewnym czasie znalazł się
                          królewic.
                          No i żyli krótko do rozwodu.
                          A jaki morał z tej bajki drogie dzieci ? Ano taki że najprostsze metody są
                          zazwyczaj najskuteczniejsze.
                          • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o księżniczce co ciągle ryczała 04.09.06, 22:35
                            podwójna niespodzianka. Wreszcie bajka na dobranoc:)
                            ale, czy to aby nie jest bajka opowiedziana na rozpoczęcie roku przez Leppera?
                            Rozwiązanie problemu wyraźnie na to wskazuje;)
                            • tlss O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:25
                              Za górami, za lasami, za dwoma toruńskimi mostami żył sobie smok. Smok zielony
                              był, mało wygadany i jak na smoki jeszcze młody (jakieś 200 wiosen). Smok za
                              bardzo upierdliwy i uciążliwy dla okolicznej ludności nie był. Od czasu do
                              czasu jakąś starą owcę żeżarł czy pannę nastraszył.
                              Na jego zycie też nikt nie dybał a to z tytułu że skarbów nie zbierał, rubinów
                              nie miał, diamentów nie kolekcjonował - tak więc wyprawa na smoka była
                              całkowicie nieekonomiczna i nieopłacalna wśród okolicznego rycerstwa.
                              Smok w zasadzie niczym wielkim się nie wyróżniał oprócz tego że mu było szkoda.
                              Szkoda mu było na nową słomę w jaskini (no bo stara jeszcze dobra), szkoda mu
                              było na lakier do łusek (bo stary się jeszcze nie skończył). No i wogóle było
                              mu szkoda na wszystko. Szkoda mu było nawet na pastę do zębów - no bo jak mówił
                              dziadek smok nie mył, mama nie myła i tata co wyszedł po owcę i nie wrócił też
                              nie mył.
                              No i tak mu było szkoda i szkoda, aż kiedyś zjadł czarną owcę. A że ząb miał
                              spróchniały wdała się choroba i smok zmarł w strasznych bólach.
                              I wiecie co drogie dzieci jakoś nikomu smoka nie było szkoda.
                              • rozczarowana-torunianka Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:40
                                och, jak miło się zrobiło. i jaka to ciekawa puenta:)
                                dobra bajka przed tą burzą co już już tuż tuż
                                • tlss Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:46
                                  Oj będzie lało - burza z piorunami.
                                  Najlpeiej teraz słuchac Wagnera.
                                  • tlss Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:47
                                    A może teraz ty torunianko jakąs bajkę napisała ?
                                    • rozczarowana-torunianka Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:50
                                      toż ja tu bez przerwy jakieś bajki opowiadam:)
                                      Ale dzisiaj Szkła nie będzie bo No signal w telewizorku. Jeszcze tylko komputer
                                      padnie i będzie się można wyspać:)
                                      • tlss Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:55
                                        No tak popros o bajkę to dostaniesz figę :( a ja już prawie trzecim bratem
                                        Grimm zostałem.
                                        • rozczarowana-torunianka Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 21:59
                                          Niestety, talenty nie zostały równo rozdzielone i w związku z tym jedni bajki
                                          piszą, a inni ich słuchają:) No to kombinuj z następną bajką, aby był można je
                                          było złożyc w tom:)
                                          • tlss Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 22:03
                                            Tomem dzieł zebranych to ty zaraz dostaniesz przez dupsko.
                                            Dalej tu pisac bajeczkę na moje wrzody i problemy z zasnięciem.
                                            • rozczarowana-torunianka Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 22:18
                                              Ty mi się tu nie spoufalaj zbytnio, bo przestanę Twoje bajki czytać,
                                              a to najgorsza kara dla autora, gdy jego talenty są ignorowane;)

                                              Rada na wrzody - nie pienić się przy każdej okazji jak proszek do prania.
                                              • tlss Re: O smoku co mu było szkoda 07.09.06, 22:35
                                                No i bajeczki nie będzie. No tak jak się ma samemu coś napisac to już się nie
                                                chce, zwala się na obiektywne trudności itd. lub grozi zmniejszeniem poziomu
                                                czytelnictwa w byłym toruńskiem.
                                                • tlss Bajka o szczwanym zajączku 10.09.06, 19:39
                                                  Za górami za lasami żył sobie w norce zajączek. W zasadzie zajączek niczym
                                                  wielkim się nie wyrózniał, kicał tak jak inne zajączki, a jedyne co go
                                                  odróżniało to to że był szczwany jak to mówiły o nim inne zające.
                                                  A czemu to zapytacie się drogie dzieci wszyscy uważali że zajączek był szczwany.
                                                  Otóż zajączek potrafił np: tak zagadac trzymajacego go uszy lisa że ten go
                                                  wypuścił czy też potrafił skierowac na inny trop najbardziej bystre i szybkie
                                                  ogary i charty.
                                                  No i rosła i rosła sława szczwanego zająca w norkach bliskich i dalekich. I
                                                  tylko jeden stary zając mówił o szcwanym zajacu że to kawał świni. A jako że
                                                  nikt dziadunia nie traktował poważnie nie bardzo wiedziano co też stary szarak
                                                  miał na mysli no i rosła i rosła sława szczwanego zająca.
                                                  Sława jego była w końcu tak wielka że stał się twarzą wszelkich mediów i ikoną
                                                  zajęczego oporu.
                                                  Aż pewnego dnia lisy z wilkami zeżarły szczwanego zająca - na odchodnym dodając
                                                  że znudziło im się chodzenie do zajęczych norek wskazywanych przez szczwanego
                                                  zająca i że tak wogóle pomimo że był smaczny gastronomicznie to się go brzydzą.
                                                  No i tak to skończyła się drogie dzieci hajdamacka sława szczwanego zająca.


                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o szczwanym zajączku 10.09.06, 22:31
                                                    czy to bajka ku pogłębieniu jesiennych depresji?
                                                  • tlss Re: Bajka o szczwanym zajączku 11.09.06, 08:41
                                                    To bajka z życia wzięta.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o szczwanym zajączku 11.09.06, 19:49
                                                    a skoro tak, to musiała być to bajka o Brunerze;)
                                                  • tlss Bajka o księciu co piękny był ale nie do końca 21.09.06, 22:42
                                                    Za górami za lasami za dwoma kurhanami i jedną krzywą wieżą żył sobie i rządził
                                                    książe co piękny był i już. Książe był tak piękny że na jego widok z zazdrości
                                                    żwierciadła pękały a inni książęta ze złości pozostawiali na ścianach swoich
                                                    zamków ślady zdartych paznokci. Niepodważalna pięknosc księcia doprowadzała do
                                                    szału okolicznych fryzjerów, manikiurzystki, oraz fachowców od upiększania
                                                    paznokciów dolnych albowiem nie było co z takim ksieciem robic i nijak już go
                                                    nie można było liftingowac czy upiększac. Jednym słowem przez złośliwosc natury
                                                    a w zasadzie przez niezaną wtedy genetykę wszyscy oni poszli z torbami i
                                                    zarobku szukac musieli w odległej Toruninii na dworze księżnej Zubeidy oraz
                                                    księcia Romana Łysego.
                                                    Jednym słowem książe piękny był a że miał dobrych doradców nie musiał byc za
                                                    mądry. No i w zasadzie żyło by mu się jak w bajce jako że żadnych konfliktów
                                                    terytorialnych o hrabstwa czy zamki nie przewidywał gdyby nie to że ciągle
                                                    bolał go brzuch. A to że bolał go brzuch nie było jeszcze takie straszne.
                                                    Straszne było to że książe miał okrutne gazy. A ta przypadłosc bardzo mu
                                                    przeszkadzała. NIe mógł on jak inni mniej piekni księciowe bałamucic kucharek,
                                                    dwórek oraz pokojówek ponieważ gazy jego zniechęcały każdą zwiedzioną jego
                                                    pięknem oraz pozycją społeczną i materialną. Co prawda już gęsiareczki nie
                                                    miały takich problemów jednakże w księstwie zima trwała pół roku a i potem
                                                    klimat był ostry co po pewnym czasie spowodoało u ksiecia ataki kożonków.
                                                    Mało tego wszelkie raty, konferencje, pakty zazwyczaj były przewcześnie
                                                    przerywane koniecznością szybkiego oddalenia się ich uczestników.
                                                    Tak więc książe nie miał lekko i można nawet powiedziec miał prze.......
                                                    W końcu księcia obalono i wybrano takiego który nie był taki piękny ale nie
                                                    miał gazów pod hasłem "Koniec z zasmradzaniem polityki wewnętrznej i
                                                    międzynarodowej".
                                                    Po prostu życie.
                                                  • rozczarowana-torunianka Powrót Andersena:) 21.09.06, 23:46
                                                    jakaż to miła niespodzienka, choć bajka mniej bajeczna:)
                                                    a to bardzo był niepiękny książę!
                                                    ciekawam jak szybko na jego miejsce wybrano pięknego inaczej i pod jakim hasłem?
                                                  • tlss O księżniczce co nowych wciąż bajek żądała 22.11.06, 21:17
                                                    Za górami za lasami, za toruńskim cargiem i czwartym mostem żyła sobie
                                                    księżniczka co czytac bajki lubiła. No i generalnie nic wielkiego jak powiecie
                                                    drogie dzieci z tego powodu by nie było bo są przecież inne zboczenia a to
                                                    zaiste niegroźne i może wyłącznie na oczy pada.
                                                    Ale niestety tak nie było. Otóż księżnicze z dobrobytu i przejedania się
                                                    knedlami i piernikami coś się zresetowało no i ciągle nowych bajek od
                                                    rycerstwa, mieszczań i kmieciów żądała.
                                                    A ile taki prosty rycerz i inny poddany bajek mógł wymyslic ? Ile to razy mówic
                                                    o smoku co księżniczkę żeżarł i padł z niestrawności czy o rybaku co złowił
                                                    złotą rybkę a w związku z tym doprowadził do krachu finansowego na rynku
                                                    tołpygi swoimi życzeniami.
                                                    W końcu to lud szemrac zaczął mówiąc "my czasu na bajki nie mamy i nam się
                                                    bajek pisac nie chce" czy też "a wzieła by się za mąż wydała to by i spokój
                                                    był".
                                                    W końcu szmer gminny do uszu księżnej doszedł. A księżna porywcza i wyrywna
                                                    była bo dziadzie Waldemarze Małodobrym i stryju Romulaldzie zawanym wesołym
                                                    palownikiem.
                                                    I już to wobec opornych dyby stosowac zaczeła i innych na ogniu przypiekac - no
                                                    stał się cud. bajki się posypały jak z rekawa - nijeden a wiele tomów.
                                                    No i jaki morał z tej bajki wynika drogie dzieci. Otóż taki że odpowiednia
                                                    motywacja potrafi działac cuda. A że motywacja czasem jest wspomagana ?
                                                    To już inna bajka.
                                                    A teraz dobranoc i pchły na noc.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: O księżniczce co nowych wciąż bajek żądała 22.11.06, 23:00
                                                    ładna, ta wymuszona bajka:)
                                                    Ale dziś smutno mi i tak:(
                                                  • vauban Re: Torunianko, wiem, że to nie jest 23.11.06, 00:12
                                                    Twój ulubiony styl, ale gdybyś zechciała bajęd, oto wykwity mojej (zaznaczam,
                                                    chorej i kontrowersyjnej, słownictwo niekiedy nie OK) radosnej twórczości.
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10322&w=43471403
                                                    Dobranoc ;)
          • kot-psot Re: Bajka o dwóch grzecznych kotkach i jednym nie 02.02.07, 16:57
            O mnie bajkę poprosze :)))))))))
    • rozczarowana-torunianka Bajka dla bajkopisarzy:) 28.11.06, 00:09
      Bajka o Polsce


      Popatrz na Polskę zatopioną we śnie

      Od gwiazd chronioną przez chmurne odmęty

      Wygasłe domy suną bezszelestnie

      Jak dnem do góry płynące okręty



      Trudno uwierzyć wśród czarnych pejzaży

      Że wewnątrz w ostatnim powietrza pęcherzu

      Leżą gorące ciała marynarzy

      Co jeszcze w przystań ostatnią nie wierzą

      Jacek Kaczmarski

      • tlss Re: Bajka dla bajkopisarzy:) 17.12.06, 23:57
        W pewnym kraju dalekim, gdzieś tam daleko w maleńkim domku, maleńka mama
        urodziła maleńką córeczkę. A że i mama i córeczka była mała to i wszystko było
        maleńkie. Maleńka była buteleczka, maleńka było łożeczko i maleńki był tata co
        do czasu do czasu wracał z wysp przywożąc maleńkie prezenty.
        I tak po malutku sobie zyli, wychowując maleńkie dziecko.
        I w zasadzie nic tu więcej dodawac nie trzeba.
        Tak jakoś po maleńku im po mału leciało.
        • rozczarowana-torunianka ależ niespodzianka 18.12.06, 18:44
          bajka wprawdzie krótka, ale... jest!
          I to wtedy, gdy już wieczory bajeczne na straty zostały spisane;)
          Dziękuję Sabało:)))
          • tlss Re: ależ niespodzianka 18.12.06, 18:52
            zauważ że tak jak obiecałem zdążyłem jeszcze do końca 17.12.06 napisac.
            z drugiej strony poszedłem na żywioł.
            • rozczarowana-torunianka Re: ależ niespodzianka 19.12.06, 00:19
              no zauważyłam, jedno i drugie:)
              • tlss o okrutnym rycerzu 20.12.06, 22:47
                Raz sobie jednego razu rycerz okrutny postanowił coś okrutnego zrobię. Ale
                dumał co by tu takiego okrutnego zrobic żeby się nie powtórzyc ?
                Bo przecież masakrę żem już zrobił, dziewice już żem pławił w przeręmblu tak
                więc co tu robic ?
                Bo rycerz nie chciał aby mu zarzucono że się powtarza i nie ma wyobraźni.
                No i tak myślał i dumał i wydumac nic nie mógł. A czym więcej dumał tym
                bardziej się garbił a w raz z nim przepiękna zbroja włoskiej roboty.
                No i myślał i myślał no i grabił się i garbił aż w końcu jak już wymyslił co
                czynic wyprostowac się nie mógł z powodu korozji.
                No i tak skończyła się jego hajdamacka sława okrutnego rycerza.
                A wy dzieci wyciągnijce z tej bajki taki morał że czasem warto iśc na żywioł.
                • rozczarowana-torunianka Re: o okrutnym rycerzu 20.12.06, 23:41
                  A długo tak tkwił w tej skorodowanej zbroi?
                  Radząc mu iść na żywioł, sugerujesz ogień czy wodę?
                  • tlss o księciu jaromirze i złotej rybce 02.01.07, 17:45
                    Za górami, za lasami ze pięcioma stawami żył sobie książe co okrutnie lubił
                    łowic ryby. Niektórzy mówili nawet że przez to hobby zaniedbuje sprawy wagi
                    panstwowej oraz doroczne rejzy na ościennych pogan.
                    Były to oczywiście plotki rzucone na młyn propagadny poprzez zawodowych
                    podżegaczy z osciennej Brombergerii.
                    I otóż pewnego dnia książe udał się znów na ryby nie bacząc na to że jego żona
                    Księżna Gryzelda wsciekła się bo gdyż nadwyraz chciała w tym dniu wraz z
                    Kksięciem zakupic pachnidła i atłasy bławatne, a rada siedmiu baronów od trzech
                    dni czekała na posłuch w sprawie rebelii w bławatii.
                    No i łowił sobie i łowił pociągając od czasu do czasu wódką bydgoską zagryzając
                    ogórkiem kiszonym ze dzbana.
                    Aż tu nagle małą rybkę złapał, pozłocisistą jakąś której przedtem nigdy nie
                    widział.
                    książe w sumie dużo się tym faktem nie frasował mruknowszy pod nosem "będzie na
                    zywca". I już miał ją nadziac ponownie na swe wędzisko kiedy ona rzekła.
                    "Książe mój książe, wypuśc mnie że a spełnie twoje życzenie".
                    Księcia zamurowało.
                    Po pierwsze dlatego że z rybami gadał zazwyczaj tylko na wigilię przed ich
                    ukatrupieniem przy pomocy poręcznego morgenszterna.
                    Po drugie dlatego że wydało mu się że rybka robi go w konia oferując tylko
                    jedno życzenie a nie jak to powinno byc w tradycji co najmniej 3.
                    A po trzecie dlatego że przypomniał sobie radę dziadka Waldemara IV, który
                    zawsze mu mówił:
                    "Jak zobaczysz taką mendę, złotą rybkę co jeszcze do tego gada rzuc gadzinę do
                    wody i uciekaj i czasem się w dyskusje się nie wdawaj".
                    "I schowaj się gdzieś na dwa tygodnie w ciemnej komnacie bez systemu
                    wodociągów".
                    w sumie książe nie wiedział dlaczego ale rybę z wędką rzucił i uciekł.
                    dopiero potem dowiedział się że dziad jego miał już kiedyś przyjemnosc z jedną
                    złotą rybką która to prawie nie pozbawiła go księstwa spełniając co do joty
                    jego życzenia np: pełnej, krytej zbroi dla rycerzy z księstwa przez które nic
                    nie przechodzi (skutkiem czego zaraz po spełnieniu życzenia około 450 wiernych
                    wasali podusiło się w mękach), czy też życzniem aby na ziemiach Bromberii nikt
                    ze zbroinych nie pozostał co spowodowało atak od wewnątrz na ziemie księstwa
                    zaraz po sprowadzeniu zbroinych z brombergii czarem na zamek Waldemara IV
                    (niezapominajmy bowiem że w tym okresie odbywło się także 450 styp).
                    I jaki morał z tej bajki drogie dzieci ? otóż czasem warto do wszystkiego
                    wolniej samemu dochodzic.

                    • rozczarowana-torunianka Re: o księciu jaromirze i złotej rybce 02.01.07, 19:29
                      okrutnie lubię niespodziewane zakończenia:)))
                      Ale żeby tak rezygnować z okazji uzyskania czegoś bez ciężkiej pracy???
                      • tlss Re: o księciu jaromirze i złotej rybce 02.01.07, 20:42
                        Myślę sobie że Jaromir i złota rybka będzie elementem jeszcze wielu bajek.
                        • tlss O przepitym księciu 03.01.07, 19:30
                          Pewnego razu księcia Jaromira bardzo głowa bolała, a nijak pod ręką nie miał
                          piva z wrogiej Brombergii. No w zasadzie to i pivo by się na zamku znalazło,
                          ale nie wiedząc czemu jego ukochana Gryzelda o której często w duchu mówił że
                          jest już posunięta zębem czasu pochowała mu wszystkie butelki z tym cennym
                          leczniczym płynem.
                          Książe zupełnie nie rozumiał co mogło byc tak wrogim aktem małżeńskiej agresji.
                          od lat bowiem wiedział że księżna nie jest małostkowa i przebacza mu to i owo z
                          łaźiebnymi służkami czy wyprawy na "gęsiareczki".
                          Tym bardziej nie rozumiał dlaczego pochowała, a teraz lata i brzęczy mu z całym
                          fraucymerem nad uchem o jakimś pijaku, ladaco, oraz o tym że były lepsze partie
                          itd.
                          Nie dośc tego z regularnością księżyca krążyli wokół księcia szambelan,
                          kanclerz i większosc członków rady siedmiu baronów (o której książe od czasu do
                          czasu myslał sobie jako o radzie siedmiu baranów uśmiechając się zjadliwie).
                          wszsycy ci źli ludzie mówili mu o jakiś waznych nieważnych sprawach.
                          A tymczasem książe się wyłączył (a potrafił się wyłączyc tak siłą swojej
                          skoncentrowanej obołałej głowy) i wyobraził sobie że jest nad ulubionym stawem
                          i tam łowi rybki od czasu do czasu popijając pivem z wwrażej Brombergii.
                          Było pięknie, słoneczko świeciło, rybki brały, piva nie brakowało.
                          Po prostu luz, cisza, spokój, natura 2000.
                          Aż tu nagle nadziała się na haczyk złota jakaś rybka.
                          Książe przyjrzał się jej uważnie, po czym stwierdził że kiedyś ją widział i
                          nawet od niej uciekł.
                          Książe zdenerował się bardzo.
                          Oż ty mendo pozłocista - rzekł do niej, nawet w moich marzeniach mnie
                          przesladujesz ?
                          Wybacz królu odrzekła rybka ale mus to mus. Zelagasz mi w sprawozdaniu
                          kwartalnym, bo nie są spełnione zyczenia a bez tego leżę pod koniec półrocza.
                          Mus życzenia spełnic bo inaczej wyślą mnie do Japonii, a stamtąd żadna rybka
                          jeszcze nie wróciła.
                          Książe łypnął tylko okiem i wybudził się z letargu z śmiechem na twarzy.
                          Pomyślał tylko sobie w duchu "Niech z ciebie samuraje zrobią sobie suschi
                          bajkowa pokrako".
                          A książna dalej z fraucymerem latała wokół księcia podobnie jak większosc rady
                          siedmiu baronów, kanclerz i szmabelan, a latała coraz szybciej ponieważ
                          nadwyraz zawsze irytował ją pojawiający się czasem głupkowaty usmieszek księcia.
                          • rozczarowana-torunianka Re: O przepitym księciu 03.01.07, 22:53
                            ja nie rozumiem dlaczego książę Jaromir tak się ciska. Toż piva nie ma bo we
                            wrogiej Brombergii splajtował browar. No nie jest to winą Gryzeldy przecież. No
                            chyba że Gryzelda kogoś z tego browaru wygryzła i przejmując akcje doprowadziła
                            świadomie do tego bankructwa.

                            A rybki, które planu kwartalnego nie wyrabiają spotyka lost faktycznie straszny,
                            bo te japońce przerabiają je na bonefishe, które jak wyglądają, każdy wie;)
                            Oto zdjęcie takiej jednej złotej przerobionej na szaro:(
                            tp://www.isixsigma.com/library/content/t000827.asp
                            • tlss trzeba sprostowac 03.01.07, 23:53
                              "ja nie rozumiem dlaczego książę Jaromir tak się ciska. Toż piva nie ma bo we
                              wrogiej Brombergii splajtował browar"

                              Po pierwsze browar funkcjonowłą jeszcze dobrze w przeszłości, a po drugie nie
                              splajtował tylko go niemce zlikwidowały po przejęciu rynków zbytu.
                              Za tą niecną uwagę będziesz średnio pozytywną postacią w bajce.
                              Ale Austina ci nie zabiorę.
                              • wet3 Re: tiss 04.01.07, 18:50
                                A znasz bajke o smokach?
                              • rozczarowana-torunianka Re: trzeba sprostowac 04.01.07, 19:45
                                no wiesz, t(a)l(e)ssie! Nie czytasz dokładnie, a opierasz się tylko na pierwszym
                                zdaniu. Proszę czytać ze zrozumieniem. Toż napisałam tam o przejęciu browaru
                                przez niemce.
                                "No chyba że Gryzelda kogoś z tego browaru wygryzła i przejmując akcje doprowadziła
                                świadomie do tego bankructwa". Wszak Gryzdelda to germanka, podsunięta księciu,
                                jak druga żona Jasienicy.

                                • tlss O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 09.01.07, 15:53
                                  Rzadko kiedy książe Jaromir bywał zdenerowany. Wpływała na to z pewnością
                                  domieszka krwi jego prababki Hildegrady Świętej co zanim święta została powiła
                                  sześcioro dziateczek, czy też kojący wpływ piva z wrogiej Brombergii, którym
                                  książe leczył wszelkie bóle oraz łamania w kościach.
                                  Jednakże bywały takie dni kiedy to po prostu książe bywał wku..on wielce jak
                                  to mówiło pospólstwo używając pospolitego języka.
                                  A właśnie to był taki dzień.
                                  Na jego ponury nastrój wpływało wiele czynnikow.
                                  Otóż po pierwsze już od około miesiąca nie był na rybach z powodu oblężenia
                                  siedziby rodowej przez tego samozwańca Ryszarda Łysego z Brombergii, który to
                                  skutecznie odciął go od okolicznych stawów i rzeczek.
                                  Po drugie dlatego że około 2 tygodni temu wyczerpał się w beczułeczkach zapas
                                  ulubionego piva a rodzimie nijak nie było w stanie zastapic mu utraconego.
                                  Po trzecie dlatego że księżna żona wraz z fraucymerem lament podniosła że zamek
                                  padnie i co to będzie itd.
                                  Nie dośc tego, wasale nie spieszyli z pomocą.
                                  Tak więc jak sami widzicie książe miał wiele trosk i zmartwień a po za tym z
                                  powodu braku konserwacji wewnętrznej zaczeły odzywac się dawno zapomniane już
                                  choroby.
                                  Rad nie rad książe czego nie lubił musiał zając się sprawami wagi państwowej.
                                  Co czynił bardzo rzadko.
                                  I cóż miał zrobic - wziął ulubione wędki i zaczął przy nich majstrowac nie
                                  zapominając oczywiście o mysleniu nad sprawami wagi państwowej.
                                  Po około trzech pacieżach stwierdził jednak że nie ma podzielnej uwagi i
                                  postanowił nie odkładając wędek przekazac całą sprawę swemu nadwornemu medrcowi
                                  i czarnoksięznikowi Merysnosowi.
                                  Zas Merysnos uczon był bardzo (niektórzy powiadają że przeczytał aż 6 ksiąg),
                                  po za tym posiadł wiedzę tajemną swego czasu od baby zwanej Jagą.
                                  Tak więc zreferował mu książe krótko że jutro che isc na ryby i popic pivem a
                                  małżonka jutro ma pojechac z fraucymerem do teściowej Księżnej i zadowolon
                                  wielce z siebie czekał na pomysły Merynosa.
                                  Pomyslał nawet o sobie ze ma łeb do pomysłow i ta władza to go kiedyś wykończy.
                                  C.D.N.


                                  • rozczarowana-torunianka Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 09.01.07, 23:47
                                    przeczytałam i czekam i sprawdzam czy jest tuż ten cdn, ale mimo późnej pory nic
                                    nie widzę. No i jak tu teraz zasnąć? Tak w środku bajki?
                                    • tlss Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 09.01.07, 23:54
                                      cdn. z austinem nastąpi. Jedno co pewne nie w tym dniu.
                                      Wena jest, czekolada jest, tylko lenistwo ogarnia.
                                      • rozczarowana-torunianka Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 10.01.07, 00:21
                                        no proszę, znalazł się jeden odważny co to potrafi się przyznać do lenistwa;)
                                  • tlss Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 18.01.07, 00:00
                                    Merysnos wkrótce wrócił i jak zwykle z niekonwencjonalnym planem.
                                    Otóż rzekł: Panie nie szczędziłeś wysiłków na moje prace (tutaj merynos myslał
                                    mówiąc to "stara zapita kutwa") patrząc na swego księcia.
                                    Otóż udało mi się opracowac machinę która porusza się w czasie. I za pomocą tej
                                    machiny sprowadzę legion który to wyzwoli z oblężenia twój zamek Panie.
                                    Co mówiac zniknął.
                                    Postanowił nie tracic bowiem czasu i jak najszycbciej sprowadzic odsiecz.
                                    Na jego szczęście wylondował w XX wieku i po zapoznaniu się z internetem
                                    zorientował się że w Toruniu jest kobita która dysponuje Austinem.
                                    Udał się do niej, pogadał i za wór złota namówił do odparcia Ryszarda Łysego.
                                    Ta po nabyciu odpowiendiej ilości amunicji i po za zatankowaniu niezbędnej
                                    ilości paliwa udała się za pomocą machiny czasu na zamek Jaromira.
                                    Po spuszczeniu fosy i po trąbnieciu kilka razy klaksonem swego austina
                                    rozpędziła ona na cztery wiatry wrogie zastepy kontentując, iż niektórzy z
                                    wrogich wojowników uciekali bez reform.
                                    I tak to skończyło się V oblężenie a Jarmomir poszedł sobie znowu na ryby
                                    popijąc pivem z wrogiej brombergii.
                                    • rozczarowana-torunianka Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 18.01.07, 00:25
                                      tak szybko se ta kobita poradziła czy bajkopisarz odwalił chałturę;)?
                                      • tlss Re: O zdenerwowanym księciu i co z tego wynikło 18.01.07, 23:56
                                        Niedobra i złośliwa :)
                                        A spróbuj sama austina z kobitą do w bajce umieścic.
                                        • tlss Książe i festiwal 19.01.07, 00:18
                                          Książe Jaromir kochał swych podanych, kochał ich tak bardzo ze podatkami ich
                                          nie gnębił, kołem często nie łamał a nawet zniósł obowiązek picia w
                                          sierocincach.
                                          Zresztą uważał osobiście, iż każdy powinien się zając swoją robotą i jeden
                                          drugiemu nie przeszkadzał. Dlatego też całymi dniami łowił sobie rybki
                                          popijając pivem z wrogiej brombergii uważając, że wszystko gra i co nowego
                                          wymyslac.
                                          Nawet swego czasu złajał jednego z baronów który chciał wprowadzic podatek od
                                          piva.
                                          No i dobry był chłop i jak to mówią ludu się nie czepiał o ile jego wielce
                                          szanowna małożonka nie wywierała na niego nacisków.
                                          Ostatnimi dniami wmawiała mu że królestwo jest kulturalnie zapuszczone i że
                                          wymaga jakiegoś festiwalu. I że to on powinien wymyslic ten festiwal i objąc go
                                          honorowym patronatem.
                                          Biedny Jaromir łamał sobie głowę nad tematem festiwalu już parę dni. i gdyby
                                          nie oddane pivo z wrogiej brombergii niewiadomo jakby się cała sprawa
                                          zakończyła.
                                          Bo przecież w Bławatii robiono już festiwl najpiekniejszego sukna, w brombergii
                                          był już festiwal w rzucie kołem młyńskim tak więc co tutaj wymyslic ?
                                          Aż w końcu wpadł i zorganizował festiwal który długo przzetrwał inne festiwale
                                          w tej częsci kontynentu i za który dotąd błogosławią go liczne rzesze
                                          mieszczan, chłopstwa oraz rycerstwa. Otóż Jaromir postanowił iż zorganizuje
                                          festiwal piva z takimi konkursami jak picie piva na czas, czy konkurs 40
                                          butelek. Mało tego bardzo chętnie obejmował co roku ten festiwal swoim
                                          patronatem.
                                          I tylko małżonka była dziwnie niezadowolna i mówiła że nie o taki festiwal jej
                                          chodził. Ale jak to mawiał Jaromir - zrozum tu kobietę.
                                          • rozczarowana-torunianka Re: Książe i festiwal 19.01.07, 00:33
                                            no niby prawda z tym zrozumieniem jak i wymyślaniem nowych rzeczy;)
                                            Ale, to może on wymyślił też wykorzystanie tych butelek pofestiwalowych, które
                                            to widziałam dzisiaj w Szkle;) Niezłe było i baaaaaaaaaaardzo kulturalne.
                                            • tlss Re: Książe i festiwal 19.01.07, 00:39
                                              kto wie jeśli bowiem chodzi browarnictwo książe wykazywał się niezwykłym
                                              konceptem
                                              • rozczarowana-torunianka Re: Książe i festiwal 19.01.07, 00:45
                                                no to już chyba niewiele z browarnictwem do czynienia miało;)
                                                ale ta jazda na wrotkach między rzędami ładnie rozstawionych butelek, na których
                                                "jeźdźca" wygrywał kijem bejsbolowym dźwięczne melodie, których nie zagłuszał
                                                nawet aplauz licznej publiczności, to rzeczywiście ciekawostka i majstersztyk;)
                                                • tlss O złamanym sercu księcia Jaromira 22.01.07, 23:01
                                                  Dawno, dawno temu kiedy to książe Jaromir jeszcze nie pił, ba nawet nie znał
                                                  smaku piva z wrogiej brombergii a ryby kojarzyły mu się wyłącznie ze szupakiem
                                                  w śmietanie ktoś złamał Jaromirowi serce.
                                                  Złamał, choc złamac nie chciał, złamał choc nie mógł uczynic inaczej. I do
                                                  nikogo nie można było miec tutaj pretensji ani do Jaromira ani do tej co serce
                                                  Jaromirowi złamała.
                                                  I choc pisała do Jaromira długie epistoły za siedmiu mórz, to było już nie to.
                                                  I tak to Jaromir poznał smak piva z brombergii oraz chłód nóg moczonych w
                                                  rzeczce podczas wędkowania.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: O złamanym sercu księcia Jaromira 24.01.07, 22:27
                                                    to bardzo smutna bajka. Czy mógłbyś talessie zadbać o to, aby złota rybka
                                                    zaingerowała?
                                                  • tlss Knucie pluszowego misia 01.02.07, 17:06
                                                    Książe Jaromir był zdenerwowan wielce i nie swój. Po pierwsze dlatego że
                                                    ulubione płoteczki nie brały i jak dym rozwiewała się wizja rybek na kolacyjkę.
                                                    Po drugie dlatego że we wrogiej Brombergii nie zbadanym wyrokiem i pomysłem
                                                    tamtejszych browarników zmieniono skład pivnego nektaru którym raczył się
                                                    Jaromir co doprowadzało go do szału i co powodowało, iż nawet rozważał wyprawę
                                                    prewencyjną w celu skłonienia niecnych browarników do powrotu do dawnego składu
                                                    piva. Po trzecie małżonka jego od pewnego czasu doprowadzała go do szału wciąż
                                                    kolejnymi pomysłami (wymysl festiwal, jedź na łowy, wydaj bal itd. czego książe
                                                    nadwyraz nie lubił).
                                                    I to szczególnie go irytowało, albowiem za każdy razem jak księżna miała
                                                    pomysły wiedział że ktoś za tym stoi. Ale zawsze dotychczas wiedział kto za tym
                                                    stoi i tych doradców wysyłał zazwyczaj na wyprawy o których wiedział że są
                                                    wyprawami w jedną stronę lub po prostu dokarmiał nimi rybki w książęcym stawie
                                                    co uważał że szczególnie gospodarski pomysł i godny jego pozycji monarchicznej
                                                    pomysł.
                                                    Jednakże od wielu tygodni nie mógł wykryc tego kto tak rył i mącił w tym
                                                    zazwyczaj zgodnym i bezrozmownym związku. Nawet sprawdzone wróżbiarskie metody
                                                    zawiodły i jedyne co się dowiedział że to co ryje i podopowiada księżnej jest
                                                    całe materialne i że błyszcżą mu oczy. I bądź tu mądry myślał książe.
                                                    A księżna stawała się coraz bardziej upierdliwa i co gorsza że swoimi pomysłami
                                                    potrafiła zakłócac poobiednie łowienie czy też nawet popijanie.
                                                    A książe myślał, myślał i wymyslic nic nie mógł.
                                                    Aż w końcu pojął że tym zwyrodnialcem, potworem wciąż pełnym nowych pomysłów
                                                    aranżacji czasu parze książęcej byc musi zakupiony miesiąc temu pluszowy
                                                    niebieski misiek z błyszczącycmi się jak węgliki oczami i z niebieską kokardą.
                                                    W te pędy pobiegł do pałacu i rozpłatał miska swym porecznym dwuręcznym
                                                    mieczem. Co prawda misiek chował się pod królewskie łoże, uciekał za kotary ale
                                                    to nie byla dla Jaromira przeszkoda. W koncu jak porąbał i łoże i kotary to i
                                                    porąbał miska szast prast.
                                                    I wziął to co zostało z miśka do wora i poprzerabiał frędzelki z pomysłowego
                                                    miśka na muchy na ryby.
                                                    A muchy w czasie łowienia mówiły do księcia cicho jakby ze strachy "rzuc nas
                                                    tam obok trzcin" czy też "szczupak chowa się za konarem tam obok wielkiego
                                                    głazu" i raczej się nie myliły.
                                                    A książe myślał ma się ten gospodarski zmysł i nic się u mnie nie zmarnuje
                                                    biorąc kolejną muchę na haczyk.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Knucie pluszowego misia 01.02.07, 19:27
                                                    i kolejna bajka z tak smutnym zakończeniem? Poproszę o odrobinę optymizmu.
                                                  • tlss Re: Knucie pluszowego misia 01.02.07, 20:38
                                                    Z jakim smutnym umarł żeby życ jako muchy do wędki czyli umarł żeby życ
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Knucie pluszowego misia 01.02.07, 21:33
                                                    reinkarnacja na minutę? A co potem?
                                                  • tlss Re: Knucie pluszowego misia 01.02.07, 22:43
                                                    Jak to co ?
                                                    Na ryby, na ryby
                                                  • vauban Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 01.02.07, 23:00
                                                    ... jeszcze kilka nakłuć igły, i oto będę. Jestem. Ręce szwaczki są chude,
                                                    czerwone, obracają mnie na wszystkie strony, badają: żadnych dziur, sieczka się
                                                    nie sypie, oczka trzymają się na miejscu, dobrze jest.
                                                    Pewnie, że dobrze. Leżę w pudełku, zaczynam swoją ziemską tułaczkę, rozmyślam.
                                                    Kim jestem ?
                                                    Oto lustro (to nazywa się:lustro. Skąd to wiem ?). Widzę siebie w kartonowym
                                                    pudle, niebieski plusz, czarne oczy, niebieska kokarda pod szyją. No, mogło być
                                                    gorzej. Mogłem być jak ten różowy dinozaur w sąsiednim pudełku: brzydki, z
                                                    grzebieniem z filcu i kretyńskim wyrazem pyska. Ja przynajmniej inteligentnie
                                                    spoglądam, oczy z guzików lśnią, uśmiech niewymuszony. Co dalej ?
                                                    Oho, zabierają mnie gdzieś. Hej, hej, słyszeliście kiedyś o morskiej chorobie ?
                                                    Nie rzucajcie tak tym pudłem ! To nieważne, że się nie stłukę, trochę godności,
                                                    cholera, myślicie sobie, że pluszowym misiem można tak sobie pomiatać ?
                                                    Ach ! Z rozmachem wciśnięto mnie na półkę. Dopychają z boku różowego dinozaura.
                                                    No, tragedia po prostu, mam się z nim tu razem męczyć ? Ta pierdoła nie umie
                                                    nawet do trzech policzyć, w sam raz na zabawkę dla niemowlaka, bo starsze
                                                    dziecko odrzuci go ze wstrętem. O losie, losie...
                                                    Zabrali dinozaura, na szczęście. Jakaś paniusia na obcasie: "Mój synuś będzie
                                                    zachwycony". Biedne dziecko, mieć matkę z takim gustem to prosta droga do
                                                    nieszczęścia. Wykolei się, jak dwa i dwa jest cztery. Po takich traumatycznych
                                                    przeżyciach z dzieciństwa, wódka będzie dlań jedyną alternatywą. Albo narkotyki.
                                                    Ciekawe, jak ja trafię. Jestem nie byle kto, więc mam nadzieję, że nie byle gdzie.
                                                    Czas płynie, latają muchy, kurz osiada - a ja tkwię na półce. Nudno jest...
                                                    Pogadałbym z kimś, nawet z dinozaurem.
                                                    O, zdjęli mnie z półki. Ręce, oczy. Macają, oglądają. "To ile on kosztuje ?"
                                                    Sprzedawczyni mówi coś, czego nie dosłyszę, śmiech i przekomarzania. Szelest
                                                    papieru, to zapakowują mnie i znowu morska choroba, niosą, niosą...
                                                    Nareszcie, ciepło i jakieś zapachy, odwijają mnie z papieru, sadzają na czymś
                                                    miękkim. O, łoże z baldachimem. Właściwy miś na właściwym miejscu, nie ma co !
                                                    Czasami warto poczekać, aby zostać naprawdę docenionym. Nieźle, wcale nieźle.
                                                    Jestem głaskany, przytulany, jest mi dobrze. Kobieta, która mnie kupiła, jest -
                                                    jak się dowiaduję - księżną. To mi pochlebia. Spać w objęciach księżniczki - tak
                                                    dobrze nie ma nawet jej małżonek, książę Jaromir. Nic zresztą dziwnego, ode mnie
                                                    nie zajeżdża piwem i rybami, zawsze jestem miły w dotyku i ogolony, w
                                                    przeciwieństwie do księcia. Nie chrapię też w nocy, nie peroruję gromko o
                                                    polityce, jestem po prostu pluszowym misiaczkiem. I dobrze nam z tym, nam, bo
                                                    jesteśmy parą - księżna i ja. Znamy się dobrze, znamy swoje sekrety. Dni płyną
                                                    nam, jak w bajce.
                                                    Co to ? Czyje kroki tak dudnią w korytarzu pałacowym ? Bach - bach, bach -
                                                    bach... Wpadł, wściekły, rozgląda się. Ja ? O co chodzi ? Ja tu tylko leżę...
                                                    Niedobrze, miecz w ręku - za co ? Uderzył - boli, cholera, nie mam się gdzie
                                                    schować, uderzył znowu - sypią mi się trociny z rozerwanego brzucha, to już
                                                    chyba koniec... Mamo, Mamo, Szwaczko !
                                                  • tlss Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 00:24
                                                    Ładne naprawdę ładne ale teraz już chyba wszyscy rozumiecie że Jaromir musiał
                                                    skończyc z misiem i przerobic go na muchy...
                                                    Zwłaszcza że ten padalec nie musiał się golic ....
                                                  • vauban Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 00:26
                                                    O, tak, to zapewne był kamień obrazy :)
                                                  • tlss Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 00:30
                                                    No i zawsze był czysty, zawsze pewny i na wyciągnięcie ręki.
                                                    Drogi vaubanie pisz te wariacje na temat tego co ja pisze. Wenę masz coś z tego
                                                    pewnie wyjdzie.
                                                  • vauban Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 00:35
                                                    Jeśli będzie podstawa do rozwinięcia - z przyjemnością. Ciekawe, co na to powie
                                                    Torunianka, ale - mam nadzieję - nie będzie zgorszona :) Od czasu do czasu, może
                                                    wrzuciłbym własną podstawę ? Zresztą, któż to może wiedzieć, co będzie ?
                                                  • kot-psot Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 17:18
                                                    :)))))))) zajefajne bajki... w koncu cos wciagajacego na tym forum.... :)))) czekam na wiecej.....
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Z punktu widzenia pluszowego misia 02.02.07, 00:36
                                                    no wiecie! Żeby to dwa razy w ciągu jednego dnia tak nad misiem się znęcać!? Co
                                                    jeden to Grimm, choć bez braterstwa.
                                                  • vauban Re: Z punktu widzenia vaubana 02.02.07, 00:42
                                                    Osobiście zawsze preferowałem Andersena, bracia Grimmowie byli prostakami.
                                                    Od czasu do czasu nachodzi mnie wena - i skutki bywają widoczne. Jeśli się Wam
                                                    podoba, będę odważniejszy i mogę czasami coś wrzucić :)
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Z punktu widzenia vaubana 02.02.07, 01:03
                                                    Bracia Grimm poza tym, że na marginesie swoich zajęć bajki bajali, to byli
                                                    językoznawcami. A jak Wikipeda donosi, "prawdziwym odkryciem było odnalezienie
                                                    pierwszego Słownika Niemieckiego autorstwa braci Grimm w Bibliotece
                                                    Jagiellońskiej w styczniu 2006 roku".

                                                    A bajki Twoje chętnie czytać będę, oczywiście, nie tylko o pluszowych misiach:)
                                                    To pisz vauban, pisz. A może załóż drugi bajeczny wątek, to zmniejszy się
                                                    procent wątków wojennych;)
                                                  • vauban Re: Z punktu widzenia vaubana 02.02.07, 12:23
                                                    A, to przepraszam braci Grimm za niesłuszną potwarz. Po prostu ich nie umiałem
                                                    nigdy polubić.
                                                    Zakładać nowy wątek - można, ale tylko dla statystyki ? Tu mam inspirację...
                                                  • rozczarowana-torunianka inspiracja najważniejszą rzeczą jest:)) 02.02.07, 20:33
                                                    to nie zakładaj nic innego. W końcu sam taless zachęcał Cię do współpracy;)
                                                  • tlss Jaromir i duchy przodków 03.02.07, 19:54
                                                    Po wyczerpującym i ciężkim dniu monarszej pracy, w którym to nie brakowało
                                                    ciężkich wędkarskich pojedynków z opornymi nad wyraz szzczupakami czy
                                                    niezmiernie złośliwymi niedającymi się otworzyc antałkami piva z wrogiej
                                                    Brombergii Jaromir padał z nóg.
                                                    Padał tak z nóg, że na kolacyjkę zjadł wyłącznie szczupaczka w śmietania i
                                                    dziczy comberek. A że znużon był wielce legł snem spokojnym w sali tronowej
                                                    ozdobionej na ścianach portretami atenatów. Złośliwe języki z wrogiej
                                                    Brombergii mogły by dodac, że tak gwałtowny sen przyspieszyło 5 rozkosznych
                                                    antałków leżących pod stołem oraz obok tronu, ale czego to już nie mówiły te
                                                    wraże języki o naszym dobrym Jaromirze.
                                                    Fakt, faktem książe legł i nic w tym by nie było nadzwyczajnego i pewnie tak by
                                                    było do samego rana gdyby nie to że sen zły trapił naszego księcia.
                                                    Otóż w tym śnie dziwnym trafem znalazł się w sali tronowej a wraz z nim jego
                                                    atenaci wychodzący z obrazów.
                                                    No i żeby tylko to. Nie wiedziec dlaczego każdy z atenatów miał jakieś
                                                    pretensje i uwagi do Jaromira !
                                                    Jego pradziad Bogusław III zwany Małodobrym wyrzucał mu, iż "Najazdów żadnych
                                                    nie czynisz, zamków pogranicznych w Brombergii nie palisz, w dyby chłopów nie
                                                    zakuwasz, pacyfikacji nie przeprowadzasz - tylko te ryby i ryby"
                                                    Z kolei babka jego Hildegarda zwana Świętą ciągle mu skrzeczała "Ty pijaku i
                                                    moczymordo, o żone nie dbasz do sukcesji w linii prostej się nie przyczyniasz -
                                                    tylko te płotki i płotki ci w głowie".
                                                    No i gdzie by się Jarmir nie obejrzał w swoim śnie każdy dziad z obrazu miał do
                                                    niego jakieś uwagi.
                                                    Nic dziwnego że Jaromir się nie wyspał, mało tego był poruszony tym dziwnym i
                                                    niezrozumiałym dla niego snem.
                                                    Jaromir jednak jako władca chodzący twardo po ziemi nie życzył sobie więcej tak
                                                    niesprawidliwych i nużących snów.
                                                    W związku z tym zarządził rozwiezienie niektórych obrazów atenatów po
                                                    akademiach i pograniczych zamkach.
                                                    I o dziwo w kolejnych snach przodkowie wyrażali się o Jarmirze już wyłącznie
                                                    pozytywnie.
                                                    Tylko raporty z akademii i zamków pograniczych donosiły że cos tam od czasu do
                                                    czasu wyje ze wsciekłosci.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Jaromir i duchy przodków 03.02.07, 22:55
                                                    no wreszcie ktoś potraktował tego zbója jak należy;)
                                                    Mam nadzieję, że te wyjące wyjce wrócą do Jaromira i dadzą mu wycisk na który
                                                    zasłużył sobie rzetelnie. A może on powinien już na jakąś długą wojnę
                                                    trzynastoletnią wyruszyć?
    • rozczarowana-torunianka złamane serce Gryzeldy 03.02.07, 19:57
      Niełatwe jest życie książęcej małżonki. Nie dość, że małżonek nie z wyboru
      własnego serca, tylko dla wyższej polityki ją sobie upatrzył, to żadnej ogłady,
      ani też wyglądu nie posiada. A te jego, pożal się Boże, zajęcia państwowej
      wagi... Ciągłe wojny podjazdowe i łupy wątpliwej jakości w formie beczek piwa z
      Brombergii, po wypiciu których nie dość, że cuchnie straszliwie, to jeszcze pada
      jak kłoda, ot tak na podłodze, robiąc wstyd na forum międzynarodowym. No i
      wyjazdy z gośćmi na polowania na szczupaki, z których płotki przywozi śmierdzące
      okrutnie na cały pałac. I żadnego zrozumienia dla sztuki, dla malarzy, dla
      pieśniarzy, dla literatów. Dla księcia to po prostu strata czasu. W pierwszym
      okresie tego politycznego małżeństwa to jeszcze chociaż tolerował festiwale
      organizowane przez Gryzeldę, ale po roku, kiedy ojciec Gryzeldy zmarł i nie było
      nikogo, kto Jaromira do pionu mógłby postawić, gdy zaszła taka konieczność, to
      życie stało się udręką.
      Gryzelda odżywała raz do roku, kiedy z powodu podupadania na zdrowiu, lekarz
      zalecał wyjazdy do wód, gdzie wreszcie jakieś towarzystwo na poziomie można było
      spotkać. Biedni artyści, literaci, pianiści zapadający na gruźlicę, mieli wiele
      do powiedzenia. Długie wieczory wcale się nie dłużyły i miesiąc kończył się
      zdecydowanie za szybko.

      Ostatnio, powróciła od wód z misiem, który nad wyrazł przypadł jej do serca. Miś
      cieszył oczy i serce, zapełniał czas wlokący się wolno w pałacu. W zatęchłej
      atmosferze wreszcie pojawiło się życie, promyk nadziei. No i tego ten brutal
      książę i władca znieść nie mógł. Jak mógł tak misia skrzywdzić. Czy biedaczek
      przeżyje te rany. Lekarze, opłaceni hojnie, robia co mogą. Gryzelda nic robić
      nie może więcej, gdyż służba pilnuje, aby w pałacu była towarzystwo
      międzynarodowe zabawiała. Jedyną zabawę, którą może im teraz zaoferować to
      zawodzenie gitary, oddające jej stan ducha.
      video.yahoo.com/video/play?vid=b165b79e80767f89ad515fcb3a992c3d.1701490&cache=1
      • tlss Re: złamane serce Gryzeldy 03.02.07, 20:02
        Coście się tej szui pluszowej z vaubanem uczepili.
        Miś legł ponieważ wymagała tego racja stanu.
        • rozczarowana-torunianka Re: złamane serce Gryzeldy 03.02.07, 20:34
          Tak łatwo Misia nie oddamy siepakom Jaromira!
    • kot-psot Chcemy bajek 07.02.07, 18:52
      Kiedy będą kolejne bajki?...
      • rozczarowana-torunianka Re: Chcemy bajek 07.02.07, 19:10
        :))))
        No właśnie!!! Kiedy następne bajki???? Toż nie śpię już od kilku dni z powodu
        ich braku. Nie mogę potem pracować. Piję hektolitry kawy, aby utrzymać się przy
        życiu i niedługo grozi mi zawał serca chyba;)

        Bajkopisarze do pióra, tzn. do klawiszy, tych komputerowych oczywiście:)
        • tlss O smoku nadgryzaczu 07.02.07, 20:50
          Za górami za lasami, za siedmioma dymiącymi dymarkami, za jedną górą żył sobie
          smok co pasjami lubiał nadgryzac księżniczki. I w zależności od humoru
          nadgryzał je w całości lub też pozostawiał bez rączki, lub nóżki.
          Z tego to powodu w kręgach dworskich zwano smoka smokiem ortopedą lub po prostu
          nadgryzaczem.
          To swoiste hobby połączone było ze swoistym gustem kulinarnym (smok bowiem
          lubił sobie przed konsumpcją doprawic księżniczkę a to pieprzem a to solą a to
          posmarowac musztardą saperską), gdyż jak twierdził lepiej mu wchodzą.
          Pomimy tutaj także tak nieistotne szczegóły jak 4 wyprawy walne z Brombergii,
          Bławatii i Torunii pod jednym sztandarem lub kilkoma w celu ubicia smoka.
          Wszystkie one bowiem zakończyły się odwrotem na z góry upatrzone pozycje a i w
          żadnych kronikach o nich nie przeczytacie ze względu na zalecenia dynastyczne
          idące z góry.
          Powrócmy więc do smoka któremu nie wystarczało menu złożone z napotkanych
          owieczek czy też krówek i który to uważał że niedziela bez księżniczki w menu
          jest niedzielą straconą.
          Sami rozumiecie że tego typu gusty kulinarne smoka w ciągu paru lat
          doprowadziły do swoistej przewagi popytu nad podażą.
          Nie pomagało też smokowi to że rodzicie przebierali księżniczki w zbroje i
          wysyłali do obozów wojennych celem zmylenia smoka.
          Smok rzeczywiście wielokrotnie został zmylony co jednak nie zapobiegło licznym
          mezaliansom oraz tragediom dynastycznym.
          Chcąc dogodzic swoim gustom kulinarnym smok nadgryzacz musiał zapuszczac się
          coraz dalej i dalej. Aż w końcu dopadł jedną księżniczkę znad morza lodowatego.
          Lot w obie strony trwał około 6 dni sami więc rozumiecie że zaraz po lądowaniu
          smok przystapił do doprawiania przyprawami zemdlałej księżniczki.
          Co jednak próbował księżniczkę nadgryźc czy też połknąc to ją zwracał albowiem
          była okrutna w smaku. I nie pomagało tu smarowanie musztardą saprepską,
          pieprzenie, solenie czy o zgrozo korzystanie z przypraw Kamisu.
          Smok zwracał i zwracał i połknąc ani nadryźc nie mógł bo księżniczka okrutnie
          niedobra była w smaku.
          W końcu całą ją obślinił i doprzyprawiał a z tego żalu że jej zjesc ani
          nadgryżc nie mógł padł i już nie wstał.
          A z tej bajki drogie dzieci a zwłaszcza dziewczynki morał taki że częste mycie
          skraca życie z czym się po przeczytaniu tej bajki pewnie chętnie zgodzicie.
          Tak więc nie blokujcie łazienki rano przez godzinę bo was smok połknie i tyle.

          • rozczarowana-torunianka Re: O smoku nadgryzaczu 07.02.07, 23:50
            no talessie, jesteś nieprzwidywalny:)))
            A problem, który postawiłeś przed nami to "to be or not to be" i to w każdej
            sytuacji.

            Więc jeżeli już miałabym wybierać, to chyba wybrałabym koniec tragiczny z
            nadzieją, że smok raczej amputuje mi kończyny dolne, robiąc sobie galaretę z
            nóżek, a rączki zostawi do pisania;)

            ALE, jako że nie jestem księżniczką, więc morał mnie nie dotyczy. Idę pozajmować
            łazienkę na co najmniej godzinę:)))
            • tlss Re: O smoku nadgryzaczu 08.02.07, 00:39
              Moja droga zapewniam ciebie że są i takie smoki które nie gustują wyłącznie w
              niebieskiej krwi.
              • rozczarowana-torunianka Re: O smoku nadgryzaczu 08.02.07, 01:07
                Mój drogi, niebieską krew to mają bajkopisarze, posługujący się gęsim piórem i
                inkaustem, zaś księżniczki to mają krew wyłącznie błękitną;)

                Natomiast te smoki "niegustujące" to bardzo niegustowne są i z bajek je trzeba
                zdecydowanie usunąć, co masz sobie wziąć do serca, jak zależy Ci na recepcji:)
                • tlss O Jaromirze i jego czarnych skarpetach 12.02.07, 22:36
                  Jaromir tak nie lubił poranków, tych poranków w czasie których musiał udzielic
                  audiencji czy też posłuchania. Bo po pierwsze wstac musiał z rana a jak wiecie
                  to niezdrowe na cere i ogólnie dla organizmu, a po drugie jakoś tak to było
                  zawsze że jakoś się rano nie mógł ubrac szybko. Zazwyczaj bowiem szybko ubierał
                  pludry, kuszulę, płaszcz sobolowy i koronę za to skarpet jakoś nie mógl
                  skompletowac. No bo jak miał jedną niebieską to drugiej nie było albo
                  ordynarnie wpychała mu się między oczy czerwona lub ta z orłem herbowym
                  niebieska chowała się za kufrem.
                  I jakby nie szukał kompletu nie było a jak już był to po 3 czy 4 pacierzach.
                  Jaromira ta złośliwośc skarpet dziwiła i irytowała, albowiem zamiast dozgonnej
                  wdzięczności dla niego one ciągle się gubiły. A przecież to on ukazem pomimo
                  szerokich społecznych protestów nakazał gwardii pałacowej oraz urzednikom
                  odrzucenie onuc i przyjęcie skarpet.
                  A te ciągle mimo takich forów robiły mu na złosc.
                  W końcu Jaromir po kolejnym bezowocnym poszukiwaniu niebiesko zielonej skarpety
                  postanowił - koniec z demokracją w skarpetach. Skończyły się moje skarpety
                  dzieci kwiaty kolory jakie bądż pomyślał. Od dzisiaj tylko czarne, jak się
                  jedna zgubi to się inną czarną weźmie. Jak się jedna przetrze to się inną
                  zdekompletowaną weżmie.
                  Do tego pomyślał ile to na praniu i praczkach się zaoszczędzi, ile to mydła
                  mniej zużyje albowiem jak wszyscy wiedzą czarne skarpety bardzo wolno się
                  brudzą.
                  I wprowadził ukazem ukazem czarny kolor skarpet w gwardii pałacowej i wsród
                  urżedników co potem przyjeło się zresztą w całej Torunii.
                  Tak więc niech was drogie Panie w Torunii nie dziwi że macie po marketach tylko
                  czarne skarpety bo to przecie tradycja.
                  • rozczarowana-torunianka Re: O Jaromirze i jego czarnych skarpetach 12.02.07, 23:59
                    to Tyrmand znowu jest na indeksie?
                    ale ciekawa jestem jak długo taka czarna skarpetka się nie brudzi.
                    • rozczarowana-torunianka O otłuszczonym sercu Jaromira 14.02.07, 22:30
                      Od pewnego czasu Jaromir zaczął tracić zainteresowanie rybami. Złota rybka
                      nauczyła się odróżniać błysk przynęty i nie dawała się już nabrać nawet na muchy
                      z pluszowego misia. Nie było to łatwe, ale za każdym razem, kiedy już prawie jej
                      górna warga dotykała ukrytego haczyka, jakaś niewidzialna fala cofała ją przed
                      łakomstwem, które musiałaby potem okupić harówką ciężką przy której nie
                      wytrzymałby i tabun niewolników egipskich, stawiających piramidy faraonom, ani
                      też nie byłoby to nawet do przeżycia dla samych mrówek faraonek, znanych z
                      nadzwyczajnej ruchliwości i skłonności do przenoszenia ton ciężarów, głównie
                      mocnowonnych, z jednego miejsca na drugie.

                      Zwykłe śledzie, jesiotry i inne pstrągi tak zaś pospolite były i tak łatwo
                      dawały się złapać, że połowy nie dawały już tej satysfakcji co kiedyś.
                      Szczupaki, z którymi jeszcze walka mogłaby być jakąś rozrywką godziwą,
                      zniesmaczone stałym ich powiększaniem, pogrubianiem a co za tym idzie
                      postarzaniem, znalazły sobie inne wody, nad którymi nie pojawiły się jeszcze
                      tabuny wędkarzy-łgarzy. W tej sytuacji i ten ostatni sport był zaniedbywany
                      coraz bardziej przez Jaromira. Gnuśność jakaś zaczęła go ogarniać. Coraz
                      częściej zaczął bywać w domu, co przestawało się podobać Gryzeldzie. Poprosiła
                      sprzyjających jej dworzan, aby namówili Jaromira do polowań na niedźwiedzie
                      choćby, ale że pora zimowa była to niedźwiedzie w matecznikach zaległy i
                      wychodzić nie chciały mimo używanego do ich wypłoszenia blaszanego bębenka.
                      Jaromir stawał się tak nieznośny, że nawet jemu samemu ta nieznośność zaczęła
                      przeszkadzać. Podjął męską decyzję, aby wysilić zwoje mózgowe, które z braku
                      ruchu zaczęły się zlepiać, i jak pomyślał, tak zrobił, czyli pomyślał.
                      Aby uruchomić myślenie, podrapał się Jaromir po strąkach spadających zalotnie na
                      czoło. Niestety zwoje tak zasklepione były, że trzeba było podrapać się głębiej,
                      do krwi pierwszej. Wreszcie dokopał się jakoś do ośrodka myślowego, ale że kopał
                      własną ręką to wywołał zakażęnie i nastąpiło to czego można się było spodziewać
                      - wysoka gorączka i szokujące działania.

                      Jaromir postanowił zostać, jak to przystoi władcom, mecenasem. Mecenas serce
                      oczywiście mieć musi dla sztuki. Tego Jaromir sztuce żałować nie mógł. A jak on
                      serce miał poświęcać to nie chciał być dziwakiem i z jego werdyktu, poddani
                      mieli światu pokazywać, że nieprawdą jest, że są bez serc i ducha, że szkieletów
                      ludy. Każdy stosował się do werdyktu jak umiał, a że w czasach współczesnych
                      małe komóreczki cuda umiały robić i duże przestrzenie szybko przemierzać zaczęto
                      wysyłać serca cyfrowe.

                      Jaromir wziął lekcje wysyłania serca na antypody i 14 lutego roku 2007 wieczorem
                      nacisnął "start" i serce poszybowało z prędkością rakiety. W tym samym jednak
                      czasie zaczynali pracę piekarze, których zadaniem było wypieczenie pączków na
                      tłusty czwartek, aby zapewnić odpowiednie dawki niezbędnych do życia kalorii na
                      zbliżający się okres postu. Nie wiecie nawet ile takich kalorii potrzebnych jest
                      do przeżycia. Tony oleju rzepakowego po raz dziesiąty wpijały się w pulchne
                      ciasto i sczerniałą marmoladę, przyczerniając ją jeszcze bardziej. Tłuszcze jak
                      wiadomo dzielą się na ciężkie i lekkie. Ciężkie szły na dno, zaś lekkie
                      rozpływały się w powietrzu, tworząc gęstą, wonną zasłonę. I w tę zasłonę wpadło
                      serce wysłane przez Jaromira. Zasłona z czułością otoczyła serce wielokrotnie,
                      aby uchronić je przed zamrznięciem. Sercu zrobiło się błogo i jak bumerang
                      powróciło do właściciela.

                      I jaki z tego morał chłopcy i dziewczynki?
                      • tlss Re: O otłuszczonym sercu Jaromira 14.02.07, 22:41
                        Morał jest oczywisty
                        "Nie stawiaj skrzypiec koło lodówki"
                        • rozczarowana-torunianka Re: O otłuszczonym sercu Jaromira 14.02.07, 22:45
                          i to jest właściwie spontaniczna odpowiedź:)

                          a przy okazji, skarpetki się już zbrudziły, nowe by się przydały;)
                          • tlss Re: O otłuszczonym sercu Jaromira 14.02.07, 22:51
                            co do skarpetek czarne mają tą przewagę że jak są zabrudzone to i tak są
                            czarne :)
                            • rozczarowana-torunianka Re: O otłuszczonym sercu Jaromira 14.02.07, 22:57
                              a skarpetki piekarza, który pączki dzisiaj piecze? Toż całe już białe o mąki,
                              która miesza się z oparami tłuszczu i tworzy ciężką skorupę;)
                              • tlss Bajka o muchomorku 15.02.07, 22:35
                                Za górami, za lasami za jedną brzózką i dwiema sosenkami wyrósł pod starą sosną
                                sobie mały muchomorek.
                                Muchomorek z dnia na dzień był coraz większy, coraz piękniejszy i z każdym
                                dniem coraz bardziej cieszył się tym co dzieje się dookoła.
                                A to tym że trawa pięknie rośnie, a to że biedronka go odwiedziła, a to że
                                słonko ładnie świeci.
                                I tak cieszył się coraz bardziej i coraz bardziej.
                                I ogólnie uważał że świat jest piękny, i że on jest piękny no i że życie jest
                                piękne.
                                I kraśniał i piękniał z tego jego wewnętrznego piękna i tego piękna co go
                                dookoła otaczało.
                                Aż tu pewnego dnia przyszedł grzybiarz i zdepnął muchomorka mówiąc "co za
                                paskubny grzyb, zdepnę go bo jeszcze komuś zaszkodzi".
                                A muchomorek ginąc pod butem myślał: "Nie ma co się gniewac, pewnie depnął
                                niechcący :("
                                I jaki z tej bajki morał drogie dzieci ? Otóż nie warto opychac się pączkami
                                bez naratora tej bajki zakładając że już więcej poczków nie zje.
                                Zapewniam was bowiem że jeszcze z dwa by zjadł jako narrator i jednocześnie
                                smakosz pączków.
                                I jeszcze jedno od tych pączków jedzonych po kryjomu ceulitis wam wyskoczy -
                                zobaczycie drogie dziewczynki. I nie będę pisał gdzie bo to by musiałby byc
                                bajki dla dorosłych.
                                • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o muchomorku 15.02.07, 23:30
                                  niestety, niestety, Drogi Narratorze, za późno te Twoje rady dotarły do
                                  pączkożerców;) Cellulit, jako żywo, ukazał się w całej krasie:))) Ale lepiej
                                  chyba jednak zagrać w bajce o pączkach dla dorosłych, niż ginąć w męczarniach po
                                  skuszeniu się na wdzięki dorodnego muchorka.

                                  Szkoda jednak, że zginął tak przedwcześnie nie dożywszy naturalnego rozkładu,
                                  lub powolnego podżerania przez turkucie podjadki, płazy, gady i ssaki....
                                  • tlss Bajka o skarpecie, sumie i karnawale 20.02.07, 23:52
                                    Za górami za lasami rzadził sobie łagodnie i nieśpiesznie książe Jaromir. A
                                    czym mniej spiesznie rządzi tym bardziej łagodnie. Dlatego Jaromira nie
                                    cieszyły żadne tam nowoczesne wynalazki o których jego dziadowie nie słyszeli
                                    typu karnawał czy też jakieś tam rusznice.
                                    Jaromira pociągał szum potoków, refleksy słońca na łuskach płotek czy też
                                    kuchareczki z naboru Anno Domini 1386.
                                    Jednym słowem dużym utrapieniem były dla niego bale i karnawały fundowane mu
                                    przez szanowną Gryzeldę, która to zmuszała go wtedy do wymiany ulubionego
                                    kubraczka, pludrów oraz o zgrozo skarpet na nowsze czy też wyprane.
                                    I tak było i dzisiaj kiedy to na odchodnym słodka Gryzelda odrzekła "wypierz
                                    mendo wędkarska te czarne skarpety bo mnie wstyd będzie przed całym dworem i
                                    szlachtą i rycerstwem wieczorem".
                                    Cóż miał zrobic biedny książe ? Jedyne co mu pozostało to oddac się relaksacji
                                    i kontemplacji nad ulubionym stawem gdzie za głazem czaił się sum maciej co
                                    złapac się nie chciał dac.
                                    Sum ten przysporzył Naszemu Jaromiorowi wielu stresów albowiem wiele wędek już
                                    mu połamał a złapac się dac nie chciał. Mało tego drwił sobie z jaromira
                                    wielokrotnie pokazując mu specjalnie swoją tylną płetwę.
                                    Lecz Jaromir się nie zrażał i znowu chciał podjąc walkę.
                                    Rozłożył więc nad stawkiem kocyk, otworzył i uraczył się pivem w wrogiej
                                    Brombergii i już chciał zarzucac haczyk koło suma macieja kiedy przypomniał
                                    sobie o skarpetach.
                                    Pomyslał sobie że przecie wyprac je można wszędzie to znaczy nawet i w stawie
                                    co zresztą uczynił.
                                    A prał je długo i zdecydowanie używając do tego rąk, poręcznego morgenszterna
                                    oraz piasku nadbrzeżnego.
                                    I jakie było jego zdziwienie kiedy zobaczył że sum sam do niego podpływa. Co
                                    prawda podływał jakoś inaczej to jest na grzbiecie ale to mu nie przeszkadzało
                                    że sum maciej był jakiś zemdlon i oszołomion.
                                    Wziął go wyciągnął klepnął raz czy dwa morgenszternem w łeb i zaniósł żonie na
                                    karnawał.
                                    I żona się uradowała, i uradował się dwór i szlachta i baroni. Bo przecudne
                                    były galaty, przecudne zupy oraz rybne przystawki.
                                    I tylko Jaromir coś tego wieczora nie jadał wymawiając się zdaniem "Nie ma to
                                    jak szczupaczek w śmietanie" a mówiąc to dziwnie się uśmiechał, uśmiechem który
                                    akurat tego wieczora nie doprowadzał Gryzeldy do wściekłości.
                                    Gdyz Gryzelda była tego wieczora szczęśliwa. Ponieważ był jej Pan, był sum i
                                    potrawki z niego oraz nawet były czyste skarpety Jaromira które pachniały
                                    zapchem porannych szuwarów i trzcin.
                                    • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o skarpecie, sumie i karnawale 21.02.07, 00:20
                                      no to ładnie kończy się karnawał;)
                                      ale taką bajkę KONIECZNIE powinieneś zakończyć tak, jak prawdziwi bajkopisarze,
                                      czyli.... i tam byłem, miód i wino piłem i sumem zagryzałem:)))
                                      • tlss Zadanie 21.02.07, 23:55
                                        Na podstawie bajek o księciu lub z udziałem xs. Jaromira scharakteryzyj
                                        torunianko tą postac na podstawie następujących punktów:
                                        1) książe dobry był dla poddanych i ludzki,
                                        2) książe dbał o rozwój kultury i sztuki,
                                        3) książe bdał o zachowanie środowiska naturalnego,
                                        4) książe szarmancki był.
                                        Wypracowanie na niniejszy temat powinno byc zamieszczone na forum w tym wątku
                                        do jutra do godziny 23:59.
                                        • bystra2000 Re: Zadanie 22.02.07, 12:44
                                          Fajne bajki :):):):)
                                        • rozczarowana-torunianka Re: Zadanie 22.02.07, 14:51
                                          Zadanie domowe odrabiać należy natychmiast, a nie zostawiać na ostatnią minutę,
                                          szczególnie, że ta ostatnia minuta łacno zamienić się może w cały dzień zwłoki.
                                          Oto więc odrobione na prędce zadanie, które mam nadzieję uznane zostanie i
                                          zasłuży na nagrodę;)

                                          Książe Jaromir nadzwyczaj zasłużonym księciem był dla swojego królestwa. Dbał o
                                          dworzan swych i wszystkich poddanych jak matka i ojciec jednocześnie,
                                          nadrabiając tu zaniedbania Gryzeldy, która bawić się tylko chciała, a poddanych
                                          zostawiała własnemu losowi. Książę zatem w dwójnasób spełniać obowiązki
                                          panującego władcy musiał. W trosce o swych dworzan wiele energii i czasu
                                          poświęcał na ich udoskonalanie, imając się wszelkich metod, w tym pławienie w
                                          rzece, które poza edukacyjnymi, także wymierne efekty dawało w postaci
                                          wygładzenia chropowatości rozmaitych na ich ciałach, nabytych na skutek
                                          posuniętych do maksimum oszczędności w użytkowaniu wody i mydła. Inna z metod
                                          wychowawczych, stosowana przez księcia Jaromira Zacnego, polegająca na
                                          przypiekaniu nad wolnym ogniem, także nie do pogardzenia była, gdyż poza wbiciem
                                          w pamięć delikwenta odpowiednich norm zachowawczych i zachowań, pozwalała
                                          takiemu osobnikowi nabrać energii cieplnej niezbędnej do przeżycia w kraju
                                          srogich mrozów. Używanie zaś popularnych i codziennych narzędzi takich jak
                                          kije-samobije i inne, pozwalało systematycznie trenować mięśnie, które ulegały
                                          zwiotczeniu.

                                          Książę dbał także o rozwój kultury i sztuki, szczególnie łowieckiej, pozwalając
                                          poddanym swym na udział w nagonkach licznych, których efektem było zdobycie
                                          poroży, albo też i jakiego suma-olbrzyma. Czasami pozwalał dworzanom swoim
                                          zaznać nieco głębszej kultury fizycznej, topiąc ich w rzece, gdy łowy mu
                                          spaprali. Niestety, nie wszyscy dostateczną sprawnością byli w stanie się
                                          wykazać, więc w porywach, ich ciała blokowały przepływ wód i tworzyły groblę,
                                          nie tylko wedle stawu. W zakresie rozwoju kultury i sztuki jednak Książe
                                          pozwalał się także wykazać Gryzeldzie, którą dworzanie lekceważyć nieco zaczęli,
                                          ze względu na jej bierność. Tak więc w trosce o reputację małżonki, książę
                                          Jaromir zrzekł się częściowo zasług mu należnych, scedowawszy je na Gryzeldę,
                                          która niestety, nawet tego docenić nie potrafiła. Ale wdzięczność obca jest na
                                          ogół przedstawicielom gatunku ludzkiego i na nią książę nie liczył zupełnie.
                                          Robił to wszak nie dla własnej sławy i chwały lecz dla dobra swoich poddanych.
                                          Gryzelda jednak marginalnie kulturę i sztukę traktowała, urządzając jakieś
                                          koncerciki i balety, na które dworzanie schodzili się tylko z musu i siedzieli
                                          tak długo, jak straż im pozwalała.

                                          Niestety, w zakresie zachowania środowiska naturalnego niewielkie efekty udało
                                          się Jaromirowi osiągnąć mimo niewątpliwych starań. Bowiem co udało mu się
                                          posadzić las lasów, lub wykopać setki stawów hodowlanych, upozorowanych na
                                          głębokie wody, w których łowił te szczupaki olbrzymich rozmiarów, to wszystko
                                          ulegało zaprzepaszczeniu. Przyczyny niezależne powodowały, że potraktowane z
                                          powodu niesubordynacji, ogniem i mieczem osady, nie były w stanie ugasić
                                          płomieni wewnątrz, lecz pozwalały na rozprzestrzenianie się tego żywiołu
                                          zdradzieckiego na dopiero co wyrosłe lasy. Także wyhodowane z pocie czoła
                                          narybki rybek, z powodu prania skarpet, poległy pokotem, nie dbając o zachowanie
                                          gatunku.

                                          Bez względu jednak na wzgląd, Książe w każdej sytuacji szarmancki był i wiedział
                                          jak się znaleźć na rozmaitych forach międzynarodowych, zarówno na swoich
                                          włościach, gdzie jako gospodarz, szczególnie dbał o gości przyjemności, jak też
                                          i na dworach obcych, europejskich na których bywał częściej niż by sobie życzył.
                                          Bywając więc na tych dworach, zachowywał się w sposób nieskrępowany i naturalny,
                                          co przydawało mu aureoli większej niż naszym parlamentarzystom, którzy różne
                                          nowe przykłady szarmanckości ostatnio nam prezentowali. Na zewnątrz jednak
                                          musiał tylko na własne siły liczyć i narzędzi czasami mu brakowało, aby
                                          wszystkie przejawy tej szarmanckości objawić, więc sława jego opierała się
                                          głównie na opowieściach jego gości, które szeroko powtarzane były. Nie sposób
                                          przedstawiać tu wszystkich objawów szarmanckości Księcia Jaromira, ale regułą
                                          było oferowanie Madejowego łoża koronowanym głowom z Europy i innych takich
                                          niespodzianek. Co do szarmanckości wobec dam, to lepiej nie zdradzać tych tajemnic.
                                          • tlss Re: Zadanie 22.02.07, 14:57
                                            Niestety nie mogę postawic oceny celującej gdyż pominełas droga torunianko tak
                                            istotny element dla kultury i sztuki jak coroczny festiwal piwny oraz brak
                                            użycia detergentów przy praniu skarpet jeśli chodzi o ochronę środowiska
                                            naturlanego.
                                            Natomiast niewątpliwie nazwanie xs. Jaromira Zacnym zostało przyjęte z
                                            ukontentowaniem
                                            • rozczarowana-torunianka Re: Zadanie 22.02.07, 17:43
                                              faktycznie, zapodziały mi się w podsumowaniu zasług księcia Jaromra, te
                                              niewątpliwie wiekopomne zasługi. Wytłumaczeniem tej amnezji może być tylko
                                              krótki czas dany mi na to podsumowanie, co spowodowało, iż jest ono bardziej
                                              spontaniczne niż przemyślane i dokumentacyjne.

                                              Ale ocena poniżej celującej, pod warunkiem, że pozytywna, też mnie zadowala.
                                              Najważniejsze wszak to zaliczenie egzaminu, nawet w stylu rozpaczliwym;)

                                              To poproszę teraz o nagrodę:)
                                              • tlss nagroda 22.02.07, 22:57
                                                osobiście uważam że rozpieszczanie nagrodami jest nieetyczne i niepoedagogiczne.
                                                Z drugiej jednak strony nieetyczne jest także nie wychodzenie naprzeciw
                                                postulatom społecznym.
                                                Tak więc pewnie bajkę napisze ale bajke nie o Jaromirze gdyż zbrzydł mi jego
                                                próżniaczo - gastryczny tryb życia.
                                                • rozczarowana-torunianka Re: nagroda 22.02.07, 23:08
                                                  no tak, jakie to polskie. Jak już ktoś się wybije nad przeciętność to odstawia
                                                  się go do kąta;)
                                                  • tlss Re: nagroda 22.02.07, 23:46
                                                    ciekawe określenie na wszycie esperalu
                                                  • tlss Re: nagroda 23.02.07, 00:00
                                                    Za górami, za lasami zył sobie w nędzy i rozpaczy rycerz, smokobójca co zleceń
                                                    już nie miał. A zleceń nie miał bo już wszelkie smoki ubił. Bo ubił sprawnie i
                                                    te gadające i niegadające, zielone i złote i te co skrzydeł nie miały.
                                                    Bo wprawny w fachu był. Jak nie żelastwem to jadem ubijał, jak nie jadem to
                                                    podstępem. Tak czy tak na jego wychodziło i smok ducha zawsze wyzionął.
                                                    Aż w końcu został sam na świecie bez żadngo smoka i pojął że sens życia mu się
                                                    skończył i tak z dnia na dzień siedział i myślał, siedział i wspominał. A czym
                                                    więcej siedział i wspominał tym więcej zbroja rdzewiała i członki jego mniej
                                                    sprawne były.
                                                    I tak w końcu zmarł sobie pełen frasunku i wspomnień.
                                                    I nikt nie napisał na podstawie jego życia traktatu o dobrej robocie.
                                                    I czas kończyc już tą bajkę.
                                                    A z tej bajki drogie dzieci morał taki, że robotę trzeba robic tak żeby zawsze
                                                    można tam było wrócic i żeby było co tam robic, co w większości wiedzą nasi
                                                    tfu. budowlańcy.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: nagroda 24.02.07, 18:38
                                                    Smokobójca z pewnością nie był prawnikiem, a jak był, to jakimś wynaturzonym,
                                                    jak ten z poniższego dialogu;)
                                                    - Tato, udało mi się zakończyć szczęśliwie sprawę, którą ciągnąłeś przez 20 lat
                                                    - Synu, coś ty najlepszego zrobił. Ja z tej sprawy utrzymywałem całą rodzinę
                                                    przez tych 20 lat!

                                                  • tlss Re: nagroda 24.02.07, 23:06
                                                    Nie lubie wieczorami siedziec na forum, bo twoi krajanie je niszczą.
                                                    A bajki dlatego pisze póxno w nocy żeby nie miec do czynienia z nimi.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: nagroda 24.02.07, 23:58
                                                    no i jak zwykle wyszło szydło z worka:)
                                                    a ja myślałam, że piszesz te bajki dla mnie, a Ty je piszesz, aby nie miec do
                                                    czyniania z nimi;) o, talessie, talesse... Teraz musisz napisać mi bajkę za karę;)
                                                  • tlss Bajka o smoku mlekopiju 27.02.07, 22:23
                                                    Wyrodził się raz smok potworny co zamiast tak jak inne smoki owce pożerac,
                                                    dziewice nadryzac wolał mlekiem popijac.
                                                    I co o zgrozo zawsze twierdził że mleko jest zdrowe i dobrze wpływa na
                                                    cholesterol a od dziewic i owiec to ma się zgagę i nieżyt żałądka. No i że w
                                                    żałądku to zawsze bywają po takiej diecie kwasy.
                                                    Już matka smoczyca załamywała nad tym wyrodkiem ze smoczego rodu smocze
                                                    kończyny. Ale co miała czynic ?
                                                    Albowiem nie pomagało podsuwanie mu jagniąt, młodych wołów czy nie też tak
                                                    deficytowego towaru jak młode dziewice.
                                                    Ten mlekopij jeden wolał bowiem na łąkę leciec, krowy teroryzowac, mleko ku ich
                                                    przerażaniu im spijac po czym odlatywac w siną w stronę zachodzącego słońca z
                                                    radosnym pyskiem posiadającym mleczyny umiech.
                                                    A to był przecie dopiero początek.
                                                    Bydle bowiem z powodu mlecznej diety rosło jak na drożdzach i już po siedmiu
                                                    latach nie było takiego skupu mleka czy też serwarni której by ten zwyrodnialec
                                                    mlekopij nie nawiedził w Bławatii i Torunii.
                                                    Mało tego jak smok oblatany zaczął na poszczególne komturie czy powiaty
                                                    nakładac tzw. "podatek mleczny" jak eufemistycznie nazywał 200 dzbanową beczkę
                                                    mleka którą raz na tydzień dany powiat czy komturia dostarczyc mu musiała.
                                                    A biada tej ziemi co mu mleka nie dała....
                                                    Z zemsty mlecznej bowiem zasiewy ogniem wewnętrznym palił, grody głazami
                                                    obrzucał, inne smoki napuszczał.
                                                    I nie pomagały tu żadne wyprawy walne na smoka w wielości hufców wysyłane
                                                    albowiem smok witał je radośnie odpowiadając na ich "Tamtaradei"
                                                    czy "Bogurodzicie" spiewaną przed bojem smiertelnym nie mniej zangażowaną
                                                    pieśnią cytuję "Mleka, mleka, mleka dajcie a jak nie to śpie......." poczym w
                                                    zależności od humoru i celności z poszczególych hufców pozostawały osmalone
                                                    kikuty lub opalone pawie pióra.
                                                    Niestety z wiadomych powodów nie sposób było także wobec tego smoka zastosowac
                                                    manewru z szewczykiem dratewką.
                                                    Tak więc lud płakał, obywał się bez sera i oscypków i mleczną daninę oddawał.
                                                    Aż w końcu smok sam z siebie odleciał w dalekie kraje zostawiając na drzewie
                                                    przybitą wiadomosc.
                                                    "Szanowny ludu Bławatii i Torunii który tak hojnie i gościnnie obdarzałeś mnie
                                                    mlekiem bez miodu odlatuje.
                                                    Odlatuje do ciepłych krajów aby tam delektowac się napojem mlecznym zwanym
                                                    Shake.
                                                    Byc może powróce.
                                                    Całuje i pozdrawiam
                                                    Wasz Smok Mlekopij".
                                                    I tak to na pewien czas koniec z tą bajką.
                                                    Kto wie jednak czy Mlekopijowi shake nie obrzydnie i nie zapragnie znowu smaku
                                                    swojskiego mleka ?
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o smoku mlekopiju 28.02.07, 22:19
                                                    o jak miło:))) a już myślałam, że za karę to nie będziesz chciał pisać.
                                                    Rozumiem, że to smok został ukarany zmianą diety;) Ale jak tylko kara się
                                                    skończyła to na shake'a z szejkiem poleciał:)))
                                                  • tlss Re: Bajka o smoku mlekopiju 28.02.07, 23:27
                                                    Zastanawia mnie tylko jakie mleko bardziej by wolał te z Osowej czy TSM ?
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o smoku mlekopiju 01.03.07, 00:26
                                                    najbardziej chyba to łaciate, łykane razem z kartonikiem, na którym krówki jak
                                                    żywe;)
                                                  • vauban Re: Bajka o smoku mlekopiju 01.03.07, 01:50
                                                    - Pokorne cielę, dwie matki ssie - powiedziała starsza Krowa do cielęcia.
                                                    - Jak mam to rozumieć, mamo ? - zapytało cielę, doprawdy, nie za bardzo świadome
                                                    świata, w którym dane było się cielęciu narodzić.
                                                    - Sprawa jest prosta - odparła krowa - matka - Jeśli dają, bierz, gdy odmawiają
                                                    - meecz, nigdy nie marnuj okazji, aby się najeść. Zwłaszcza za darmo.
                                                    - Ale, Mamo, nie chodziłem wszak do szkół ekonomicznych, lecz wiem skądinąd, że
                                                    nie ma czegoś takiego, jak darmowy obiad. Zatem, ssąc mleko z Twojego wymiona,
                                                    naruszam podstawy gospodarki narodowej, czyż nie ? Jak ma się ta sytuacja do
                                                    mojego aktualnego statusu ontologicznego ?
                                                    - Twój status ontologiczny, cielaczku mój, niestety, nie obchodzi nikogo. Nasz
                                                    status określiła już dawno temu ustawa o cenach wołowiny - i nie wyobrażaj
                                                    sobie, synku, abyśmy my, zwyczajne krowy, miały wpływ na na ustalenia
                                                    konstytucyjne. Reklama serków to zwyczajny PiaR. Nasz los, to dawanie mleka i
                                                    płodzenie mięsa - jakkolwiek, synu, to ostatnie może być dla Ciebie niepokojącą
                                                    wiadomością...
                                                    - O, matko moja, matko mych matek, matko ma... strach mnie przejmuje, i drżenie
                                                    szkielciarki przechodzą po skórze mojej... Powiedz mi coś, co dałoby mi siłę,
                                                    abym nie oszalał w zagrodzie tej, a ku śmierci nakłoniony, dał kark pod nóż,
                                                    bowiem taki koniec wieszczysz mi, matko - krowo, matko - Kasandro...
                                                    - muu - ich czas policzony, ich panowanie jak nasze żucie - przeliczone, nie
                                                    martw się, Synu...
                                                    - Oto prowadzą mnie, na rzeź, na rzeź, żegnam Ciebie, ma Matko i karmicielko.
                                                    Oto prowadzą mnie na kocią karmę. Idę. Oto idę. Żegnaj, świecie.
                                                    - Nie przejmuj się tak, Synu mój.
                                                    Oto zjedzą ciało twoje Ci, którzy umrą zaraz po tobie.
                                                    - Eee...
                                                    - Tak, trzeba zaczekać. Nie martw się - co ma być, to będzie.
                                                    - Tobie łatwiej mówić - z Ciebie, Mamo, nie zrobią parówek.
                                                    - O, dopóki daję mleko. Potem - pójdę na śmierć, tak jak Ty. Z tym, że Ty jesteś
                                                    delikatesowy - a ja, co najwyżej, zrobię za galaretkę w konserwie...
                                                    - Ależ !
                                                    - Tak, tak, trzeba spoglądać realnie na świat, mój mały. Póki co, ssij cycka,
                                                    jeszcze Ci wolno, jeszcze... Potem będzie gorzej...
                                                    - Ale, mamo Krowo, czy wszystkim stworzonkom jest tak samo źle ?
                                                    - Tak, syneczku. Tak samo. Ci, którzy nas zabijają i zjadają nasze mięso - wcale
                                                    nie są szczęśliwsi niż my. Przeciwnie.
                                                    Oni albo nie widzą, nie słyszą i nie czują - i tym gorzej dla nich. Inni widzą,
                                                    słyszą i czują - i tym jeszcze gorzej dla nich. Widzisz, nie zamieniłabym się z
                                                    ni mi ani na chwilę na losy.
                                                    - Dlaczego, mamo - Krowo, powiedz mi, dlaczego ?! - zamuczał cielak.
                                                    - Bo, widzisz, oni myślą - i to ich przekleństwo.
                                                    Sami siebie rozliczają z przewinień, morderstw, grzechów według ich
                                                    paranoicznego sytemu wartości - nie będę ci tłumaczyć, co to takiego, bo to po
                                                    pierwsze zbyt skomplikowane, po drugie, nie ma sensu samo w sobie - i zadręczają
                                                    sami siebie, i - z naszej, zwierzęcej perspektywy - dobrze im tak. Są wśród nich
                                                    nawet tacy, których cała sprawa brzydzi. Innych nic to nie obchodzi. Nasze mięso
                                                    im smakuje. Nawet ich rozumiem, tak ich zmontowała ewolucja. Drapieżniki.Niech
                                                    mają !

                                                    ... Rzeźnik Józek wstał leniwie od stolika, przy którym spożywał dotąd swoje
                                                    drugie śniadanie. Radykał błysnął w dłoni - podłączony - jest dobrze.
                                                    Nie myśląc zbyt wiele, podszedł do pierwszego z brzegu bydlęcia - eee, wszystko
                                                    jedno, to, czy tamto najpierw...
                                                    Nacisnął spust.
                                                  • temida3 Re: Bajka o smoku mlekopiju 01.03.07, 09:58
                                                    Drogi vauban, dlaczego adresujesz tę życiową mądrość( nie bajkę) naszej
                                                    przesympatycznej Toruniance?
                                                    Pozwolisz, ze ona dla moich młodszych kolegów- " bojówkarzy z PIS-u
                                                    toruńskiego" i ich rozprowadzającego ( GURU- dr historii) powinna być
                                                    adresowana i w jakiejś mierze takze dla mnie(...).
                                                    Pozdrawiam.
                                                  • vauban Re: Bajka o smoku mlekopiju 01.03.07, 13:38
                                                    Tak naprawdę, to po prostu zachciało mi się nawiązać do smoka mlekopija (cielę),
                                                    a że wyszedł mi taki oto tekst bez wyraźnego morału - to kwestia nastroju.
                                                    Niestety, ostatnio wciąż wychodzą mi dość cyniczne opowiastki, stąd nie zawsze
                                                    mam ochotę je zamieszczać...
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka o smoku mlekopiju 01.03.07, 20:27
                                                    zamieszczaj vauban swoje "cyniczne" opowiastki, gdyż w takiej sytuacji jaką mamy
                                                    trudno oczekiwać innych:(
                                                  • vauban Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 01:06
                                                    W świecie zwierzątek.

                                                    - Jest rzeczą oczywistą dla każdego, kto tylko ma choć trzy szare komórki, że to
                                                    właśnie bobry stanowią szczyt ewolucji i są lepsze od wiewiórek ! - zapalczywie
                                                    krzyknął bóbr Bobek w kierunku rudej wiewiórki Joanny.
                                                    - Akurat - prychnęła wiewiórka Joanna, zajęta w tejże chwili ogryzaniem bukowego
                                                    orzeszka - bobry szczytem ewolucji, paradne. Niby dlaczego, płaskoogonowy gryzoniu ?
                                                    - To zupełnie proste ! - bóbr nastroszył futerko - nasze, bobrze żeremia, są
                                                    szczytem technologii i budownictwa wodno - lądowego. Naszymi kanałami możemy
                                                    chwalić się przed całą Europą, ba ! Przed całym światem ! Nawet ludzie nie
                                                    zbudowali niczego, co choć trochę byłoby lepsze od bobrzej konstrukcji. Ich tamy
                                                    i kanały są po prostu żałosne i prymitywne. Bóbr, to brzmi dumnie. Tryumf woli,
                                                    maestria, całkowite panowanie nad materią, wyzwolony w bobrzych łapkach geniusz,
                                                    tryumf natury ! Nasze bobrze osiedla to arcydzieła architektoniczne.
                                                    Klimatyzacja, ekologiczność, wyrafinowane systemy bezpieczeństwa... Gdzie wam do
                                                    nas, wiewiórom... Mieszkacie na drzewach, i na drzewach skończycie. Niech się
                                                    wiewiórom nie marzy dominacja nad dumnym światem bobra !
                                                    - Phi - zlekceważyła bobrze wywody wiewiórka - takie sobie gadanie, dobre na
                                                    zwierzęcy sejmik, tam wielu wygaduje podobne brednie. Co z tego, że zbudowałeś
                                                    sobie żeremie ? Ja mam wygodną dziuplę, i wystarczy. Spiżarni mam dość,
                                                    wszystkie wypchane orzeszkami, mimo, że dopiero marzec i nie zapowiada się na
                                                    razie wiosna. A ty masz zamarzniętą kałużę, ogryzione patyki i pełno głodnych
                                                    bobrząt w żeremiu... Ja mam sucho, a ty mokro - i nie zmienisz tego, łuskowata
                                                    gadzino z wrogiej Żeremii !
                                                    - Aha ! To dlatego mi przygadujesz, że mieszkam w Żeremii !? - Bobek zirytował
                                                    się już nie na żarty - a tobie w tej zapyziałej Topolii to lepiej ? U mnie
                                                    rezyduje zwierzęcy Wojewoda, u ciebie zaledwie Sejmik, ukradziony zresztą...
                                                    - Kto niby ukradł Sejmik ? Sam się zainstalował, i jeszcze orzechy mi wykradają,
                                                    na diety niby... A kto usiłował podrosjanić Zwierzęcą Akademię Nauk i przenieść
                                                    ją do żeremiowiska, na te ohydne bagno ? Może nie bobry ?
                                                    Wiewiórka Joanna była już wyraźnie zdenerwowana. Orzeszek wypadł jej z łapek,
                                                    ale nie zauważyła tego, kontynuując słowną napaść na bobra.
                                                    - Bobry zawsze się rządziły, jak tylko chciały ! Kopać kanał - to od razu wam
                                                    wolno, a na zwykłą dziuplę trzeba było czekać, aż umrze poprzedni lokator
                                                    dzięcioł ! Pod ochronę was wzięli, to teraz kopiecie, kopiecie, a ludzie
                                                    narzekają, że im łąki podtopiliście. Futrzaki ! Żeby tak jak w średniowieczu
                                                    było, kiedy książę Jaromir w post was zwykł był jadać, a to z racji łuskowatego
                                                    ogona - e, temu facetowi wszystko się zresztą z rybą kojarzyło - wiewiórkom
                                                    dobre wtedy było...
                                                    - Ekhem, a księżnej futro z wiewiórczych ogonów ? - bóbr Bobek nie ukrywał
                                                    złośliwości w głosie.
                                                    - To były błędy i wypaczenia, to się nie powtórzy. I twoje szczęście, a kołnierz
                                                    alchemika książęcego to był może z królika ? Co ?
                                                    - No nie, z bobra. Cholerny świat. W gruncie rzeczy, to ludzie zawsze psuli nam
                                                    szyki. Wiewiórkom też nie było zawsze łatwo...
                                                    - Właśnie, gryzonie powinny trzymać się razem, a nie wyzłośliwiać się w
                                                    bezsensownych sporach - zasugerowała Joanna.
                                                    - Tak jest ! No, co złego, to nie ja - podaj łapkę, ssaku...
                                                    - Niech będzie - zgodziła się wiewiórka.


                                                    ... Majestatycznie, z warkotem, w dolinę rzeczki zjeżdżał potężny buldożer. Za
                                                    nim widać było kolumnę ciężarówek, betoniarek, tłum ludzi.
                                                    - Będziemy budować tutaj nową drogę, będzie lepiej ! - powiedział jeden z
                                                    robotników. Inni obrzucili go niechętnym spojrzeniem.
                                                    - Żeby tylko w terminie płacili, psiekrwie... mruknął któryś. Szczęknęły łopaty.
                                                  • tlss Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 20:03
                                                    przenoszę bajki na forum bydgoskie.
                                                    Zbyt wiele tam smutnych wątków.
                                                    Tam będę pisał dalej przed snem.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 20:50
                                                    tlss napisała:

                                                    > przenoszę bajki na forum bydgoskie.
                                                    > Zbyt wiele tam smutnych wątków.
                                                    > Tam będę pisał dalej przed snem.

                                                    hmmm. Autor zmienia wydawnictwo? Co za niewdzięczność;)
                                                    A na tamte smutne wątki dobrą radę mam. Nie zakładajcie ich tak wiele;)
                                                  • historykii Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 21:12
                                                    Wspomnij o tej zamordowanej dziewczynce we Włocławku i wspólnie zapalmy znicze-
                                                    symboliczne ; ; [*].
                                                    Za oprawców- proponuję,
                                                    ..." Ojcze nasz....
                                                  • vauban Re: Bajka niejednoznaczna 06.03.07, 00:38
                                                    Byłem tutaj dziś - ale nie zajmę stanowiska.
                                                    Nie dlatego, że jestem aż tak cyniczny - może raczej dlatego, że brak mi słów.

                                                    ---

                                                    Albo weny, aby wszystko to posłać tam, gdzie jego miejsce.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 20:38
                                                    czyżby wiewiórki i bobry podzieliły ten sam los?
                                                  • tlss Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 20:50
                                                    Ostatnio jak byłem na grillu i pytałem się co to za mięso to kolega powiedział
                                                    mi że to była żółta wiewiórka i mówiła że nazywa się Chupachiups
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Bajka niejednoznaczna 03.03.07, 20:53
                                                    to musiała być chyba chińska wiewiórka;)
                                                  • tlss Jaromir i wynalazca 06.03.07, 01:11
                                                    Jaromir naukowców, alchemików oraz wszelkiej maści innych darmozjadów nie lubił.
                                                    A nie lubił dlatego że utopił już w nich masę złota, szlachetnych kamieni itd.
                                                    A oni jak dotąd nie potrafili dla niego z gliny stworzyc złota a tym bardziej
                                                    wynaleźc kamienia filozoficznego.
                                                    Co rusz jakiś tam przychodził z jakimś nowym odkryciem doprowadzając Jaromira
                                                    do napadów depresji.
                                                    A to jeden odkrył mieszankę pioronującą z saletry, siarki i węgla drzewnego i
                                                    twierdził że jak to wsadzic do dzwonu i zapalic to mury niszczyc będzie można
                                                    jak się dzwon kamieniem zapcha, a to drugi przyniósł białe garnki z jakiejś tam
                                                    glinki i twierdził że to się sprzeda (ten szczególnie władcę zdenerował - bo co
                                                    niby Jaromir miał garami handlowac ?).
                                                    Jednym słowem odkrycia były niedorzeczne i absolutnie zbędne i nawet topienie
                                                    owych wynalazców "w stawiku" nie stanowiło dla Jaromira ukojenia.
                                                    A ostatnio i ulubiony i wierny astrolog Merynos zwariował i zamiast w gwiazdy
                                                    się slepic i horoskopy dynastyczne układac z latawcem zaczął latac twierdząc że
                                                    pioruny łapie.
                                                    Co prawda nie był to drogie doświadczenie naukowe ale Jaromira irytowało że w
                                                    godzinach pracy Merynos sobie lata i lata z latawcem zamiast horoskopy
                                                    sporządzac.
                                                    Jednak Jarmir potrafił Merynosowi wiele wybaczyc za wiele zasług dla korony i
                                                    panującej dynastii.
                                                    I nawet wybaczał mu to że potrafił na boso w stawie po kostki brodzic z
                                                    latawcem w dzień burzowy kiedy władca ryby łowił.
                                                    Tak sobie tylko myślał że od tych gwiazdów i tej uczoności to mu się w głowie
                                                    wywróciło i na co komu łapanie piorunów.
                                                    Także Jaromir siedział i nic nie mówił choc Merynos mu ryby płoszył.
                                                    Aż tu nagle jak nie huknie, jak nie walnie w staw po sznurku od latawca w
                                                    Merynosa tak że było już po Merynosie i po latawcu szast prast.
                                                    I nagle Jaromir się zachwycił, zachwycił radością dziecka, radością niekłamaną,
                                                    albowiem wszystkie ryby małe i duże wypłyneły a Jaromir mógł je zbierac
                                                    podbierakiem do wiaderka, do królewskiego płaszcza i kieszeni, bez umiaru i
                                                    powoli.
                                                    A czyniąc to myslał jaki to wspaniały wynalazek pośmiertnie poczynił mu Merynos.
                                                    I odtąd w dni burzowe nie wybierał się na ryby bez latawcowego łowcy piorunów
                                                    któremu na wszelki wypadek zabierał przed wyjściem buty.
                                                    A dla was drogie dzieci z tej bajki morał taki że nigdy nie wiadomo do czego
                                                    się przyda nieprzydatny wynalazek.

                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Jaromir i wynalazca 06.03.07, 18:38
                                                    doprawdy, wstyd mi, że nie doczekałam wczorajszej bajki i poszłam spać przed
                                                    czasem. W zamian, dzisiaj zobowiązuję się do 5-krotnego przeczytania tej bajki
                                                    przed snem. A nuż jakiś niepotrzebny wynalazek mi się przyśni...

                                                    a tak przy okazji, to ta bajka co najmniej dwa morały ma. ten drugi to:
                                                    najlepsze wynalazki powstają przez przypadek;)
                                                  • vauban Re: Jaromir i wynalazca 07.03.07, 01:31
                                                    To właśnie ten alchemik, co miał bobrzy kołnierz ;)
                                                    Cudnie się wszystko zgadza, piszemy chyba nową historię regionu ?
                                                    <rechot>, bo ROTFL jest zbyt oklepany ;)
                                                  • vauban Re: Księżna i myszka - romantyzm ;) 07.03.07, 02:17
                                                    - Jarek, Jarciu, Jareczku, Ratunkuuu !!!!!!!!!! - przeraźliwy wrzask Księżnej
                                                    rozbrzmiewał echem po pustych i wychłodzonych komnatach i krużgankach książęcego
                                                    zamczyszcza.
                                                    Odpowiadała mu cisza. Służba, wiedząc, że Książę przebywa na łowisku, nie
                                                    uważała za stosowne porzucać gry w karty, picia bromberskiego piva i innych
                                                    ulubionych zajęć. Księżna miała zaś powód do krzyku.
                                                    - Mysz ! Mysz ! Myyysz ! - zwierzątko może i było nieszkodliwe, ale napawało
                                                    Księżną panicznym strachem. Siedząc pośrodku komnaty, myszka spokojnie ogryzała
                                                    skórkę chleba, popatrując podejrzliwie na krzyczącą Księżną. Służba wyraźnie
                                                    zwlekała z interwencją.
                                                    - Knechci ! Pachołkowie ! Do mnie, natychmiast ! - w głosie Księżnej narastała
                                                    histeria - zabierzcie mi sprzed oczu to zwierzę !
                                                    Cisza. Służący pochowali się po najciemniejszych zakamarkach książęcego zamku.
                                                    Nikt z nich nie chciał ryzykować - nie, żeby spotkania z małym i niegroźnym
                                                    zwierzątkiem. Bano się raczej gniewu Księżnej za niefachowy i zbyt powolny
                                                    sposób łapania gryzonia... A ten gniew był raczej pewny - w historii dworu nie
                                                    zanotowano dotąd dostatecznie sprawnej deratyzacji.
                                                    Każda była spóźniona.
                                                    - Mrr... Może ja się tym zajmę ? Kot Mruczek spełzł z ciepłego pieca, i obrzucił
                                                    komnatę fachowym okiem. Mysz była aż nadto widoczna.
                                                    - Natychmiast proszę o zagryzienie tej paskudnej myszy ! I o zabranie jej z
                                                    mojego pola widzenia, brzydzę się ! - ton głosu Księżnej, nie przestając być
                                                    rozkazującym, nabrał jakby odcienia prośby.
                                                    - Grrmiau ! - odparł Mruczek, i skoczył w stronę skamieniałej z wrażenia myszy.
                                                    Nie zauważyła go do tej chwili - piec był wysoki i kaflowy...
                                                    Mysz nawet nie zdążyła pisnąć. Skórka chleba potoczyła się w kąt komnaty.
                                                    - I jak ? Jest OK ? - mruknął kot - myszy już nie ma. Jakieś problemy ?
                                                    - Pfuj ! Mysz w pysku ! - Księżna nie ochłonęła jeszcze z wrażenia - wyrzuć ją
                                                    natychmiast ! Co ty tu robisz, kocie ? A psik !
                                                    - Taak, takie są wyrazy wdzięczności za dobrze wykonaną pracę. Dobrze się
                                                    zastanowię, zanim schwytam kolejną mysz... - pomyślał kot Mruczek, i skorzystał
                                                    z uchylonego okna, aby wyjść na parapet.
                                                    - Och, ta natura, to straszna rzecz. Doprawdy, okropieństwo. Futro, kłaki,
                                                    myszykiszki - Służba ! Słuuuużba ! Miotła i ścierka potrzebne !
                                                    - Co tu się znowu dzieje ?! - rzekł Książę Jaromir, wchodząc do komnaty - co to
                                                    za ślady na pawimencie (Książę lubił to cudzoziemskie określenie posadzki) ?
                                                    - Kot, mój drogi, kot, narobił nam w pokoiku łoskot - rzekła Księżna, i
                                                    uśmiechnęła się do Jaromira. Książę poczuł wzruszenie.
                                                    - Słońce moje, dawno już nie uśmiechałaś się do mnie w ten sposób, byłżeby to
                                                    znak miłości twej do mnie ? - zapytał Książę.
                                                    - Kocham Cię, mój Książę, chociaż jesteś Księciem z dosyć dziwnych bajek -
                                                    rzekła Księżna - nawet Twoje ryby znoszę, i wędkarstwo, i brak zainteresowania
                                                    stanem księstwa... Kocham Cię, Jaromirze !
                                                    - Och, no, co ty, aż tak... Książę zarumienił się jak dojrzałe jabłko - Ciekawe,
                                                    co bajkopisarze napiszą w ciągu dalszym tej historyjki ;)

                                                    --

                                                    No, właśnie, co dalej ?
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Księżna i myszka - romantyzm ;) 07.03.07, 23:41
                                                    ależ piękna bajka:))) Jedno mi się tylko nie bardzo podoba, a mianowicie
                                                    "wrzask" Księżnej. Czy Księżna może wrzeszczeć? A poza tym jak pogodzić wrzask z
                                                    przywoływaniem Jarcia, Jareczka;)
                                                    No i jeszcze nie rozumiem, dlaczego Mruczek nie złożył trofeum na kolanach
                                                    Księżnej;) I jeszcze nie rozumiem czemuż to leniwy i spóźniony Jaromir co to
                                                    przywlókł się, jak już było po strachu, zasłużył na takie względy.
                                                    No, ale może to dalszy ciąg bajki wyjaśni:)
                                                  • vauban Re: Księżna i myszka - romantyzm ;) 07.03.07, 23:53
                                                    Słusznie, księżne nie wrzeszczą. Co najwyżej wydają okrzyki ;)
                                                    Jaromir miał ze sobą prezent - ale o tym potem ...
                                                  • tlss Jaromirze czy ty mnie kochasz ? 08.03.07, 00:43
                                                    Jaromirze czy ty mnie jeszcze kochasz ? - krzykneła Gryzelda przerywając
                                                    pobiednią drzemkę księcia Jaromira.
                                                    No - odpowiedział książe jak zwykle od 25 lat konstatując że dzisiaj to już nie
                                                    pośpi bo znowu babie coś odbiło.
                                                    Ale czy tak naprawdę ? - drążyła temat Gryzelda
                                                    No - odpowiedział jak zwykle niezmienie książe Jaromir, który zresztą uważał że
                                                    powtórne potwierdzenie w jednym dniu swych niezmiennych uczuc do księżnej
                                                    małżonki to już drobna przesada w ich tak zgodnym i bezrozmownym związku.
                                                    To udowodnij to - krzykneła Gryzelda
                                                    Niby jak ? - ożywił się książe poprawiając służbową koronę wykonaną ze stopu
                                                    który niewiele miał wspólnego ze złotem
                                                    No wymyśl coś niezguło rybacka - rzekła czule małżonka
                                                    Ale co ? - mówiąc to książe podrapał się po głownie w obrębie okręgu
                                                    wyznaczonego przez służbową koronę
                                                    No nie wiem sama ? Może smoka ubij ? - rzekła Gryzelda
                                                    No w sumie to by było i można - odrzekł Jaromir
                                                    Ale u nas smoków brak, znaczy trzeba by się wybrac do Brombergii na łowy - to
                                                    rzecząc usmiechnął się pod wąsem wspominając ostatnie łowy na smoka w tym
                                                    księstwie z których co prawda ze smokiem nie wrócił ale za to dopiero po 40
                                                    dniach po zaciągnięciu kredytu na krechę we wszystkich tamtejszych wyszynkach i
                                                    po zastawieniu sfory psów gończych oraz akcesorii łowieckich.
                                                    Do Brombergii nie pojedziesz moczymordo, wiem co ci po głowie chodzi - sykneła
                                                    wsciekle Gryzelda.
                                                    Smok ma by nasz, swoiski, toruniewski - po chwili namysłu rzekła odchodząc wraz
                                                    ze swoim fraucymerem w kierunku sali bawialnej.
                                                    Jaromir się zafrasował bo wiedział, że Gryzelda mu nie odpuści a smok jakiś byc
                                                    musi. No i myslał i myślał i w końcu wymyślił.
                                                    Otóż uświadomił sobie że księżna małżonka w życiu żywego smoka nie widziała i
                                                    że mogą byc to równie dobrze odkurzone szczątki ubitych przez atenatów smoków
                                                    sprowadzone z lochów i piwnic zamkowcyh. I że jakby je wszystkie poskładac to
                                                    byłby pewnie z jeden smok.
                                                    Nie namyślając się wiele z pomocą wezwanego szewczyka dratewki w dwa dni smoka
                                                    zszyli w nocy po cichu z zamku wywieżli by wieczorem na wozie z nim powrócic.
                                                    I księżna była zachwycona i jedyne co ją zainteresowało to dlaczego smok ma dwa
                                                    ogony i jedno skrzydło.
                                                    A książe odrzekł - skrzydło w boju śmiertelnym moja luba tym mieczem odciełem
                                                    szast prast, a dwa ogony to efekt pewnie mutacji genetycznej moja Pani.
                                                    O mój bohaterze toś ty nie tylko smoka ale do tego mutanta dla mnie ubił - choc
                                                    w me ramiona, ucałuj mnie.
                                                    I co książe miał zrobic ? - musiał pocałowac księżną w jej policzek, puder i
                                                    róż czego nie lubił nad wyraz.
                                                    Ale czego to drogie dzieci nie robi się dla swojej ukochanej ksieżnej małżonki.
                                                  • vauban Re: miau ! 08.03.07, 00:54
                                                    Dobrze jest :)
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: miau ! 08.03.07, 00:57
                                                    no wreszcie o przyzwoitej porze bajka:))) to dobranoc bajkopisarzom:)
                                                  • tlss Re: miau ! 08.03.07, 01:06
                                                    Dobranoc i żadnych smoków na noc :)
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: miau ! 08.03.07, 01:12
                                                    toż wszystkie ubite już, a reanimacja ekspresowa trwa dni dwa;)
                                                  • vauban Re: na autentycznych motywach ? Część I 09.03.07, 01:24
                                                    W Toruniu widziano smoka - przynajmniej dwukrotnie !
                                                    Pisał o tym Tadeusz Petrykowski - "Toruń niewiarygodny", Toruń 1983,
                                                    Biblioteczka Toruńska nr. 9, str. 26 - 28, numeru ISDN niestety, brak.
                                                    Oryginał zatem można odnaleźć, poniżej moja, fabularyzowana wersja jednego z
                                                    tych wydarzeń ;). Długie, więc w dwóch częściach.

                                                    Rzecz dzieje się 21 czerwca 1672 roku...

                                                    - Izaak ! Izaak ! - głos Sary Lewkowicz słychać było na całej ulicy Szewskiej -
                                                    Gdzie ty jesteś, potrzebuję ciebie zaraz !
                                                    - Aj, już idę, idę. Co znowu, Sarciu ?
                                                    - Ciasto chcę upiec na szabas. Jajek nie ma, mąka mi potrzebna. Świece się
                                                    kończą. Poszedłbyś na Kurzą i kupił coś ! Piątek już, a my w domu nic nie
                                                    mamy... Aj, dobrze mi mamełe mówiła, ty z tym Ickiem niedaleko zajdziesz ! -
                                                    gderała Sarcia, szperając wśród koszyków stojących na oknie - masz tu pieniądze
                                                    i idź, nic nie robisz cały dzień, tylko gadasz z kolegami, zrób w końcu coś
                                                    pożytecznego !
                                                    - Już, już, idę, idę, dawaj kosz - westchnął Izaak. Jak tu wytłumaczyć ślubnej,
                                                    że nie o takie zwykłe gadanie z kolegami chodzi, tylko o poważny interes...
                                                    Niestety, żona nigdy nie chciała go wysłuchać...
                                                    - Tylko świeże weź, i od koszernego. Świece dobre, a na jajka uważaj. Nie kupuj
                                                    od tej Jewki, za bardzo na nią spoglądasz, a u niej już dwa razy zbuki trafiły się !
                                                    - Naturalnie, żabciu - odparł Izaak. Prawdę mówiąc, myślami był gdzie indziej.
                                                    Zastanawiał się, czy można liczyć na ruch w cenach zboża przed żniwami. Rosły
                                                    wprawdzie, ale kto wie, czy ktoś nie zachomikował czegoś na przednówku ?
                                                    Spichrze dobrze chroniły swoją zawartość, i nie zawsze można było się
                                                    dowiedzieć, czy i w którym któryś z kupców odłożył kilkaset worków na czarną
                                                    godzinę.
                                                    - Idź już, późno się robi, na Ratuszu tylko czekać, aż na południe zaraz
                                                    zatrąbią. Idź, ciemięgo, bo nie zdążysz, no, popatrzcie tylko, na drugą stronę
                                                    by ciżmy założył, ech, pokarało mnie takim mężem, pokarało...
                                                    Izaak wyszedł nareszcie z domu, i ciężko westchnął. Nie tak wyobrażał sobie
                                                    uroki życia małżeńskiego. Rozmyślając o tym i o owym, schodząc z drogi
                                                    pyszałkowatym, gojowskim mieszczanom, podążył dobrze znaną trasą na ulicę Kurzą,
                                                    gdzie zwykle siadywała przekupka Jewka ze swoimi towarami.
                                                    - Pół kopy jaj proszę - powiedział Izaak, i jak zwykle, zapatrzył się w szeroki
                                                    dekolt Jewki.
                                                    - Nie gapiłby się tak, dwa szelągi - burknęła Jewka. Izaak był stałym klientem,
                                                    ale denerwował ją swoim gapieniem się. Żony nie ma, czy co ?
                                                    - Proszę. Aha, jeszcze... Ze trzy świece, albo nie, pięć - chyba mi drobnych
                                                    wystarczy... Coś drogo, półtora nie może być ?
                                                    - Świece to obok, ja nie mam. U mnie nabiał. Koszerny, wie, jak trudno w Thorn o
                                                    koszerny towar ? Zgłupiał, czy co, upały, kury się nie niosą, dwa !
                                                    - Wie, wie. Obok. Tak, dziękuję. Oczywiście, dziękuję bardzo...
                                                    - Nie ma czego. Jakby koguta potrzebował, pojutrze świeże będą - powiedziała
                                                    Jewka, i z zadowoleniem schowała pieniądze do chusty. - A ta baba obok ze
                                                    świecami dobre ma...
                                                    Zapomniawszy o tym, że miał kupić jeszcze mąkę, Izaak wrócił nareszcie do domu.
                                                    Sara, nagderawszy na gapiowatość małżonka, postawiła misę na kuchni i zaczęła
                                                    rozbijać jaja. Rozbiwszy trzecie z kolei, zaniemówiła.
                                                    - Saro ? - Izaak Lewkowicz nie słysząc od dłuższej chwili głosu małżonki,
                                                    zaniepokoił się. Nie zwiastowało to nic dobrego - stało się coś, kochanie ?
                                                    - Popatrz, popatrz na to - w głosie Sary było coś niepokojącego. Izaak czym
                                                    prędzej podszedł do kuchennego stołu. Spojrzał.
                                                  • vauban Re: na autentycznych motywach ? Część II 09.03.07, 02:32
                                                    Izaak spojrzał badawczo na zawartość misy. W mig pojął zaskoczenie swej Sarci, i
                                                    sam także zaniemówił.
                                                    Wśród nieco rozmazanej zawartości jajecznej wił się wąż. Niezbyt wielki - ot, na
                                                    piędź, albo jeśli kto woli, na osiem cali długi, grubości palca. Z misy cuchnęło
                                                    - nie zepsutym jajem, czymś dziwnym i okropnym.
                                                    - Co... Co to jest ? - Sarcia wypowiedziała to pytanie z niejakim trudem.
                                                    - No, nie... Nie wiem. Wąż ?
                                                    - A skąd wąż w kurzym jaju ? - Sarcia podniosła głos. - Coś ty mi do domu znowu
                                                    przyniósł ? Mówiłam, że masz kupić u koszernego handlarza ?! Od Jewki kupiłeś,
                                                    może nie ? Ta zdzira jedna, ta zołza, ta sziksa, to ona takie rzeczy sprzedaje ?
                                                    Diabelska sprawa, o, ja biedna, o, w jaką ja popadłam niedolę ! Wąż w jaju, smok
                                                    to jest mały, diabelski pomiot, ty zrób coś, meszuge ty, nieszczęsny nieudaczniku !
                                                    - Zaraz, moment... To można... Ja - chwilę, ja się muszę opanować ! To nie może
                                                    być, o, nie może, gewałt ! - Jęknął Izaak, i rozpaczliwie rozglądał się po izbie
                                                    - ja się muszę kogoś poradzić, ja nie wiem, co to może być... A rabina w mieście
                                                    nie ma...
                                                    - Ty byś to od razu leciał do rabina, sam nie możesz nic zrobić, niedojdo !
                                                    Jesteś mężczyzną, czy nie ? Masz mi natychmiast stąd to zabrać, słyszysz ?
                                                    - Zaraz, zaraz, słonko - ja tylko na chwilkę - jęknął zupełnie już
                                                    zdezorientowany Izaak, i wybiegł z domu. W progu zderzył się z korpulentnym gojem.
                                                    - Co się stało, sąsiedzie ? - Zapytał Izaaka zażywny szewc, sąsiad z przeciwka,
                                                    Andrzej Klonig. - Dokąd tak biegniesz, co, ogień wygasł ?
                                                    - Eh, nie, gorzej. - Izaak spojrzał przytomniej na rumianą twarz szewca. -
                                                    Kłopot mam, ale taki, jakiego jeszcze nikt chyba nie miał...
                                                    - Jakiż to kłopot, rzeknijcie sąsiedzie. Mnie nie przeszkadza wszak, żeście
                                                    starozakonnym. Wiecie, że ja nic przeciwko Żydom nie mam i nie miałem. Starsi
                                                    bracia w wierze jesteście, i szacunek się należy. A to, że Pana Jezu Krysta nie
                                                    uznajecie, to przyjdzie, wszak przekonać się wam trzeba. Przecież jeszcze pastor
                                                    Johannes mówił...
                                                    - Panie Andrzeju, o religii to my jeszcze może innym razem pogadamy - teraz inną
                                                    rzecz mam na głowie, niczym osełkę masła ! Mam węża w kurzym jaju - a Sarcia
                                                    ciasto miała robić - a smród, i ja tam myślę, że smok to być może, choć mały -
                                                    - Zaraz, zaraz. Waść nieprzytomny chyba, bo od rzeczy mówi. Smok ? Wąż ? Zajdźmy
                                                    do mnie, mam ja flaszę wody apoplektycznej, pomoże i do przytomności sprowadzi !
                                                    - Gdy szewc w końcu usłyszał, co też przydarzyło się sąsiadowi, przeszły go
                                                    ciarki, i zaczął się poważnie zastanawiać, czy tak bliskie a niezwykłe zdarzenie
                                                    jego domostwu nie zaszkodzi. Na szczęście znalazł sposób na wyjście z sytuacji.
                                                    - Macie wszak pacholika, sąsiedzie ?
                                                    - Mam, ale to jeszcze smarkacz. Niewiele zeń pożytku. Bo co ?
                                                    - Bo nic. Każcie, weźmie paskudztwo gdzieś precz za obejście, wyrzuci, i po
                                                    krzyku. Dowie się kto ? Lepiej, by się nikt nie dowiedział... Czasy takie... U
                                                    Jewki jajca kupowałeś ?
                                                    - Ano, u Jewki.
                                                    _ Ja też kupuję, bo towar ma dobry, a i spojrzeć jest na co. Ej, nie czerwieńcie
                                                    się tak, sąsiedzie, nie czerwieńcie ! Męskie oko zawżdy zerknie gdzie trzeba, a
                                                    jest tam na co... Jeszcze raz: Jewka miałaby kłopot nie lada, gdyby się rzecz
                                                    rozniosła. Jeszcze ją o czarostwo by posądzili, a wiesz, co za to grozi ?
                                                    - Pewnie, worek, kamień i w Wisłę. Jeśli nie tortury - Izaak wzdrygnął się - To
                                                    cóż, radzicie mi pozbyć się plugastwa i zapomnieć ?
                                                    - Jako żywo. Pchnijcie pacholika z workiem, jeśli sami nie możecie...
                                                    - Racja, już piątek wieczorem, ja już muszę iść do domu ! - Izaak poderwał się
                                                    z zydla.
                                                    - No. I tyle. A reszta jajek dobra była ?
                                                    - Dobra, i ciasto pewnie już czeka. Dziękuję, sąsiedzie, dobry z pana człek...
                                                    - Iii tam. Sam mam zasadę: żyj, i daj żyć innym. A paskudę - choćby do fosy
                                                    cisnąć...
                                                    - Tak każę. Dobrej nocy, i niech was Pan strzeże...
                                                    - Dobrej nocy, ale nie zapomnijcie !
                                                    Izaak wrócił do domu o wiele pewniejszy siebie, niż był z niego wychodząc.
                                                    Zignorował krytyczne spojrzenie Sarci i przywołał do siebie władczym gestem - to
                                                    szalenie rzadko mu się zdarzało - pacholika.
                                                    - Posłuchaj mnie uważnie, młodzieńcze - zaczął, siląc się na wyraźne
                                                    artykułowanie zgłosek - weźmiesz ten woreczek, i wyrzucisz, to, co w środku,
                                                    gdzieś daleko. Gdzie chcesz, ale daleko. Rozumiesz mnie ?
                                                    - Tak, proszę pana. Daleko ?
                                                    - Daleko. Potem masz wolne, bo ja idę spać. Saro - małżonko moja - dziś śpię
                                                    osobno, będę chrapać. Wiecie, co macie robić ? No, to a giten cześć...
                                                    Już po chwili, z sypialnej antresoli dało się słyszeć sprawiedliwe chrapanie.
                                                    - Kawał drania. Na co czekasz i się gapisz ? - syknęła wściekła nie na żarty
                                                    Sara na pacholika - idź, zrób, co ten pijanica kazał. Dobrze jeszcze, że z
                                                    sensem coś powiedział. Idź, idź !
                                                    Zapadał już wieczór, ale nad fosą wciąż siedziało kilku wyrostków. Gdy zauważyli
                                                    pacholika, jęli wybuchać śmiechem - tak zabawnie starał się w nieznaczny sposób
                                                    wyrzucić zawartość woreczka do miejskiej fosy !
                                                    - E, ty, misajażdży, co tam masz ? - pewnie małe koty, dawaj tu, zatłuczemy ! -
                                                    zawołał jeden z nich.
                                                    - Nie, nie koty,węża mam, pan kazał wyrzucić, a za bramy nie wyjdę, bo nie wrócę
                                                    - pacholik wykazał się asertywnością.
                                                    - Węża ? Dawaj, kamieniem go, kamieniem !


                                                    Na tym kończy się kronika tego banalnego epizodu. Smok pojawił się w Toruniu
                                                    ponownie, ale dopiero w 1746 roku. Również niewielki, ale za to latający.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: na autentycznych motywach ? Część II 09.03.07, 22:50
                                                    ależ miła niespodzianka!!! Dwuczęściowa bajka, na dodatek prawdziwa:)))
                                                    Żałuję, że nie dotrwałam do czasu jej publikacji.
                                                    Ale bajka na pewno uzupełnienia wymaga;) Ciekawe jak Wam pójdzie:)))
                                                  • tlss Uważajta !!!! 20.03.07, 20:59
                                                    Jak wszyscy wiedzą, jak się coś dostatecznie długo komuś wmawia to w to
                                                    uwierzy. Tak było z Leninem który uwierzył w to że jest wiecznie żywy i nie
                                                    chce się jak dotąd rozłozyc, tak było jeszcze wcześniej z mumiami czy też o
                                                    mało co udało się też ideią socjalizmu która to też prawie została wiecznie
                                                    żywa i prawie uwierzyła w swą przewodnią rolę.
                                                    Jednym słowem jak się coś wmawia i ciągle o tym mówi staje się to tak czy
                                                    inaczej faktem chociażby prasowym.
                                                    I tak było z ideą silnego studia TV w toruniu wiecznie blokowanego przez zły
                                                    TVbeton jak można było wielokrotnie wyczytac na tym forum.
                                                    Otóż wmawiano, pisano tyle bzdur na ten temat także i na tym forum że pojawił
                                                    się smok niezdowolnia toruńskiego z tego staniu rzeczy zwany telemaniakiem.
                                                    I wylądował on dupskiem zielonym na przeprawie mostowej w toruniu i
                                                    przyblokował ruch porany i pobiedni z lewej na prawą i z prawej na lewą.
                                                    Znaczy nie do końca przyblokował bo kogoś od czasu do czasu tam przez most
                                                    przepuszczał ale dopiero po prawidłowej odpowiedzi na pytanie z zakresu wiedzy
                                                    o telewizji regionalej.
                                                    Zawsze było jedno pytanie i szybka odpowiedź. A kto nie zgadł lądował w
                                                    zielonej paszczy z wielkim jęzorem i zębiskami szast prast.
                                                    A pytania były różne. A to o ilośc redaktorów, a to o kubaturę planowanego
                                                    studia, a i o to co było 27 watku "Dziennikarstwa po bydgosku" na forum Agory.
                                                    I padł pod tymi pytaniami jokre-prim z rana oraz czarny1000 z wieczora a smok
                                                    nawet nie mlasnął.
                                                    Jednym słowem strach padł i wszyscy zaczeli tvb oglądac. A czym więcej oglądali
                                                    tym mniej z domu wychodzili itd.
                                                    Aż w końcu smok z głodu swym truchłem most zaścielił.
                                                    I wiecie co nikt już potem nie chciał oglądac żadnej innej telewizji.
                                                    Tak więc uważajcie na to co pisujecie na tym forum, bo się zrelizuje.
                                                    A zrelizowac może się przecież wiele.
                                                    Może się np: stac tak że słonce i księżyc zacznie krążyc wokół centrum regionu.
                                                    Ziemia się wywróci do góry dnem i bydgoszcz wyląduje na antypodach i jeszcze
                                                    wiele innych miłych i mniej miłych rzeczy.
                                                    A może nawet jakiś inny smok się pojawi ?
                                                    Kto wie ?
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Uważajta !!!! 20.03.07, 22:41
                                                    no talessie, już chciałam list gończy za Tobą wystawić, albo na policję jako
                                                    zaginionego bez wieści zgłosić:)))
                                                    W samą więc porę się odzywasz, choć coś tu bujasz;)
                                                    smok zielony to chyba wylądował na Waszym moście. U nas jakiś taki szarobury
                                                    wylądował i to z widocznymi brakami żelaza w organizmie bo ponadgryzał zębem
                                                    czasu całe płaty farby już;)

                                                    A co do przepuszczania przez przeprawę mostową to stare modele tu funkcjonują
                                                    jak ten: Budujemy mosty dla pana startosty, tysiąc koni przepuszczamy, a jednego
                                                    zatrzymamy... (oczywiście konie mechaniczne tu wchodzą w rachubę, więc
                                                    zatrzymywanych jest trochę;)
                                                  • tlss O kogucie co dużo piał 28.03.07, 22:29
                                                    Był sobie kogut co dużo piac lubił. Piał o tym i o owym, czasem z sensem a
                                                    czasem bez sensu (to częściej). A że dużo piał to o swe panie nie dbał i co
                                                    rusz mu jakiś inny z konkurencji z sąsiedniego kurnka damę porywał. A ona już
                                                    potem dla niego już tylko jajka znosiła.
                                                    A ten kogut nie bacząc na to piał z rana i z wieczora. Piał z sensem i bez dla
                                                    samej przyjemności piania i dla idei wielkiego kurnika.
                                                    Aż w końcu głos stracił, pióra mu z ogona wypadły a kury go pozostawiły.
                                                    I jedynie wierny druch jego stary osioł max mu powtarzał.
                                                    "To nie ważne to wszystko - a ważne że pięknie piałeś dla idei wielkiego
                                                    kurnika".
                                                    A jaki morał z tej bajki drogie dzieci ?
                                                    Otóż nie warto piac z sensem czy bez sensu przez cały dzień a czasem tez warto
                                                    zając się tym co się dzieje w swoim własnym kurniku.
                                                  • zaczarowanafurmanka Re: o "druchu" kogucie co dużo piał 28.03.07, 22:36
                                                    tak, tak - piej piejwco !
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: O kogucie co dużo piał 28.03.07, 22:38
                                                    a morał z tego i taki, że idą święta i o pisankach czas zacząć myśleć, a z
                                                    wyleniałego koguta rosół zrobić:)
                                                  • tlss Re: O kogucie co dużo piał 28.03.07, 22:57
                                                    morał z tego i taki, że idą święta i o pisankach czas zacząć myśleć, a z
                                                    > wyleniałego koguta rosół zrobić:)

                                                    Morał tego taki że z tym rosołem struc się można będzie.
                                                    I ani tu zioła ani przyprawy nie pomogą.
                                                    Gdyż wewnętrzna żółc i jad cały rosół zespuc mogą.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: O kogucie co dużo piał 28.03.07, 23:02
                                                    a skoro tak... to może by tak wykorzystać ten rosół w jakimś zbożnym celu;)?
                                                  • tlss Re: O kogucie co dużo piał 28.03.07, 23:04
                                                    Zaprosic na zupę ojca dyrektora ?
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: O kogucie co dużo piał 28.03.07, 23:09
                                                    oj, talessie, pora późna, więc zamiast rosołu herbatkę zieloną można wypić:)
                                                  • tlss Łowy Jaromira 28.03.07, 22:46
                                                    Książe Jaromir łowów w przepastnych borach nie lubił. Nie lubił bo zazwyczaj w
                                                    tych przpastnych borach nie było ni karczmy ni przyjaznego wyszynku. A to co
                                                    najczęściej co otrzymywał w borze ciemnym to strzał z gałęzi w potylice kiedy
                                                    się za jeleniem zagalopował.
                                                    Galopowac też z tego powodu książe nie lubił. Ale co było zrobic kiedy i
                                                    księżna małżonka świeżych mięsiw żądała a i rycerstwo i dwór ciągle na łowy
                                                    naciskało.
                                                    Chcąc nie chcąc książe na łowy wyprawiac się musiał porzucając na ten czas o
                                                    zgrozo jakże przyjemną i pożyteczną sztukę ryb łowienia.
                                                    Najgorsze było to w tym wszystkim że niewymowna cześc królewskiego ciała po
                                                    takich harcach w borze niezmiernie bolała a na to żadej maści czy innego
                                                    smarowidła wtedy nie znano.
                                                    Nie dosc tego książe mając rączego rumaka którego uważał nawet za zabardzo
                                                    rączego często się gubił w kniei i tylko wrodzony 6 zmysł rumaka odnajdujący
                                                    paśnik z obrokiem w obozie z wielu mil pozwalał dalej kontynuowac epopeję
                                                    literacką księcia.
                                                    Razu jednak pewnego książe się zdenerwował i powiedział że łowy po swojemu
                                                    będzie robił.
                                                    No i nakazał las mały płotem ogrodzic a tam nawpuszczac jeleni, saren, zająców
                                                    i bażantów bez lotek.
                                                    I wiecie co ? Łowy nadwyraz się udały, książe się nigdzie nie zgubił a i dupsko
                                                    go nie bardzo bolało.
                                                    A i księżna małzonka zadowolona nad wyraz była z wielości mięsiw i ich
                                                    świeżości.
                                                    Tylko wielki łowczy coś nosem kręcił.
                                                    No to się go ciupasem wysłało na placówkę dyplomatyczną do odległej Kwarantanii.
                                                    No i potem każdemu już się nowe łowy podobały.
                                                  • rozczarowana-torunianka Re: Łowy Jaromira 28.03.07, 23:06
                                                    no tak. Ale nie wiem czy wiesz, że następcy Jaromira to dopiero łowy wymyślili...
                                                    oni polować zaczęli na już oprawione ptacto i zwierzynę;)
                                                  • tlss Re: Łowy Jaromira 28.03.07, 23:08
                                                    super no ale i jaromir na smoki polowac tak po lochach potrafił
                                                  • tlss Re: Łowy Jaromira 28.03.07, 23:09
                                                    Dobra ide spac torunianko.
                                                    Dobrano i świeżego piernika ci życzę na noc.
                                                    Gdyż jak obecnie mówią do modelek kochanego ciałka nigdy dosc.
    • rozczarowana-torunianka Zmiana zainteresowań Księcia Jaromira 05.05.07, 23:21
      Po latach wędkowania i zmagania się ze szczupakami, Książe Jaromir uznał, że
      czas najwyższy zmienić zainteresowania. Przyszło mu to tym łatwiej, że właściwie
      wszystkie ryby w stawach hodowlanych zostały już wyłowione, w tym część z powodu
      zniecierpliwienia i złości na niebranie, zebrana została na trick granatem,
      wyszukanym na terenach opuszczonych przez ongiś bratnie armie.

      Gryzelda poparła ochoczo ten zamysł, gdyż znudziło się już jej ranne wstawanie i
      robienie kanapek na drogę dla Księcia. Na ryby bowiem, jak każde dziecko wie, w
      środku nocy się bowiem wybierać trzeba, choć nikt już nie wie dlaczego tak trzeba.

      Łatwo jednak coś rzucić, gorzej znacznie znaleźć sobie nowe sensowene zajęcie.
      Polowanie na zające niezbyt godne książecego zainteresowania się zdało. Łowy na
      grubego zwierze zbyt niebezpieczne mogły się okazać, szczególnie po
      doświadczeniach wuja Księcia, który wpadł w sidła kłusownika i kaleką się ostał.
      Zbieranie grzybów, to zajęcie zupełnie księcia niegodne i kręgosłup od tego się
      deformuje, choć znacznie gorzej mogłoby być, gdyby przyszło mu zająć się
      zbieraniem owoców leśnych. Strzelanie do ptactwa zbyt trudne się okazało bo
      ptaki niesforne jakieś były i co chwilę się rozłaziły (te niby udomowione) albo
      rozfruwały w popłochu, jak tylko wiatrówkę książęcą zobaczyły.

      Zabrakło już Księciu konceptu na godne zajęcie więc wezwał doradców, żeby choć
      raz mogli się wykazać. Długo myśleli ale żadne z ich propozycji nie znajdowały
      uznania w oczach Księcia Jaromira. Zezłościł się więc okrutnie i kazał ich
      zamknąć w lochu głębokim, w którym mieli siedzieć tak długo, dopóki nie znajdą
      godziwego zajęcia dla księcia.

      Loch był zimny i ponury, bez okien, więc doradcy z nerwów zaczęli dłubać w
      ścianie czym kto miał i tak dodłubali się do cegły czerwonej, którą po kilku
      dniach siedzenia w lochu zdołali przebić na wylot i rozkruszyć, choć podobno
      gotycka była. I to było jak olśnienie. Kiedy więc po raz kolejny, zamiast
      jedzenia padło pytanie czy mają jakiś niezwykły sposób na zajęcie dla Księcia,
      mogli z czystym sumieniem i zabrudzonymi rękami powiedzieć, że tak, takiego
      pomysłu każdy będzie mógł Księciu pozazdrościć.

      I tak to Książę zajął się walką z cegłą, którą toczy z uporem godnym lepszej
      sprawy;)


      • rozczarowana-torunianka Na Dzień Dziecka 01.06.07, 20:55
        Wszyscy politycy dziś bajki dzieciom czytają więc i my nie możemy być gorsi.

        A więc drogie dzieci, małe i duże, umyjcie ząbki po kolacji, a także rączki i
        nóżki i co tam trzeba, załóżcie pidżamki i siądźcie sobie wygodnie gdzie tylko
        znajdziecie kawałek miejsca nadającego się do tego celu, nastawcie uszy i
        słuchajcie.

        W dzisiejszej bajce będzie o humorach ludzkich, a jak wiadomo humor nie jedno ma
        imię. Humory będą krótkie, ale zabawne i po każdym śmiać się należy.

        Humor może być z zeszytów szkolnych jak na przykład z tych wypracowań:
        - Zginął pies z czarnym ogonem, do którego przywiązana była chora osoba.
        - Siedząc na ławce padał deszcz.
        - Prus chcąc zcharakteryzować Ślimaka, uwypuklił mu żonę.
        - Ołtarz gotycki składał się z blatu i czterech nóg
        - Kopernik był akrobatą bo napisał dzieło o obrotach.
        - Karczmy przy drogach były budowane po to, że gdy koń się zmęczył to zajeżdżał
        do nich, zjadł, wypił, przespał się trochę i wyruszał znów w drogę.

        Humorem literackim błyszczą też nauczyciele, prezentując go w dzienniczkach
        uczniowskich:
        - Kradną ze szkolnej kuchni ziemniaki i robią z woźną frytki.
        - Zjada ściągi po klasówce.
        - Zamknął nauczyciela na klucz i odmówił zeznań.
        - Zwalnia się z lekcji. Mówi, ze boli ja głowa, a potem widzę ja z przystojnym
        brodaczem.
        - Nie wiesza się w szatni.

        Ale humory także miewają bajkopisarze i w zależności od tego albo bajki
        opowiadają, albo nie.

        A teraz drogie dzieci z humorem idźcie do łóżeczka, przykryjcie się kołderką i
        zaśnijcie, bo jutro także będzie piękny dzień na wpół świąteczny a bajka będzie,
        albo nie;)
        • tlss ładna bajka 01.06.07, 22:12
          Ładna bajka a mnie jakoś weny brakuje. Co zrobic.
          • vauban Re: nowa bajka, a co... 02.06.07, 03:37
            - Basta ! Książę Jaromir huknął pięścią w stół, aż zatrzęsły się i i rozdzwoniły
            puchary, sztućce i kałamarz, pozostawiony na stole przez najemnego skrybę,
            spisującego kroniki księstwa. Nieocenione źródło dla późniejszych historyków.
            - Basta ! - powtórzył jeszcze raz książę. Podobało mu się brzmienie tego
            cudzoziemskiego wyrazu, więc używał go coraz częściej, i to dość głośno.
            - Wezwać tu do mnie podkomorzego, ale już ! - zażądał Jaromir, rozzłoszczony
            nie na żarty. - Niech mi sprawę zda, bo nie wiem już, co mniemać !
            Podkomorzy gnąc się w ukłonach, stawił się wrychle przed książęcym stolcem.
            Wiedział zacz, o co księciu chodzi, o co ma on doń pretensje.
            - Książę mój, zawsze pozostaję na Twoje rozkazy... - rozpoczął rozmowę podkomorzy.
            - Wiem. Od tego Cię mam. No i co powiesz, robaczku ? Co to ma niby być, hę ?
            - Panie, aaale co właściwie się stało ?
            - Drogi ! Drogi, mosty, rogatkowe, w ogóle... Skandal ! Miałeś Waść pilnować
            interesu - chyba że pomyliłem się w wyborze urzędnika, a ja wszak się nie mylę.
            No to jak to jest, mości podkomorzy ?
            - A co ma być, Jaśnie Książę oświecony. Drogi są, kupcy podróżują, most, chwała
            Bogu, stoi, myto pobieramy... O co tu się złościć, książę Panie ?
            - O to, że kupcy larum u bram moich podnoszą, drugiego mostu chcą, bo ten
            dotychczasowy za wąski im się zdaje ! Mnie wszystko jedno, mnie w lektyce
            przeniosą jakoś zawsze, ale kupczykom i peregrynatorom dyzadwantaż zawżdy
            jest... Tedy nad nowym mostem nasza Majestatyczność rozważa... Skądinąd, miały
            być po temu czynione już jakieś kroki ?
            - Były, Wasza Wysokość, były czynione, są czynione... - pospiesznie zapewnił
            podkomorzy - jeno z kasy talarów brakło zawżdy, teraz od Cesarstwa mamy możność
            pozyskać, w imię drożności kontynentalnej...
            - Gadanie tam, mnie moje podwórze interesuje bardziej, niźli europejskie...
            Jaromir westchnął ciężko... Obiecanki - macanki, a głupiemu - sami wiecie, co
            nie ? - Jaromir zarechotał lubieżnie - zresztą, aby ryby brały. Reszta, to co
            tam... Ale petentów z zażaleniami sobie więcej nie życzę, zrozumiano ?
            - Wasza Wysokość, to niestety nie da rady tak łatwo - z niepokojem w głosie
            odezwał się Podkomorzy - są w okolicy tacy, co chcieliby zabrać nam cały kamień
            do dróg budowy, i poprowadzić ją innymi szlaki, coby naszych składów uniknąć i
            Brombergii potencjał wzmóc...
            - Co ? Brombergia ? A, łotrowiny, żabibije, klejmowani lścią ! Zawżdy tak,
            zawżdy ! Na Krysta, niechaj ochromieje ich ręka prawa, a pomsta niech ich nie
            minie ! - Książę Jaromir się zdenerwował...
            - Panie, Książę mój, nie miotaj klątw tak pochopnie - przestrzegł Podkomorzy
            Jaromira - Brombergianie jeszcze się przydadzą. Bo kto wie ?
            - Niby do czego ? Z głupia frant zapytał Jaromir.
            - To proste - jeśli coś nie będzie szło, książę, zawsze mamy sąsiadów, których
            możemy oskarżyć o każde świństwo. Nieistotne, prawdziwe, czy też nie. Ale są pod
            ręką, lud ich nienawidzi, a nie nas, zatem ?
            - Czyń swe powinności, mój Podkomorzy... odparł uspokojony książę Jaromir.
            • rozczarowana-torunianka Re: nowa bajka! :) 02.06.07, 12:07
              Alora... Wiedziała, co mówiłam, jak mówiłam, że nowa bajka będzie, albo nie;)

              Piękna bajka i coraz bardziej wyrazista:)) Ale tego przywołanego Podkomorzego
              trochę mi żal, bo przed czymżeż to on musiał stawać?! O matko, do czego to
              dochodzi na dworach teraz;)



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka