diabollo
31.10.09, 19:55
... reportaż pani Wołk-Łaniewskiej.
***************************
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA
Śluz blues
Piramida finansowa odpowiedzią na grzeszne in vitro.
Nie możemy się zachowywać tak, jakbyśmy byli sami w Kościele - zrugał
arcybiskup Życiński wiernych zalewających diecezję lubelską prośbami o
sfinansowanie im kosmicznie drogich zagranicznych szkoleń z naprotechnologii.
Zalew nastąpił po tym, jak Radio Maryja ogłosiło, że jest to katolicka
alternatywa dla in vitro, a mszę świętą z okazji odbywającej się w Lublinie
konferencji naprotechnologicznej odprawił sam arcybiskup metropolita.
Jak w Amwayu
W swej fanatycznej walce z in vitro Kościół, Matka Nasza, wdał się bowiem w
promocję szczególnie żarłocznej amerykańskiej piramidy finansowej.
Naprotechnologia - a dokładnie NaProTechnology zwana czasem młodzieżowo
„napro" - nie jest, wbrew temu, czego dowiadujemy się z katolickiej prasy,
nową dziedziną nauki, tylko zastrzeżonym znakiem towarowym, należącym do
Instytutu Badań Rozrodu Człowieka im. Pawła VI, który z kolei należy do
doktora Thomasa W. Hilgersa i jego żony Sue, twórców geszeftu o nazwie
„Creighton Model FertilityCare System", czyli mniej więcej „System terapii
płodności wg modelu Creightona".
NaProTechnology to pierwsza na świecie naukowa metoda leczenia niepłodności, w
której leczący wcale nie muszą być lekarzami. Wystarczy, żeby za odpowiednią
opłatą zrobili kurs w Instytucie Pawła VI lub u franczyzobiorców, zwanych
edukatorami. Tak jak dystrybutorzy Amwaya czy konsultantki Avonu, instruktorki
modelu Creightona mnożą się w różnych miejscach globu, bo na świecie nigdy nie
brak frajerów. W Polsce z dwóch instruktorek działających parę lat temu
zrobiło się już 26.
Mechanizm werbunku jest analogiczny do tego, który stosują koncerny
sprzedające proszek do prania w cenie kawioru czy aloesowy lek na hemoroidy i
raka mózgu: potencjalne instruktorki trafiają do systemu jako klientki - i nie
dość, że dobrowolnie poddają się indoktrynacji, to jeszcze za to płacą. To
jest zasadnicza różnica między banalnym handlem a przyszłościową amerykańską
koncepcją piramidy marketingowej.
Normalnie człowiek przychodzi do sklepu i mówi: chcę kupić płyn do mycia
sracza. A sprzedawca mówi: proszę bardzo, oto jest płyn do mycia sracza, płaci
pan 8,50. Sprzedawcy nie przychodzi do głowy, żeby powiedzieć: niech pan kupi
karton płynów do mycia sracza i otworzy stragan na rogu, to się panu zwróci. W
piramidzie finansowej sprzedawca przychodzi do ciebie, żąda udostępnienia
łazienki, gdzie rzuca się do sracza, który pucuje na błysk, i dopiero wtedy
mówi: może chciałbyś kupić ten rewelacyjny płyn do mycia sracza za 70 zł? Ty
kupujesz, bo czujesz się zobowiązany, w końcu facet wypucował ci sracz, a on
wtedy: Ale nie wolałbyś zapłacić 50 zł? A może chciałbyś sprzedawać taki
rewelacyjny płyn do mycia sracza? To wtedy sam zapłacisz 50 zł i jeszcze
zarobisz na innych, którzy zapłacą po 70 zł, będziesz też mógł zasponsorować
innych dystrybutorów płynu do mycia sracza i na ich sprzedaży też będziesz
mógł zarobić... Potem oczywiście musisz wywalić parę tysięcy na towar,
szkolenie i czapeczkę z daszkiem ozdobioną pomponem w kształcie szczotki do
sracza...
W epoce przed Hilgersami przychodziłeś do lekarza, on cię leczył, zdrowiałeś
albo umierałeś.
A jak to działa w przypadku naprotechnologii?
Kurs płodności
Opowieść pacjentki z pierwszej wizyty u lekarza naprotechnologa (za
www.forum.28dni.pl):
Spytał nas oczywiście, jak stoimy finansowo, czy decydujemy się na
naprotechnologię, czy może ma nas popróbować leczyć bez uczenia się metody.
Oczywiście zdecydowaliśmy się na nauczenie się modelu:) he he bo... jest
szansa, że będą potrzebowali nauczycielki i niewykluczone, że jeśli wszystko
dobrze się powiedzie to może nią zostanę:) jako żywe świadectwo działania
naprotechnologii:).
Biedne dziecko najwyraźniej nie zostało na tym etapie poinformowane, iż szansa
na zostanie nauczycielką nie zależy od powodzenia w zapylaniu, tylko od
gotowości wybecalowania 10 tys. zł na szkolenie - a jest to dopiero szkolenie
na pierwszy stopień, upoważniające do prowadzenia spotkań z potencjalnymi
rodzicami. Coś takiego jak dystrybutor. Do tego celu nie trzeba medycznego
wykształcenia: z dwóch pierwszych instruktorek w Polsce, jedna była
matematykiem, a druga - anglistką. Ale można też naturalnie awansować i zostać
edukatorem, czyli budowniczym sieci - i nawet do tego nie trzeba być lekarzem,
wystarczy mieć dwa lata praktyki jako instruktor i wykształcenie
ponadmaturalne - tyle tylko, że to koszt rzędu 12-15 tys. dołków (nawiasem
mówiąc, na oficjalnej stronie internetowej Instytutu Pawła VI ceny prezentują
się zupełnie inaczej: zrobienie „instruktora" to 2475 USD za kurs i 302 dołki
na podręczniki, zaś kurs na „edukatora" kosztuje 2390 USD plus 742 dolary na
pomoce dydaktyczne).
Tu rodzi się pytanie: jak to możliwe, żeby w krajach posiadających jakiś tam
poziom regulacji ustawowej w zakresie działalności medycznej osoby bez
wykształcenia medycznego zajmowały się, oficjalnie, leczeniem? Otóż odpowiedź
jest prosta: naprotechnologia w zasadzie nie leczy.
Poszukiwacze dni błogosławionych
Twórczy geniusz tej metody tkwi w odkryciu, że w ciążę zachodzi się w dni
płodne. Toteż - wyrozumował sobie dr Hilgers - jeśli nauczy się kobitę, kiedy
ma dni płodne, a jej męża przekona, żeby ją bzykał właśnie wtedy, szansa na
zapylenie radykalnie wzrasta. Oczywiście instruktorki nie wiedzą, kiedy
pacjentka ma dni płodne, ona sama musi do tego dojść w drodze autoobserwacji
wg znanej od pół wieku z górą metody obserwacji śluzu Billingsów. Metoda
Billingsów to jeden z naturalnych sposobów planowania rodziny, zwanych także
watykańską ruletką, powstały w latach 50. ubiegłego wieku na potrzeby
katolików, którzy chcą bzykać, ale nie chcą mieć dzieci. Polega, z grubsza
rzecz biorąc, na tym, że kobita wsadza sobie palec między nogi i przygląda się
temu, co stamtąd wygrzebała. Jak wygrzebała coś na podobieństwo białka z
surowego jaja, to znak, że lepiej chłopu chapnąć dzidę, a jak białko jest
ścięte albo nie ma go wcale, to teoretycznie można ciupciać po bożemu.
Wskaźnik Pearla ma to to na poziomie 25, co oznacza, że na 100 kobiet
stosujących tę metodę, 25 w ciągu roku zajdzie w ciążę, więc jako sposób
antykoncepcji nie jest ona dziś szczególnie zalecana. Za to nieźle wyznacza
dni płodne - i na tym doktor Hilgers oparł swój pomysł. Do starych Billingsów
dorobił nowe opakowanie, po czym produkt tego liftingu zarejestrował jako
autorski i rewolucyjny sposób leczenia bezpłodności. A ponieważ to jednak
trochę gruby numer i lekarze, nawet katolicy, rzadko są aż takimi idiotami,
żeby to kupić - Hilgers z małżonką wymyślili instruktorów modelu Creightona.
CDN...