cdlxxvi
24.09.06, 13:52
Zauważyliście, że im dalej na wschód, tym ludzie mocniejszą kawę piją?
Leciałem kiedyś American Airlines i to coś, co w samolocie nazywali kawą,
miało kolor mocnej herbaty. Podobnie na lotnisku w Dallas. Oraz przez
następne dwa tygodnie w nieodległej Meksykańskiej Republice Biurokratycznej.
Jako że więcej czasu - poza lotniskiem - na Dzikim Zachodzie, dzięki Bogu,
nie spędziłem, nie wiem, czy jest to reguła.
Za to w biurze widzę, że Anglicy sypią do kubka płaską łyżeczkę kawy. Już
lepiej, niż Jankesi, ale wciąż smaku to za bardzo nie ma.
Ja jestem z Kaszub i sypię solidnie czubatą łyżeczkę.
Moja obecna wielka miłość wywodzi się z kolei z Lubelszczyzny. Sama kawy nie
pije, ale jej rodzina sypie dwie płaskie albo jedną z takim czubem, że nie
wiem, jakie prawa fizyki pozwalają mu stać.
Odwiedziła mnie niedawno od lat niewidziana znajoma Litwinka (lekarka,
niedawno przeprowadziła się do Anglii i dobrze jej się dzieje. W odniesieniu
do popularnych ostatnio wątków o związkach międzynarodowych: przygruchała
sobie Anglika, nie Pakistańczyka, artystę malarza, nie specjalistę od
how-to-live-on-benefits). Sypie dwie kopiaste łyżeczki.
Oczywiście mam za mało danych, żeby opracować Ogólną Teorię Względności Mocy
Kawy, ale z obserwacji wygląda mi to tak, że jakbyśmy sobie wzięli na X
odcinek między długością 90W a 30E (skala logarytmiczna, powiedzmy), a na Y
liczbę łyżeczek (liniowo), to można +- jednostajnie rosnący wykres sobie
machnąć. Jest weekend, może powiecie, jak tam wasze kawowe obserwacje na
Wyspach?