z2006
29.03.09, 09:42
mateusz.pl/czytania/2009/20090329.htm
"Coraz bardziej zbliżamy się do kulminacyjnego etapu historii zbawienia –
Śmierci i Zmartwychwstania. W tym kontekście należy odczytywać ewangelie z
najbliższych niedziel.
Dzisiejszy fragment ukazuje nam najpierw Greków, czyli pogan, ale takich,
którzy przyjęli wiarę w Jahwe i uczestniczyli w żydowskich świętach. Bardzo im
zależało na zobaczeniu Jezusa, więc podjęli pewne kroki – prosili o protekcję.
(Czy nam chciałoby się aż tak trudzić? A jeśli sądzimy, że tak, to warto
wiedzieć, że żadna protekcja nie jest już dziś potrzebna: wystarczy przyjść do
kościoła – każdemu wolno!)
Istotna jest jednak odpowiedź Jezusa, w pierwszej chwili dziwna,
niezrozumiała i jakby nie na temat: oto przyszła godzina uwielbienia Syna
Człowieczego. Każdy, kto chce ujrzeć Jezusa w kulminacyjnym punkcie Jego
misji, będzie miał teraz okazję. Ale to nie będzie okazja łatwa, gdyż owo
uwielbienie i misja Jezusa wypełni się na krzyżu, przez straszliwą mękę i
śmierć. Czy uczniowie i wszyscy inni potrafią to zrozumieć i zaakceptować,
skoro dotąd nie potrafili nawet zrozumieć i przyjąć samej zapowiedzi krzyża?
I dlatego Jezus uprzedzając zgorszenie i zwątpienie swoich uczniów i wielu,
wielu innych, dodaje zaraz naukę o prawie życia, ilustrując to przykładem
ziarna pszenicy. Aby mogło się krzewić życie, potrzeba jakiegoś obumierania.
Aby zebrać plon, trzeba najpierw posiać ziarno, i to nie byle jakie, lecz
najlepsze. Cóż, z jednym ziarenkiem nie ma problemu, bo samo jedno i tak na
nic się nie przyda, ale z całym workiem dorodnego ziarna, z którego, za parę
godzin mógłby już być chleb, a tak będzie trzeba czekać do lata i jeszcze się
namęczyć – to już nie jest takie proste. Trudno o cierpliwość, gdy na owoce
trzeba czekać, a doraźnie widać tylko ofiarę, wyrzeczenia i śmierć. Jakiej
wtedy trzeba wiary!
Właśnie takiej wiary potrzeba chrześcijanom, aby potrafili ze spokojem
zaakceptować śmierć Chrystusa, a także swoje własne obumieranie przez
cierpienie, prześladowania, a może i męczeństwo. I może najtrudniejsze – bo
najczęstsze, jest to codzienne męczeństwo – bez przelewania krwi, ale z
przelewaniem potu, łez, bezsilnym wyczekiwaniem ulgi, przyjmowaniem obelg i
ciosów...
Kto kocha swoje życie – w sensie, który podsuwają nam reklamy, kolorowe
czasopisma, telewizja – ten nie potrafi obumrzeć ani przynieść owocu. Nie
potrafi także zachować swego życia, ani nawet być w tym życiu szczęśliwy, bo
nie będzie mógł pogodzić się z koniecznością obumierania. Niestety, śmierć
jest nieodłączna od życia i żadne pieniądze, najlepsze zdrowie, leki i
terapie, nie potrafią nam tego życia przedłużyć, a tym bardziej zachować.
Tylko ten, kto pogodzi się z tą koniecznością, potrafi zachować pokój i pogodę
ducha. To nie znaczy, że ma się poddać rezygnacji i niemej obojętności. Nie,
ma się oddać Chrystusowi, który sam jeden może zachować nas od śmierci, czyli
nadać naszemu życiu wieczny sens i trwanie. Ale oddać się Chrystusowi, to
znaczy zaufać Mu w całej pełni, na dobre i na złe, także pod krzyżem – i
zwłaszcza na krzyżu, swoim własnym. Kto wtedy będzie przy Chrystusie, będzie
przy Nim już zawsze. Takie bowiem Chrystus dał nam obietnice i gwarancje,
potwierdzone Jego Zmartwychwstaniem.
Cóż, wiara, nawet najmocniejsza, nie zapobiega uczuciu lęku, nawet sam
Chrystus tego doświadczył. Więc i my bądźmy gotowi na chwile trwogi. Ale wobec
wieczności są to tylko chwile. Chwile bardzo trudne, ale zarazem stanowią one
okazję do uwielbienia Boga. Gdy wszystko idzie jak z płatka, nie jest sztuką
dziękować Bogu i ufać Mu. Dopiero gdy zacznie wiać w oczy, wtedy okazuje się,
czy nasza wiara jest faktycznym zaufaniem i oddaniem się Bogu, czy tylko
przejawem dobrego samopoczucia. Wiara sprawdza się i dojrzewa na krzyżu."
Ks. Mariusz Pohl