Dodaj do ulubionych

Śluz blues, czyli...

31.10.09, 19:55
... reportaż pani Wołk-Łaniewskiej.

***************************
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA

Śluz blues

Piramida finansowa odpowiedzią na grzeszne in vitro.

Nie możemy się zachowywać tak, jakbyśmy byli sami w Kościele - zrugał
arcybiskup Życiński wiernych zalewających diecezję lubelską prośbami o
sfinansowanie im kosmicznie drogich zagranicznych szkoleń z naprotechnologii.
Zalew nastąpił po tym, jak Radio Maryja ogłosiło, że jest to katolicka
alternatywa dla in vitro, a mszę świętą z okazji odbywającej się w Lublinie
konferencji naprotechnologicznej odprawił sam arcybiskup metropolita.

Jak w Amwayu
W swej fanatycznej walce z in vitro Kościół, Matka Nasza, wdał się bowiem w
promocję szczególnie żarłocznej amerykańskiej piramidy finansowej.
Naprotechnologia - a dokładnie NaProTechnology zwana czasem młodzieżowo
„napro" - nie jest, wbrew temu, czego dowiadujemy się z katolickiej prasy,
nową dziedziną nauki, tylko zastrzeżonym znakiem towarowym, należącym do
Instytutu Badań Rozrodu Człowieka im. Pawła VI, który z kolei należy do
doktora Thomasa W. Hilgersa i jego żony Sue, twórców geszeftu o nazwie
„Creighton Model FertilityCare System", czyli mniej więcej „System terapii
płodności wg modelu Creightona".

NaProTechnology to pierwsza na świecie naukowa metoda leczenia niepłodności, w
której leczący wcale nie muszą być lekarzami. Wystarczy, żeby za odpowiednią
opłatą zrobili kurs w Instytucie Pawła VI lub u franczyzobiorców, zwanych
edukatorami. Tak jak dystrybutorzy Amwaya czy konsultantki Avonu, instruktorki
modelu Creightona mnożą się w różnych miejscach globu, bo na świecie nigdy nie
brak frajerów. W Polsce z dwóch instruktorek działających parę lat temu
zrobiło się już 26.

Mechanizm werbunku jest analogiczny do tego, który stosują koncerny
sprzedające proszek do prania w cenie kawioru czy aloesowy lek na hemoroidy i
raka mózgu: potencjalne instruktorki trafiają do systemu jako klientki - i nie
dość, że dobrowolnie poddają się indoktrynacji, to jeszcze za to płacą. To
jest zasadnicza różnica między banalnym handlem a przyszłościową amerykańską
koncepcją piramidy marketingowej.

Normalnie człowiek przychodzi do sklepu i mówi: chcę kupić płyn do mycia
sracza. A sprzedawca mówi: proszę bardzo, oto jest płyn do mycia sracza, płaci
pan 8,50. Sprzedawcy nie przychodzi do głowy, żeby powiedzieć: niech pan kupi
karton płynów do mycia sracza i otworzy stragan na rogu, to się panu zwróci. W
piramidzie finansowej sprzedawca przychodzi do ciebie, żąda udostępnienia
łazienki, gdzie rzuca się do sracza, który pucuje na błysk, i dopiero wtedy
mówi: może chciałbyś kupić ten rewelacyjny płyn do mycia sracza za 70 zł? Ty
kupujesz, bo czujesz się zobowiązany, w końcu facet wypucował ci sracz, a on
wtedy: Ale nie wolałbyś zapłacić 50 zł? A może chciałbyś sprzedawać taki
rewelacyjny płyn do mycia sracza? To wtedy sam zapłacisz 50 zł i jeszcze
zarobisz na innych, którzy zapłacą po 70 zł, będziesz też mógł zasponsorować
innych dystrybutorów płynu do mycia sracza i na ich sprzedaży też będziesz
mógł zarobić... Potem oczywiście musisz wywalić parę tysięcy na towar,
szkolenie i czapeczkę z daszkiem ozdobioną pomponem w kształcie szczotki do
sracza...

W epoce przed Hilgersami przychodziłeś do lekarza, on cię leczył, zdrowiałeś
albo umierałeś.
A jak to działa w przypadku naprotechnologii?

Kurs płodności
Opowieść pacjentki z pierwszej wizyty u lekarza naprotechnologa (za
www.forum.28dni.pl):
Spytał nas oczywiście, jak stoimy finansowo, czy decydujemy się na
naprotechnologię, czy może ma nas popróbować leczyć bez uczenia się metody.
Oczywiście zdecydowaliśmy się na nauczenie się modelu:) he he bo... jest
szansa, że będą potrzebowali nauczycielki i niewykluczone, że jeśli wszystko
dobrze się powiedzie to może nią zostanę:) jako żywe świadectwo działania
naprotechnologii:).
Biedne dziecko najwyraźniej nie zostało na tym etapie poinformowane, iż szansa
na zostanie nauczycielką nie zależy od powodzenia w zapylaniu, tylko od
gotowości wybecalowania 10 tys. zł na szkolenie - a jest to dopiero szkolenie
na pierwszy stopień, upoważniające do prowadzenia spotkań z potencjalnymi
rodzicami. Coś takiego jak dystrybutor. Do tego celu nie trzeba medycznego
wykształcenia: z dwóch pierwszych instruktorek w Polsce, jedna była
matematykiem, a druga - anglistką. Ale można też naturalnie awansować i zostać
edukatorem, czyli budowniczym sieci - i nawet do tego nie trzeba być lekarzem,
wystarczy mieć dwa lata praktyki jako instruktor i wykształcenie
ponadmaturalne - tyle tylko, że to koszt rzędu 12-15 tys. dołków (nawiasem
mówiąc, na oficjalnej stronie internetowej Instytutu Pawła VI ceny prezentują
się zupełnie inaczej: zrobienie „instruktora" to 2475 USD za kurs i 302 dołki
na podręczniki, zaś kurs na „edukatora" kosztuje 2390 USD plus 742 dolary na
pomoce dydaktyczne).
Tu rodzi się pytanie: jak to możliwe, żeby w krajach posiadających jakiś tam
poziom regulacji ustawowej w zakresie działalności medycznej osoby bez
wykształcenia medycznego zajmowały się, oficjalnie, leczeniem? Otóż odpowiedź
jest prosta: naprotechnologia w zasadzie nie leczy.

Poszukiwacze dni błogosławionych
Twórczy geniusz tej metody tkwi w odkryciu, że w ciążę zachodzi się w dni
płodne. Toteż - wyrozumował sobie dr Hilgers - jeśli nauczy się kobitę, kiedy
ma dni płodne, a jej męża przekona, żeby ją bzykał właśnie wtedy, szansa na
zapylenie radykalnie wzrasta. Oczywiście instruktorki nie wiedzą, kiedy
pacjentka ma dni płodne, ona sama musi do tego dojść w drodze autoobserwacji
wg znanej od pół wieku z górą metody obserwacji śluzu Billingsów. Metoda
Billingsów to jeden z naturalnych sposobów planowania rodziny, zwanych także
watykańską ruletką, powstały w latach 50. ubiegłego wieku na potrzeby
katolików, którzy chcą bzykać, ale nie chcą mieć dzieci. Polega, z grubsza
rzecz biorąc, na tym, że kobita wsadza sobie palec między nogi i przygląda się
temu, co stamtąd wygrzebała. Jak wygrzebała coś na podobieństwo białka z
surowego jaja, to znak, że lepiej chłopu chapnąć dzidę, a jak białko jest
ścięte albo nie ma go wcale, to teoretycznie można ciupciać po bożemu.
Wskaźnik Pearla ma to to na poziomie 25, co oznacza, że na 100 kobiet
stosujących tę metodę, 25 w ciągu roku zajdzie w ciążę, więc jako sposób
antykoncepcji nie jest ona dziś szczególnie zalecana. Za to nieźle wyznacza
dni płodne - i na tym doktor Hilgers oparł swój pomysł. Do starych Billingsów
dorobił nowe opakowanie, po czym produkt tego liftingu zarejestrował jako
autorski i rewolucyjny sposób leczenia bezpłodności. A ponieważ to jednak
trochę gruby numer i lekarze, nawet katolicy, rzadko są aż takimi idiotami,
żeby to kupić - Hilgers z małżonką wymyślili instruktorów modelu Creightona.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Śluz blues, czyli... 31.10.09, 19:57
      Tabela z bobaskami

      Instruktor jest potrzebny, albowiem
      - żeby odróżnić swoją nowatorską wysokopłatną metodę od metody znanej od
      dziesięcioleci i dostępnej za darmo
      - doktor Hilgers dokonał standaryzacji, co oznacza, że wymyślił własne nazwy na
      określenie tego, co kobiecie wypływa spomiędzy nóg, oraz naturalnie akronimy
      tych nazw. Gruntowne studia, prowadzone w Instytucie im. Pawła VI, zaowocowały
      opracowaniem tabelki, w której miesiąc ma 35 dni i w którą kobita ma te swoje
      obserwacje wpisywać - oraz naklejek z bobaskami, które wkleja się w dni płodne.
      Rozszyfrowywania akronimów, tajemnic tabelki oraz sztuki władania naklejkami z
      bobaskami uczą właśnie instruktorki „napro", które ponadto radzą, jakiego
      papieru toaletowego używać do badania śluzu, żeby stwierdzić, czy jest sticky,
      tacky czy stretchy, a także są starannie przeszkolone w takich pożytecznych z
      medycznego punktu widzenia obszarach jak encyklika Humanae Vitae czy też
      historia naturalnych metod regulacji poczęć. Spotkanie z instruktorką kosztuje
      150 zł i w pierwszym roku leczenia odbywa się ich osiem - w tym co najmniej
      trzy, zanim człowiek w ogóle zobaczy lekarza.
      Bo w końcu pojawia się też i lekarz. Na świecie jest niespełna 400 doktorów
      przeszkolonych przez Hilgersów (instruktorów - ponad tysiąc) i czasem nawet
      doktorzy ci podejmują jakieś działania: podają hormony albo przepychają
      jajowody. Tym niemniej, lekarze są w tym procederze zdecydowanie mniej istotni:
      opis kursu dla lekarzy wyraźnie zaznacza, iż jego absolwenci muszą przewidzieć
      współpracę z instruktorem modelu Creightona. Co ciekawsze, w drugą stronę to nie
      działa: w opisie kursu na instruktora nie ma słowa o konieczności współpracy z
      lekarzem.

      Obok kwestii biznesowych wynalazek doktora Hilgersa ma oczywiście także wymiar
      ideologiczny.

      Dla ludzi, nie dla księży
      W jednym z niezliczonych materiałów kryptoreklamowych na temat naprotechnologii
      pada pytanie: Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy najpierw pojawiła się
      naprotechnologia a potem poparcie Kościoła dla niej jako etycznej dziedziny
      nauki, czy to Kościół chciał za wszelką cenę stworzyć jakąś przeciwwagę dla in
      vitro i skoro ona już jest, trzeba ją zaakceptować i siłą rzeczy uznać za
      lepszą? Rozmówczyni, jedna z instruktorek modelu Creightona w Polsce, odpowiada
      z całą mocą: Zdecydowanie najpierw była naprotechnologia. Nie powstała ona „ na
      zamówienie " Kościoła. Naprotechnologia została stworzona dla ludzi, a nie dla
      księży.

      Niestety, dziewczynka nie mówi prawdy. Instytut Badań Rozrodu Człowieka im.
      Pawła VI powstał - tu cytat - jako bezpośrednia odpowiedź na apel papieża Pawła
      VI, zawarty w jego encyklice Humanae Vitae z 1968 r. Papież wezwał w niej ludzi
      nauki oraz lekarzy i służbę medyczną, aby niezachwianie trwali w zamiarze
      popierania zawsze tych rozwiązań, które zgadzają się z wiarą i prawym rozumem.
      Thomas Hilgers tak się przejął tym apelem, że od razu, jeszcze jako student
      medycyny, rozpoczął swe badania nad katolickim rozrodem, zaś w dniu śmierci
      papieża Pawła VI ślubował powołać instytut jego imienia na chwałę Pana - i
      swojego portfela.
      0 stopniu obiektywizmu naukowego uprawianej przez dr. Hilgersa medycyny świadczą
      warunki stawiane przystępującym do programu lekarzom: nie mogą oni przepisywać
      lub aplikować antykoncepcji, przeprowadzać ani zalecać zabiegów sterylizacji
      1 aborcji, powinni swą praktykę opierać na naturalnych metodach planowania
      rodziny, a wobec osób samotnym - metodach monitorowania ich naturalnej
      płodności. „Napro" to metoda dostępna wyłącznie dla małżeństw, albowiem tylko
      małżeństwa poczynają w imię boże.

      Dwóch apostołów
      Pierwszy lekarz, który stworzył klinikę naprotechnologiczną w Polsce, Tadeusz
      Wasilewski zanim odnalazł Jezusa, przez czternaście lat pracował u prof.
      Szamatowicza, w najsłynniejszej polskiej klinice zapłodnienia pozaustrojowego.
      Ale - jak naucza ewangelia - w niebie większa będzie radość z jednego
      grzesznika, który się nawraca niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu
      sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia, więc skruszony morderca
      zarodków został przyjęty z otwartymi ramionami. Wydał z siebie zresztą głęboko
      poruszające świadectwo: Przyszedł 2007 rok, to było w łutym. Spojrzałem inaczej.
      Dzisiaj wiem, że to była łaska Pana Boga, a ja się poddałem Jego woli. Poszedłem
      zgodnie z Jego zamierzeniami. Dzisiaj już wiem o tym na pewno. Wiedziałem, że
      nie zostanę przy programie in vitro ani minuty dłużej.
      Pierwsza wizyta w klinice doktora Wasilewskiego kosztuje 650 zł, następne są po
      dwie stówy, do tego dochodzą spotkania z instruktorką - 150 zł/godzina. Można
      wszakże odnieść wrażenie, że doktor Wasilewski nie jest fanatycznym wyznawcą
      modelu Crightona - kilkanaście lat pracy w prawdziwej klinice pod kierownictwem
      prof. Szamatowicza wywarło jednak swoje piętno - albowiem zanim wyciśnie z
      pacjentki 1200 zł za randki z anglistką lub matematyczką, przeprowadza badania
      i, można mieć nadzieję, osobom, którym naprotechnologia nie jest w stanie pomóc,
      mówi to od razu.
      Nieco inaczej zdaje się rozumować drugi z pionierów „napro" w Polsce, Maciej
      Barczentewicz, u którego opinię na temat naprotechnologii zamówiło Biuro Analiz
      Sejmowych. W swej opinii doktor Barczentewicz przedstawia koncepcję
      NaProTechnology w wersji czystej: najpierw trzy miesiące pracy z instruktorem,
      dopiero potem wizyta u lekarza. Koszt wizyty - 250 zł. Cykl szkoleń 800-1200 zł,
      materiały szkoleniowe - 200 zł, badania dodatkowe 1500-2000 tys. zł w ciągu
      roku. NaProTechnology może być znacznie tańszą i skuteczniejszą metodą leczenia
      niepłodności niż metody wspomaganego sztucznie rozrodu (ART, in vitro). W
      warunkach polskich, wobec znacznej liczby osób, które ze względów etycznych nie
      zdecydują się na zabiegi wspomaganego sztucznie rozrodu należy umożliwić szeroki
      dostęp do NaProTechnology - wykładał dr Barczentewicz Sejmowi.

      Złe plemniki
      Zarówno w ekspertyzie doktora Barczentewicza, jak i w innych informacjach na
      temat NaProTechnology eksponowana jest jej fenomenalna skuteczność. „Napro" jest
      alternatywą dla in vitro nie tylko moralną, ale też nieporównanie lepszą -
      dowodzą wyznawcy nauk doktora Hilgersa. W ciągu roku w ciążę zachodzi 44 proc.
      pacjentek, w ciągu dwóch lat - 62 proc, w ciągu czterech - 71 proc, co jest
      oszałamiającym sukcesem, w zestawieniu ze skutecznością in vitro wynoszącą 20-40
      proc. Tymczasem realnie rzecz biorąc, naprotechnologia jest alternatywą dla in
      vitro w tym stopniu, w którym raphaholin jest alternatywą dla przeszczepu
      wątroby. Organ niby ten sam, ale diagnoza - mocno różna. Naprotechnologia, która
      zajmuje się wyłącznie kobietą, nie jest w stanie - z dość oczywistych przyczyn -
      poradzić nic, kiedy problem leży po stronie mężczyzny, co dzieje się w 35-40
      proc. przypadków niepłodnych par. Kolejne 25 proc. to przypadki, kiedy kłopot z
      rozmnażaniem mają i mężczyzna, i kobieta. Znów naprotechnologia nie rozwiązuje
      problemu. Z pozostałych 40 proc. przypadków cudowna metoda dr. Hilgersa nie jest
      w stanie pomóc kobietom, u których występują nieodwracalne zmiany
      endometriotyczne czy ciężkie uszkodzenia jajowodów oraz oczywiście tym, którym
      brak jakiegoś kawałka układu rozrodczego. W sumie oszałamiająca skuteczność,
      wymieniona wyżej, wynika z faktu, iż do przypadków beznadziejnych, dla których
      nadzieją jest in vitro - „napro" nawet nie podchodzi.
      I dzięki temu nie grzeszy.

      www.nie.com.pl/art21602.htm
      • chickenshorts Re: czyli... 31.10.09, 22:10
        Nie wiem czemu przyszło mi do głowy dictum kogoś, kto
        używał nicka 'running for fum', a który to obywatel wszechświata
        odwiedził byl forum KiR (lata temu), żeby wrzucić coś w tym
        stylu: "byłem też misjonarzem ateizmu, ale to beznadziejna misja w
        tym kraju"...

        Ty, drogi diabollo, nigdy tak nie pomyśl!
        • diabollo Re: czyli... 01.11.09, 09:39
          chickenshorts napisał:

          > Nie wiem czemu przyszło mi do głowy dictum kogoś, kto
          > używał nicka 'running for fum', a który to obywatel wszechświata
          > odwiedził byl forum KiR (lata temu), żeby wrzucić coś w tym
          > stylu: "byłem też misjonarzem ateizmu, ale to beznadziejna misja w
          > tym kraju"...
          >
          > Ty, drogi diabollo, nigdy tak nie pomyśl!

          Czcigodny Chickenshortsie,

          Bóg zapłać za słowa otuchy.
          Choć szczerze mówiąc nie uważam się za "misjonarza ateizmu" i w przeciwieństwie
          do czcigodnego Grgkh nigdy do ateizmu nie przekonywałem i nie agitowałem, choć
          oczywiście ateistą jestem.

          ierzący mi jednak nie przeszkadzają.

          Przeszkadza mi polityka Kościoła Katolickiego i jego ciągłe wpiepszanie się do
          spraw publicznych, chamskie narzucanie swojego głupawego ideolo całości
          społeczeństwa, ograniczanie praw obywatelskich, bo są nie pomyśli ideolo,
          wynikająca z tego hipokryzja społeczna a nawet dyskryminacje. Przeszkadza mi
          ideologia katolicka w życiu publicznym jako utrwalacz polskiego nacjonalizmu,
          kato-ideolo jako lekarstwo i jednocześnie przyczyna polskich kompleksów
          społecznych.

          Najbardziej jednak wskurwiają mnie niewierzący, którzy też zdają się wierzyć w
          "moralna" "przewodnia siła Narodu" jest w Polsce potrzebna, a przynajmniej
          niegroźna, Jan Paweł II Największym Polakiem w Dziejach Był, i mówią: głupawe
          ideolo mnie i tak nie dotyczy (gejem nie jestem), a w razie czego i tak wszystko
          w Polsce, państwie hipokryzji, jest kwestią ceny.

          Krótko mówiąc, jestem najprawdziwszym w świecie antyklerykałem, nie takim
          udawanym, połowicznym, tylko porządnym i absolutnym, czującym się spadkobiercą
          najpiękniejszych kart i tradycji polskiego antyklerykalizmu, wspaniałych nazwisk
          Wielkich Antyklerykałów takich jak Boy-Żeleński.

          Kłaniam się nisko.
          • diabollo Re: czyli... 01.11.09, 19:53
            Jeszcze tak wracając do tematu "misjonarza ateizmu", uważam że jest to
            "misjonarstwo" pozbawione wszelkiego sensu.

            Niezrozumienie z jakim spotyka się czcigodny Grgkh, przy całym szacunku dla
            niego, wynika jego z głęboko błędnego założenia, że homo sapiens jest
            zwierzęciem racjonalnym, który przede wszystkim kieruje się jak najbardziej
            racjonalnie posuniętą logiką, sceptycyzmem poznawczym, chłodną analizą faktów, itp.

            Tymczasem to nie jest prawda. Człowiek przede wszystkim kieruje się emocjami,
            racjonalizm jest mu potrzebny do uzasadnienia swoich emocji (co widać nawet na
            przykładzie czcigodnego ateisty Grgkh, a co tu mówić o głęboko wierzących?).

            A emocje dotyczące sensu egzystencji są przecież niezwykle silne.
            Jeżeli dodamy do tego agitację religijno-ideologiczną (taką czy siaką) od
            wczesnego dzieciństwa, postawa czy światopogląd ateistyczny siłą rzeczą jest
            skazany na elitarność.

            I nie to jest największym problemem społecznym.

            Oczywiście tym problemem w Polsce jest katolicka pycha, przekonanie większości i
            kleru i harcorowych katolików o swojej "wyższości moralnej", które to
            przekonanie uzasadnia narzucanie swojej ideologii całemu społeczeństwu.
            O tej "wyższości moralnej" religii katolickiej są przekonani - o zgrozo - nawet
            liczni niewierzący (bądź udają przkonanych, chrzcząc i posyłając na lekcje
            zabobonu swoje własne dzieci).
            Ten emocjonalny pogląd jest wyjątkowo głupi i naturalnie niepoparty żadnymi
            racjonalnymi przesłankami, choć tkwi głęboko w katolickiej mentalności.

            Niemniej przeciwstawianie się tej głupocie moim zdaniem ma o wiele większe
            szanse powodzenia i co istote dużo ważniejsze dla życia społecznego.

            A to, że hardcorowi katolicy nie będą się masturbować, nie używać antykoncepcji,
            nie przerywać ciąż, nie zachodzić w ciąże w wyniku in-vitro, nie kremować zwłok,
            nie chodzić w niedziele na zakupy, modlić się do ś.p. pana Wojtyły, wydawać
            szmal na szarlatanów, etc, etc, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Szczęść im Boże.

            Problemem będzie, kiedy któregoś dnia polski Sejm klepnie dofinanasowanie dla
            geszefciarskiej piramidy marketingowej, czyli katolickiej "metody leczenia
            niepłodności" o handlowej nazwie "NaProTechnology".

            Kłaniam się nisko.
            • grzespelc Re: czyli... 02.11.09, 23:21
              > Jeszcze tak wracając do tematu "misjonarza ateizmu", uważam że jest to
              > "misjonarstwo" pozbawione wszelkiego sensu.

              A ja uważam, żę owszem. Tyle, że nie sda się oświecić wszystkich ludzi n a
              świecie. Ale za to można świecić przykładem wśród znajomych i doświadczalnie
              przekonywać ich choćby o tym, że to nieprawda, że bez religii nie ma zasad.
              Każdy powinien uprawiać swój ogródek. I to wystarczy.
          • grgkh A propos... 01.11.09, 20:35
            diabollo napisał:

            > nie uważam się za "misjonarza ateizmu" i w przeciwieństwie
            > do czcigodnego Grgkh nigdy do ateizmu nie przekonywałem
            > i nie agitowałem, choć oczywiście ateistą jestem.

            Podpisuję się pod wszystkimi Twoimi motywacjami. :) Mam te same i też one mnie
            mobilizują do aktywności.

            Mam tylko uwagę "techniczną" do pewnego szczegółu. Chodzi o "namawianie do
            ateizmu". Do ateizmu nie da się namawiać, bo jest on brakiem teizmu. Ateizm jest
            pusty. Nie zawiera w sobie nic. Żadnej ideologii, która by mu była z definicji,
            z natury wpisana.

            Ateista może być dogmatykiem w innej jakiejś kwestii, może być nawet mordercą,
            bo nic co ludzkie żadnemu człowiekowi nie jest z założenia obce. Ale najczęściej
            brak teizmu skutkuje brakiem tego, co złego w człowieku wywołać może
            dogmatyczne, ślepe podporządkowanie idei i to do tego idei opartej na fałszu.

            Czynię więc to samo co i Ty, mówię, co fałszywego i złego jest w tym wszystkim,
            co z teizmami wszelakimi się wiąże. Może niedokładnie to samo, ale to i dobrze,
            bo się uzupełniamy w naszym działaniu.

            A że przy okazji kiedyś tam wspomniałem, co można by sądzić o sensie życia
            ateisty, czym ateista może tę pozorną lukę wypełniać, to była to tylko jedna z
            możliwych propozycji. A teiści - jak to zwykle bywa z przemądrzałymi,
            napuszonymi, przekonanymi, że mają wszystko co najlepsze - uważają w dużej
            swojej części, że nie można zbudować sobie prawdziwie humanistycznego
            światopoglądu bez oparcia go o nadistotę (nadbyt, którego nie należy nie mylić z
            odbytem). :)

            Pozdrawiam Cię.
            • diabollo Re: A propos... 02.11.09, 20:01
              Cieszę się, że się zgadzamy, czcigodny Grgkh.

              Szkoda, że czcigodni forumowi katolicy w o ogóle nie podjęli żadnej dyskusji w
              tym wątku.

              Kłaniam się nisko.
              • grgkh Re: A propos... 02.11.09, 21:49
                Może im odjęło mowę? :)

                Może uznali, że masz rację i już? :) "I już" z reguły kończy dyskusje.

                Pozdrawiam
      • grgkh Re: Śluz blues, czyli... 31.10.09, 22:31
        Dobre :) Samo życie.
      • omat_koboska doskonały artykuł 01.11.09, 20:15
        oczywiście z racji źródła nikt z obozu wierzących nawet go nie przeczyta. A szkoda. Myślenie nie boli.
        • grgkh Tak 01.11.09, 20:58
          omat_koboska napisał:

          > oczywiście z racji źródła nikt z obozu wierzących nawet
          > go nie przeczyta. A szkoda. Myślenie nie boli.

          Chyba nie masz racji z brakiem nadziei na czytanie.

          Rozmawiamy tu sobie "na głos" w gronie tych, którzy chcą się wypowiadać. Ale
          jest spora grupa tych, którzy tylko czytają. Często są to ludzie, którzy mają
          wątpliwości. Te treści do nich powinny trafiać i jestem przekonany, że tak się
          dzieje.

          A ci, którzy zostali kiedyś skutecznie zindoktrynowani, którzy poddali się tej
          manipulacji są straceni na zawsze. Muszą umrzeć takimi, jakimi dzisiaj są. A my
          musimy ich olać. ;)

          Nadzieja na lepszy świat zależy przede wszystkim od nowych pokoleń. I dlatego
          trzeba się starać, by ograniczyć do minimum wpływ religii na dzieci i młodzież.
          Ograniczyć jednostronną propagandę. I tu nam pomaga zmiana, która się dokonuje
          za sprawą internetu. Dziś już nawet małe dzieci sięgają po treści, które tu mogą
          znaleźć. Niech czytają i wnioskują. Same. Bez narzucania im czegokolwiek.
          Zgodnie z logiką.
          • chickenshorts Re: Tak 02.11.09, 20:15
            grgkh napisał:

            > Nadzieja na lepszy świat zależy przede wszystkim od nowych
            pokoleń. I dlatego
            > trzeba się starać, by ograniczyć do minimum wpływ religii na
            dzieci i młodzież.

            Absolutnie! Podpisuję się pod tym obiema rękami! Skandalem w tym
            kraju są katoliccy indoktrynanci wpuszczani nawet do przedszkoli...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka