Dodaj do ulubionych

Adopcja po katolicku

11.06.08, 23:44

Polscy katolicy po katolicku oddają włoskim katolikom polskie dzieci katolickie.

Krzyś ma 10 lat, Marcin 7, Ania 5. Mieli jedną mamusię i dwóch tatusiów. Tatusiowie ich nie chcieli, a mamusi było z nimi ciężko.

Oddała drobiazg państwu, które 4 lata temu umieściło je w rodzinie zastępczej u Bogusławy i Floriana Nowaków w Starogardzie

Gdańskim. W 2006 r. mamusia zwróciła potomkom wolność zrzekając się praw rodzicielskich. Natychmiast zainteresował się nimi

Katolicki Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy z Warszawy. Ma dobre kontakty z włoską organizacją In Commino per la Famiglia ("Droga

do rodziny"), stwierdzono więc, że choć maluchy to blondaski, to mogą zostać Włochami.

Polska dba o interesy najmłodszych obywateli, nawet więc na prośbę Kościoła kat. nie wysyła dzieci pod wskazane adresy. Wręcz

odwrotnie - każe przyszłym rodzicom pofatygować się do naszego kraju na tzw. okres styczności. Na ogół wystarczy wynająć na

miesiąc jakąś chałupę i zaopatrzyć w torbę relanium, żeby nie poodkręcać bachorom główek. W takim wypadku nawet katoliccy

psycholodzy mieliby trudności z wydaniem opinii, że między stronami narodziły się silne więzy emocjonalne.

Jak już zagraniczniacy mają kwit i stosowne orzeczenie sądu, mogą zabrać dzieci do ich nowej ojczyzny i nauczyć, że nie sika się

do łóżek, nie niszczy mebli, a posiłki je łyżką, nożem i widelcem.

Pierwsza włoska mama Krzysia, Marcina i Ani nazywała się Antonia. Tata - nie pamiętają, jak. Dzieci cieszyły się.

- Ci rodzice nas chcą - tłumaczył Krzyś.

- Mówiłam, że dostaną zabawki i własne pokoje - podtrzymywała entuzjazm podopiecznych pani Nowak.

Nie wyszło.

- Antonia to była dobra kobieta, ale z moimi maluchami wytrzymała tylko dwa tygodnie. Przestała spać, jeść, zaczęła wymiotować.

Krzyś ma ADHD i bywa agresywny, młodsi mają wady wzroku wymagające ciągłych ćwiczeń i trudne do prowadzenia choroby skóry

- opowiada Bogusława Nowak.

Antonia z małżonkiem wrócili do Włoch. Maluchy do Starogardu. Krzyś był załamany. Nie chciał się myć, nie opuszczał łóżka.

Katoliccy spece od adopcji nie mieli nic do powiedzenia, pośredniczące w tym interesie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie

(PCPR) ze Starogardu też nie, Włoszka dzwoniła z przeprosinami, Bogusława Nowak załatwiła konsultacje u psychologa.

W marcu 2008 r. pani Nowak usłyszała, że znów ma spakować walizki, bo Krzysiem, Marcinem i Anią zainteresowała się nowa

włoska rodzina. Będzie kolejny okres styczności w Warszawie przy ul. Hożej. Krzyś skamieniał, Marcin buczał, Ania zanosiła się od

szlochu. Tym razem opowieści o własnych pokojach nie zdały się na nic.

- Widać przez te lata pokochałam te maluchy - rozważa Bogusława Nowak. - 31 marca 2008 r. złożyłam wniosek o adopcję.

Kobieta świetnie wie, że adoptować to przejąć pełną odpowiedzialność, również finansową. Że jeśli jej wniosek zostanie

uwzględniony, na Krzysia, Marcina i Anię nie dostanie od PCPR nawet złotówki.

Na zdrowy rozum sprawa jest jednoznaczna. Prawo stanowi, że polskie dzieci mogą być przysposabiane przez zagranicznych

rodziców, gdy nie można znaleźć odpowiednich chętnych w Polsce. Najbardziej liczy się dobro dzieci.

Nowakowie są Polakami, mają kwalifikacje (w przeciwnym razie nie zostaliby rodziną zastępczą) i łączą je z wychowankami więzi

uczuciowe.

Włosi są Włochami, nie mają doświadczenia w wychowywaniu dzieciakow po przejściach. Poza tym zadeklarowali przed włoskim

sądem, że chcą zaadoptować dwoje dzieci bez poważnych problemów zdrowotnych, gdyż absorbuje ich praca zawodowa.

Dzień po złożeniu wniosku o adopcję pani Nowak została poproszona do miejscowego PCPR. Dyrektor Helena Bugaj oświadczyła, że

powinna zabrać papier, bo przygarniając dzieci na stałe niweczy międzynarodowe umowy i drogo ją to będzie kosztowało. Pierwsza

cena jest taka, że zabiorą jej pozostałe dzieci pozostające pod jej opieką i nigdy nie zostanie rodziną zawodową, co by jej się

opłaciło, bo by miała za swoją pracę płacone.

- Pani Bugaj przekonywała mnie, że bunt nie zda się na nic, a pokora popłaci. "Odda pani tamte dzieci, to dostanie inne. I pieniądze

na te inne dzieci", tłumaczyła cierpliwie, choć mogła krzyknąć, bo jest radną LPR i przewodniczy radzie miejskiej w Starogardzie.

Obie niewiasty pozostały przy swoim.

Gdy przyszła pora, dzieci pojechały na spotkanie z Włochami. Włosi uznali, że 22 dni wystarczą, aby zdobyć serduszka małych

Polaków. Rodzinny Ośrodek Diagnostyczno-Konsultacyjny (RODK) w Sopocie w trakcie okresu styczności stwierdził, że mimo

braków językowych miłości jest dostatek. Badania przeprowadzał 24 kwietnia 2008 r. Tak bardzo chciał upowszechnić dobrą nowinę,

że opinię sporządził tego samego dnia, choć zwykle trwa to około miesiąca.

Mimo to Sąd Rejonowy w Starogardzie był zdania, że okres styczności należy odrobinę przedłużyć. Włosi pojechali do Włoch, bo

obowiązki wezwały ich do ojczyzny.

Bogusława Nowak nie zasypiała gruszek w popiele i zażądała zwrotu podopiecznych. Przecież poza wszystkim innym powinny być

leczone i chodzić do szkoły.

Sąd musiał się zafrasować, bo za Nowakową gardłowali nauczyciele Krzysia i Marcina, ale z drugiej strony w kwitach z Katolickiego

Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego stało czarno na białym, że dzieciarstwo ma ambiwalentne uczucia do państwa Nowak. Tak

stwierdzili psychologowie z tej instytucji. Na dodatek przywołany wyżej sopocki RODK wywiódł, że ponowny powrót dzieci do

wnioskodawców może mieć nieodwracalne, negatywne skutki dla ich rozwoju, wiąże się to z ich kolejnym odrzuceniem.

W tej sytuacji 7 maja 2008 r. Sąd Rejonowy w Starogardzie Gdańskim postanowił, że bachory mają czekać, aż Włosi znajdą dla nich

czas, u państwa Rosłonów z Ostrówka w gminie Klembów. Tak wnioskowali katoliccy spece od adopcji. Ostrówek ma tę zaletę, że

leży blisko Warszawy, w której lądują samoloty z Rzymu.

16 maja 2008 r. jadę do Teresy Rosłon i dzieci. Znajduję przytulny domek w kwiatach i budzącą zaufanie gospodynię. Przyznaje, że

nie ma kwalifikacji jako rodzina zastępcza. Zgłosiła się do PCPR w Wołominie, bo wychowała sześcioro własnych dzieci i chciała

mieć zajęcie. O tym, że dostanie rodzeństwo, dowiedziała się w ostatniej chwili. O losach dzieci nie wiedziała nic. Mówi, że

przywieziono je 6 maja 2008 r. Jeśli się nie myli, znaczy to, że rozporządzono losem małoletnich przed rozstrzygnięciem powziętym

przez starogardzki sąd.

- To byli ludzie z Mazowieckiej Katolickiej Fundacji Rodzin Zastępczych - informuje gospodyni. - Nie dali żadnych dokumentów.

Nawet kartki z imionami. Nic. Powiedzieli, że dzieci będą u mnie krótko, więc nie muszą chodzić do szkoły - usprawiedliwia się po

chwili milczenia.

Już wie, że kłamali. Uświadomiła jej to zaprzyjaźniona nauczycielka. Uprzytomniła, że jest obowiązek szkolny i jak sprawa się wyda,

zostanie ukarana.

W niedzielę 11 maja 2008 r. dzieci odwiedziła Bogusława Nowak. Przywiozła słodycze, książki, zabawki.

- Z piskiem rzuciły się na nią. Tuliły jak do matki. Obiecała, że wrócą do domu - relacjonuje pani Teresa.

Owszem, Włosi też kontaktują się z Ostrówkiem. Telefonicznie.

W czwartek 15 maja 2008 r. jakaś urzędniczka przywiozła akty urodzenia rodzeństwa i dokumentację dotyczącą chorób.

W piątek 16 maja 2008 r. starsze rodzeństwo mogło iść do szkoły...

Siedzimy na ławeczce przed domem. Przyjeżdża Marcin na rowerze.

- Marcinku, pani jest z gazety. Wybierz, gdzie chcesz mieszkać? - pyta gospodyni.

- U Bogusi - nie ma wątpliwości dziecko.

Pani Rosłon też nie.

- Tłumaczę im, że one są u mnie na wakacjach. Przekonuję, żeby spały spokojnie, bo wrócą do domu. Do Starogardu - mówi na

pożegnanie.

Mazowiecką Katolicką Fundację Rodzin Zastępczych, zrzeszającą rodziny zastępcze chcące działać na rzecz rodzin zastępczych,

zarejestrowano w roku 2006 r.
Obserwuj wątek
    • obt37 Re: Adopcja po katolicku 11.06.08, 23:45
      PS Imiona dzieci zmienione.

      Autor : Bożena Dunat
    • obt37 Re: Adopcja po katolicku 11.06.08, 23:47

      Koszt adopcji zagranicznej katolickiego dziecka wynosi w kraju jedynie 45.000
      zlociszy + od 3 do 5 tys. euro dla partnerskiego osrodka w kraju unijnym.
      Procedura trwa okolo 2 lat.
      Dla niektorych moze tansze jest in vitro (Polska od 8 do 15 tys zl) ale trzeba
      pamietac, ze nad adopcja czuwa biskup.
    • m-mmm Re: Adopcja po katolicku 11.06.08, 23:51
      Teraz wiadmomo dlaczego kosciol jest przeciwny in vitro.
    • pat-i27 Re: Adopcja po katolicku 12.06.08, 11:12
      straszne to wszystko

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka