Dodaj do ulubionych

Zagraniczne typowe przyjecie

IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 17:53
Sasiedni watek o zagranicznym jedzeniu na codzien zaczal chyba dryfowac w
strone jedzenia bardziej odswietnego :)
To moze dla odmiany opiszemy, jak wyglada typowe menu przyjeciowe w innych
krajach? Jako dygresje mile widziane beda uwagi o np. reakcjach cudzoziemcow
na polskie dania popisowe :)
Obserwuj wątek
    • roseanne Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 18:35
      wszystko zalezy od pory roku i pochodzenia gospodarzy


      w sezonie letnim przewazaja BBQ party, typu potluck
      czyli przyjecia ogordowe, przy grilu, gdzie kazdy z gosci przynosi cos -
      czasami salatke, czasami ciasto, czasami napoje wszelakie
      gospodarz odpowiedzialny jest za miesa, salatki (ze dwie), smietki jedzeniowe
      typu chrupki ziemniaczane
      najczesciej na tego typu imprezach piwo leje sie strumieniami


      w porze zimowej przewazaja imprezki z jarzynami i dipami, tudziez deska serow i wino


      gospodarze pochodzenia slowianskiego czesto robie przyjecia zasiadane lub jesli
      nie ma warunkow szwedzki stol z duza iloscia potraw miesnych, raczej dosc
      ciezkich, by dobrze komponowaly sie z wysokimi procentami

      gospodarze pochodzenia perskiego robia przeswietne dania na bazie ryzu

      to na razie tyle obserwacji, jak mi sie przypomni to dopisze
      • invicta1 Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 18:41
        ale gdzie tak jest?
        • roseanne Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 18:43
          Ontario, Kanada i Nj, USA
          • Gość: pepe Re: Zagraniczne typowe przyjecie IP: *.starnettelecom.pl 15.09.05, 18:55
            Moja znajoma na przyjeciu, gdzie goscmi byli Francuzi podala bigos.
            Po przyjeciu goscie stwierdzili, ze podala im zgnila kapuste.
            Jeszcze dlugo po imprezie mozna bylo znalezc resztki bigosu np w doniczce z
            kwiatami.

            Pozdrawiam
            pepep
            • invicta1 Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 19:13
              wniosek: ci Francuzi to straszne buraki-żeby dorosli ludzie pchali jedzenie po
              katach-wstyd
              • qmc Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 19:32
                We Francji b.niegrzecznie jest zostawiac resztki na talerzu lub grymasic bedac
                w gosciach. Zwykle goscie sami nakladaja sobie porcje lub mowia pani domu ile
                z danego polmiska, a ona z aptekarska dokladnoscia respektuje ich decyzje.
                Dlatego nawet najgorsze jedzenie Francuzi jakos przelykaja i mowia: "to bylo...
                interesujace".
                Wniosek: bigosu na talerzach musialo byc duzo (goscinnosc po polsku) i musial
                im naprawde bardzo, bardzo nie smakowac.
                • kasitza Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 21:11
                  opowiem z checia tu anegdote, ktora moj prof od historii w liceum opowiadal o
                  Henryku Walezym (pierwszym nie polskim a francuskim i to wybranym przez
                  pospolite ruszenie krolu rzeczpospolitej): otoz delikwent gdy zjawil sie na
                  wawelu i zobaczyl toalete, to sie zapytal o to jest.
                  Jakkolwiek maja wiele osiagniec w dziedzinie kultury, tak mozna ich mimo
                  wszystko oskarzyc o barbazynstwa!!!
            • kasitza Re: Zagraniczne typowe przyjecie 15.09.05, 21:08
              o jejku, sliczne!
    • Gość: Ewa Re: Zagraniczne typowe przyjecie IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 20:54
      No i prosze, rzucilam nowy temat i sama nie bardzo wiem, co napisac ;)
      Menu na typowym dunskim przyjeciu /pomijam przyjecia okolicznosciowo-tradycyjne
      typu Wielkanoc, Boze Narodzenie itp, bo te zawieraja z reguly tradycyjne
      potrawy, sila rzeczy niejako ;)/ jest oczywiscie zmienne od pory roku, wieku
      gospodarzy i wielu innych czynnikow.
      Elementem niejako stalym sa natomiast /poza piwem, rzecz jasna ;)/ choralne
      spiewy. Najczesciej na melodie dunskich, a czasem zagranicznych evergreenow,
      lecz ze zmienionym na ''okolicznosc'' tekstem. Zwyczajem jest rozdawanie
      wszystkim kartek z nowym tekstem i wspolny spiew - w miare mozliwosci wokalnych
      biesiadnikow, rzecz jasna ;)
      Zas dla preferujacych krasomowczosc, jest takie przyjecie mozliwoscia
      do ''wygadania sie'' - toasty i przemowy potrafia byc czasem dosc dlugie, a
      mimo to miejscami nawet dowcipne ;)
      A wszystko przy obficie zastawionych stolach, niezaleznie od menu.
      No i posilek, czesto ciagnacy sie kilka godzin, zakonczony obowiazkowa kawa z
      kieliszkiem odpowiedniego do kawy alkoholu.
      • kasitza DO EWY!!! 15.09.05, 21:07
        Ewa, a ty dalej jestes w Danii? Bo ja mieszkam rzut beretem od Danii, moze
        moznaby sie bylo spotkac i cos razem ugotowac?
        • Gość: Ewa Re: DO EWY!!! IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 21:10
          Kasitza, dziekuje za propozycje, ale ja mieszkam raczej daleko od tych stron :)
          • kasitza Re: DO EWY!!! 15.09.05, 21:12
            szkoda, bo ja jestem w kilonii, w niemczech i fajnie byloby sie spotkac nawet
            na kawe.

            inni forumowicze czasem sie spotykaja w ... warszawie, i ja tylko siedze w
            reichu i gryze paznokcie z zazdrosci...
            • Gość: Ewa Re: DO EWY!!! IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 21:23
              Mi tez byloby milo sie spotkac :), ale wbrew pozorom ;) Dania jest krajem dosc
              sporym i ja mieszkam bardzo daleko od granicy niemieckiej ;)
              Pozdro
              Ewa
              • kasitza Re: DO EWY!!! 15.09.05, 21:27
                mimo wszystko: mowie powaznie, jakbys miala ochote na spotkanie, to mezus i ja
                wskoczymy w samochod i wpadniemy na kawe
      • Gość: Ewa Moja Wielkanoc w Atenach w 2000 roku cz. 1 IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 21:18
        Kopiuje opowiesc grecka autorstwa Bebika:
        ''Przynioslam tutaj z forum Grecja (to z pewnego opracowania mojego autorstwa).

        Wielkanoc w Atenach w 2000 roku

        Wieczorem w domu Christina zaczela gotowac typowa wielkanocna zupe – nazywala
        sie magerica.
        Oczywiscie musialam sie temu przygladac.
        - Wiesz – mówila do mnie – pierwszy raz ja gotuje i nie wiem czy bedzie dobra.
        Dotad zawsze jadalismy ja u Ioannisa matki ale w tym roku jest inaczej, bo
        przeciez przyjechalas do nas.
        - Mówilam, ze bede problemem
        Ioanni przerwal krojenie koperku i popatrzyl na mnie.
        - Jesli jeszcze raz cos takiego powiesz to po raz pierwszy w zyciu po prostu
        sie na ciebie obraze.
        - Signomi Ioanni, naprawde signomi.
        W kuchni wspaniale pachnialo a w poteznym garnku gotowala sie wielka glowa
        barana. Pod wplywem gotowania stawala sie mniejsza i mniejsza.
        Christina zaczela kroic w malenkie kawalki ugotowana wczesniej barania watrobe
        wrzucajac je do wywaru - glowe barana wyrzucila juz wczesniej. Dodala jeszcze
        drobno pokrojona cebule, potem ryz, sok z cytryny, koperek, jakies przyprawy.
        - Moze nie bedzie taka zla –zastanawiala sie glosno.
        - Jestem pewna, ze bedzie doskonala – powiedzialam.
        Na kuchennym stole staly ciastka wielkanocne. Grecy nazywali je kurabiedes a ja
        oczywiscie je podjadalam.
        Christina nakryla stól w salonie – wygladal pieknie.
        Dostrzeglam trzy duze ciasta ze znajdujaca sie w srodku pisanka - przypominaly
        mi rodzime chalki. Wszedzie wokól staly talerze z czerwonymi pisankami – to
        Maria tak je wszystkie pomalowala. Kilka pomalowala na zólto i niebiesko, ale
        nie podobalo sie to Ioannisowi i zwrócil jej uwage: wedlug niego do tradycji
        nalezaly tylko czerwone pisanki.

        Przed pólnoca wszyscy wyszlismy do pobliskiego kosciola.
        Ioanni kupil piec swiec: chudych i wysokich.
        W kosciele rozpoczela sie juz ta najwazniejsza w calym roku msza w Grecji:
        Anastasi. Wewnatrz kosciola jak i wokól niego zgromadzilo sie wiele osób. Na
        przykoscielnym placu urzadzono oltarz, gdzie po pólnocy przybyli wszyscy
        tamtejsi ksieza. Jeden z nich wyniósl z kosciola zapalona swiece i wszyscy
        wierni w ten sposób, poczatkowo od jej swiatla, a potem od sasiednich zaczeli
        zapalac swoje swiece. Atmosfera byla bardzo podniosla i wzrastala z kazda
        minuta. Kiedy glówny ksiadz krzyknal „Christos Anesti” („Chrystus
        zmartwychwstal”) czulam wyrazna radosc wsród zebranych. Wywarlo to na mnie
        niesamowite wrazenie a w glebi duszy cieszylam sie ze zmartwychwstania
        Chrystusa razem z Grekami. Ioannisowie stali gdzies dalej, a ja tuz przy samym
        oltarzu – przeciez musialam wszystko dokladnie obejrzec. Dostrzeglam, ze ludzie
        zaczeli sie calowac mówiac sobie wzajemnie: „Christos Anesti” i
        odpowiadajac: „Alithos Anesti” („Prawdziwie powstal”).
        Pojawily sie fajerwerki – na znak radosci, a wszystko to tak bardzo mnie
        wzruszylo.
        Wrócilam do Ioannisów a oni wszyscy mnie pocalowali.
        - To „Pocalunek milosci”, tak sie nazywa – wyjasnil mi Ioanni.
        Zapalilam swoja swiece od ich swiatla i poszlismy do domu. Po drodze Ioanni
        wypytywal mnie o wszystko co czulam w czasie tej uroczystosci. Dla niego i
        Christiny tak waznym bylo, ze nareszcie, po tylu latach, moglam wziac udzial w
        tej wyjatkowej mszy.
        Caly czas nieslismy zapalone swiece i nikomu zadna nie zgasla, a to dobry znak,
        takze dla mnie. Przed domem Ioanni dymem ze swojej swieci narysowal krzyz na
        framudze drzwi zewnetrznych.

        W domu Christina podgrzala obiad i zasiedlismy do stolu.
        Jedlismy magerice – te zupe, która wczesniej Christina gotowala.
        Musialam przyznac, ze byla doskonala.
        Potem na stole pojawily sie pieczone ziemniaki w ziolach, kawalki owcy oraz
        salata.
        Pilismy biale wino „Santorini”, które kupilam wracajac z Plaki. Nie znalam
        greckich win ale to wszystkim smakowalo, co mnie cieszylo.
        Ioanni zarzadzil tluczenie jajek. Wygrala Christina – jej czerwona pisanka
        najdluzej pozostala niestluczona, a to oznaczalo, ze wlasnie jej bedzie sie
        szczescic przez caly rok.
        - Czy wiecie jak olbrzymim przezyciem jest dla mnie wszystko to w czym biore
        udzial? – zapytalam. – Tyle lat o tym czytalam a dzis wlasnie moge tego
        doswiadczac. Efcharisto para poli – podziekowalam im z glebi serca.
        Bylam doprawdy bardzo wzruszona.
        Jedlismy te ciastka – kurabiedes, dlugo w nocy sluchalismy piesni wielkiej
        greckiej postaci Meliny Mercouri.
        - Wiecie, tak bardzo jestem wam wdzieczna, ze moge w tak waznym dla was dniu
        byc wlasnie tutaj, z wami, w moich Atenach.


        Pozdrowienia. B.''

        • Gość: Ewa Re: Moja Wielkanoc w Atenach w 2000 roku cz. 2 IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 21:21
          Ciag dalszy opowiesci Bebika:
          ''Niedziela wielkanocna w Grecji w 2000 roku

          Znowu się stresowałam: niedziela wielkanocna a oni mi powiedzieli o dzisiejszym
          rodzinnym spotkaniu w większym gronie. Poczuła się bardzo niezręcznie.
          - Zostanę w domu, w Atenach, i doprawdy nie jest to dla mnie żadnym problemem –
          powiedziałam.
          - Posłuchaj mnie Betaki – zaczął Ioanni przy wspólnej porannej kawie - mam
          wrażenie, że ze szczęścia, iż znowu jesteś w Grecji zupełnie pomieszało ci się
          w głowie. Jedziemy wszyscy do letniego domu siostry Christiny, nad Zatokę
          Koryncką. Będzie tam mój przyjaciel ze studiów we Francji, który jest mężem
          siostry Christiny, ich dzieci oraz moja teściowa. Oni wszyscy od dawna tyle o
          tobie słyszeli, widzieli cię na zdjęciach, wiedzą, że miałaś przyjechać, żeby
          spędzić z nami Paschę, i cieszą się, że nareszcie cię poznają. Czy to
          rozumiesz?
          - Przepraszam ale nie chciałabym sprawiać kłopotów swoją osobą. Jak powinnam
          się ubrać?
          - Swobodnie, zupełnie swobodnie: to letni dom i bardzo luźna atmosfera.

          Wyjechaliśmy z Aten, w których dziś o tak wczesnej porze ruch na ulicach był
          niewielki. [......] okazała się być niedużą miejscowością. Letni dom siostry
          Christiny – Marii, i jej męża, Nikosa, usytuowany był po lewej stronie szosy:
          główna część wioski znajdowała się po stronie prawej. Domem i jego położeniem
          byłam zachwycona: wzniesiono go na wzgórzu a po tej stronie nie było innych
          zabudowań. Z ogrodu roztaczał się piękny widok: na doliny pełne drzew i
          krzewów.
          Przyjęto mnie tu bardzo ciepło: wszyscy okazali się być przesympatycznymi
          ludźmi.
          Obok domu urządzono palenisko i już piekło się w nim kokoreci.
          - To jedno z typowych naszych dań wielkanocnych – wyjaśniła mi matka Christiny
          stojąca przy palenisku, ale to wyjaśnienie przetłumaczył Angelos: jego babcia
          nie mówiła po angielsku.
          Miałam wrażenie, że znam tych ludzi od dawna i czułam się tu zupełnie
          swobodnie.

          Zasiedliśmy przy wielkim stole, który postawiono na ogrodowym tarasie, tuż
          przy palenisku. Najpierw pojawiły się przystawki: ośmiornice, choriatiki,
          najprzeróżniejsze rodzaje oliwek i feta pokrojona w duże kawałki, polana
          oliwą. Do tego mnóstwo białego wina własnej roboty, którego spore ilości wypił
          Ioanni ale i Angelos. Doszło do zabawnych sytuacji: Christina się wściekła
          wykrzykując, że przez Ioannisa jej ukochany syn zostanie z pewnością
          alkoholikiem. Tłumiłam śmiech ale Ioanni wcale się z nim nie krył, podobnie
          zresztą jak Angelos: ten miał już 21 lat i nie był małym dzieckiem.
          Christina krzyczała a Ioanni z synem tak świetnie bawili się przy dźwiękach
          greckiej muzyki z wysp, że nawet zaczęli śpiewać, w czym dzielnie pomagali
          pozostali.
          - Ioanni, kiedy zaczniesz tańczyć? – podeszłam do Ioannisa i prawie szeptem go
          zapytałam nie chcąc aby Christina to słyszała.
          - Jeszcze parę szklanek tego wina i wejdę na stół!
          Po zjedzeniu przystawek zaczęliśmy jeść kokoreci. Ależ to było doskonałe!
          Wspaniała wątroba barania upieczona w jelitach – z pewnością z jakimiś
          przyprawami. Po kokoreci – czas na danie główne: niesamowita ilość baraniny,
          pieczonych ziemniaków i misy sałaty.
          Z przerażeniem patrzyłam na te ilości wspaniałego jedzenia: Grecy chwytali
          mięso w ręce i tak zajadali. I cały czas to pyszne wino…
          Tłukliśmy oczywiście czerwone pisanki – tym razem najdłużej cała pozostała
          pisanka syna gospodarzy i to jemu będzie się szczęściło przez cały rok.
          Małej Marii było przykro: ani w nocy w domu ani tutaj nie udało jej się
          wygrać.
          Doliną wędrowało niezliczone stado kóz: pobrzękiwały dzwoneczkami co świetnie
          było słychać w ogrodzie.
          Wszyscy mieli doskonałe nastroje – z wyjątkiem Christiny. Ta była oburzona na
          męża.

          Kiedy gospodyni zaczęła stawiać ciasta na stole zdecydowałam iść na spacer do
          wioski – nie byłam w stanie zjeść już czegokolwiek. Wcześniej uzgodniłam z
          Christiną, że pójście na spacer już po jedzeniu nie będzie niczym nietaktownym.
          Miałam ochotę wypić frappe, ale gospodarze jej nie pili stąd bardzo
          przepraszali za brak odpowiedniej kawy. Ioanni chciał wsiąść w samochód i
          pojechać do kafenionu po frappe.
          - Nie Ioanni, absolutnie nie. Naprawdę chętnie pospaceruję trochę.
          Poza wszystkim zbyt dużo wypił wina, żeby już teraz prowadzić samochód.

          Pozdrowienia. B.''
          • Gość: Ewa Wesele w Galaxidi w Grecji w 1993 roku IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 15.09.05, 21:50
            Kolejna opowiesc Bebiak:

            '' Z tego samego opracowania mojego autorstwa.

            Wrócilismy do bungalowu gdy mala Maria zaczela zasypiac. Za moment przyszla
            starsza Greczynka i o czyms z Ioannisem rozmawiala.
            - No Betaki, alez niespodzianka! – krzyknal do mnie, kiedy tamta odeszla, i
            zniknal w domku.
            Za moment pojawili sie oboje z Christina, kazali mi wziac kamere i poszlismy w
            trójke na teren sasiedniej posesji.
            Cóz to byla za niespodzianka! Wiekszej chyba ten ktos nie mógl mi sprawic!
            Obok odbywalo sie wesele i na nie wlasnie zostalismy zaproszeni. Alez wielka
            radosc mi sprawiono – o czyms takim nie moglam nawet marzyc! Przywitano nas
            serdecznie i oczywiscie zaczely padac pytania dotyczace mojej osoby. Wiadomosc,
            ze jest tu cudzoziemiec szybko rozeszla sie po wszystkich uczestnikach wesela i
            zaczeto mi sie z zainteresowaniem przygladac.
            Posadzono nas przy stole. Stoly, a wlasciwie dlugie drewniane lawy poustawiane
            byly na ziemi: na nich misy, duzo mis pelnych miesa oraz pajdy chleba.
            Najwiecej bylo tu jednak dzbanków z winem, zwyklym bialym winem prosto z
            beczki, które bylo doskonale. Goscie nie byli wytwornie poubierani stad i ja
            nie czulam sie niezrecznie w swoim niewytwornym ubraniu: bylam w bialych
            dlugich spodniach i czarnej podkoszulce. Wielka radosc dalo sie tu odczuc i
            mialam wrazenie, ze wszyscy tutaj sa bardzo szczesliwi. Nasladujac niejako
            Ioannisów wzielam kawalek miesa i trzymajac go w rekach zaczelam jesc. Glodna
            oczywiscie nie bylam ale nie smialam odmówic jedzenia – to by urazilo
            goscinnych Greków.
            Ioanni nalal mi do szklanki wina, pobrzekiwala muzyka z Krety, sporo osób
            tanczylo, a ja...
            A ja myslalam, ze sie udusze z zachwytu!
            Przybyl do nas tutejszy ksiadz ubrany w sluzbowy strój rozpychany przez wielki
            brzuch, porozmawial z Ioannisami, a potem przywital sie ze mna i wypytywal o
            wszystko. Byl wyraznie zadowolony z poznania mojej osoby a – jak sie potem
            zorientowalam – dla wiekszosci najwiekszym zaskoczeniem bylo to, ze przybylam
            tu z Polski.
            Patrzylam jak tancza Grecy. Niektóre z tanców byly przeznaczone wylacznie dla
            mezczyzn i te najbardziej radowaly moje oczy. Otoczeni przez pozostalych
            uczestników wesela mezczyzni tanczyli przy oklaskach w sposób, jaki dotad
            widzialam tylko w telewizji. Stwierdzilam, ze nigdy nie pojme jak mozna tak
            umiec tanczyc. Dla mnie byl to uklad przedziwnych figur pokazywanych jak w
            zwolnionym tempie. Czasami mialam wrazenie, ze ci mezczyzni znajduja sie w
            jakims letargu - tak dziwnie sie poruszali.
            Patrzylam na to wszystko zauroczona a od czasu do czasu filmowalam – zapytalam
            wczesniej i pozwolono. Byla to wszak prywatna uroczystosc i nie zamierzalam
            sprawiac swa osoba klopotów.
            Najwieksze wrazenie wywarl na mnie taniec mezczyzn z butelkami stojacymi na ich
            glowach. W otwartych butelkach bylo piwo i wcale sie nie rozlewalo!
            - Czy naprawde to widze? – pytalam sama siebie – czy snie moze?
            Kobiety tanczyly zupelnie inaczej niz mezczyzni, moze nie az tak urokliwie ale
            równie pieknie, byly tez tance wspólne, z tradycyjnym greckim ukladem. Grecy
            tworzyli albo okrag albo rzad i tanczyli, tak wspaniale tanczyli. Pomiedzy
            bawiacym sie przechadzala Panna Mloda: w swej bialej sukni kojarzyla mi sie z
            boginia.
            Ci z uczestników wesela, którzy nie tanczyli, siedzieli przy stolach i spiewali
            piekne kretenskie piesni – Ioannisowie tez.
            Ioanni co jakis czas spogladal w moja strone usmiechajac sie serdecznie.
            Ja na to wszystko patrzylam i dziekowalam, tak bardzo dziekowalam losowi, ze
            moglam tutaj byc wlasnie dzis.
            ---------------

            Kilka (2, moze 3) zdjec z tego wesela na mojej www.betaki.friko.pl
            w kratce "Moich nastepnych ... nascie podrózy" i dalej: "Ateny, Galaxidi 1993"
            (chyba tak jakos)
            Pozdrowienia. B.''

    • kasitza droga ewciu, 15.09.05, 21:05
      zaczne od konca:
      1. moi znajomi niemcy i holendrzy kochaja pierogi ponad zycie (wlacznie z
      malzonkiem, ktory jest najwiekszym fanem oraz jeden z dobrych przyjaciol, ktory
      jest wegetarianinem, ale jak go zaprosze na ruskie z biedronkami, to je sobie
      obficie polewa skwareczkami twierdzac, ze co jak co, ale on bedzie sie
      delektowal do konca pierogami, a nie uszczuplal sztuke kulinarna)
      2. w niemczech i holandii na imprezach piwo i chipsy, troche wina.
      3. od swieta jakis obiad bardziej wystawny, w tym wypadku moze to oznaczac
      jakas potrawe, ktora sie przyrzadza ponad godzine, albo wyjscie do restauracji.
      Przy czym cenilam sobie talent mojej niedoszlej tesciowej w organizacji po
      domowemu trzech pozycji menu od swieta (tzn. ona zupe, a synowie drugie i
      deser). a w mojej prawdziwej tesciowej uwielbiam, ze robi sama te wlasnie
      maultaschen, o ktorych pisalam w tym innym watku, bo to kupa roboty, zwlaszcza,
      ze robi tyle, ze jeszcze zamraza i daje nam do domu.i to jest dla mnie od
      swieta.
      4. natomiast maz i ja jestesmy kucharzami z pasji i jak mamy czas to sobie
      dogadzamy. np. robimy sami makaron i do tego rozne wymyslne sosy. pojutrze znow
      kulinarna orgia!!!!:))))
      • Gość: KiTTy.DK Dunskie party;) IP: *.unknown.tele.dk 16.09.05, 09:44
        Ewa,nie napisalas ze dunskie imprezy czesto koncza sie tak ze polowa gosci gada
        glupoty i zatacza sie z kata w kat z powodu zbyt duzej ilosci wypitego
        piwa;D;D;D
        • Gość: Ewa Re: Dunskie party;) IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 16.09.05, 12:09
          To fakt, ale mysle, ze podobnie koncza sie wszystkie imprezy, na ktorych sa
          wieksze ilosci alkoholu ;)Niezaleznie od kraju, w ktorym sie odbywaja :)
    • ba_nita Re:Szwecja: Oskarshamnn i Ottenby 16.09.05, 12:58
      JAchtowa kuchnia, ale to nigdy mnie nie ograniczało. Bosman portu nas przywitał
      mieszanką angielsko-węgiersko-czesko-polską. Za tekst,ze w basenie jachtowym
      jest "fifty meters deep" na kolacji delektował się "Żóbrówką", flaczkami
      drobiowo-warzywnymi i "drzewkiem kiełbasianym". Od początku rejsu w kambuzie
      wisiało na sznurkach 15 kg suchych kiełbas.
      W Ottenby od rybaków kupiliśmy dorsza (swoją drogą wyszło nam po 5 złotych za
      kilogram - szok!!!!) Zrobiłem z niego filety zamarynowane w pieprzu, soli,
      wodzie mineralnej, soku z cytryny, majeranku i maggi, zawinąłem w zblanszowane
      liście kapusty i poszło to na grilla. Zaproszeni rybacy (zanim jeszcze wypili
      wódeczke) gadali, że "wery, wery". Jak się skończyło to przyniesli jeszcze
      śledzia i dorsza. Niestety nie było kapusty. Co ciekawsze oni jedli razem "z",
      a dla nas to było opakowanie do wywalenia.
      • Gość: Ewa Re:Szwecja: Oskarshamnn i Ottenby IP: *.ds1-roen.adsl.cybercity.dk 16.09.05, 18:14
        Ciekawa opowiesc, Banito :) I potwierdza jeszcze raz, ze wazne jest nie
        miejsce, a atmosfera ;)
        Natomiast nie bardzo rozumiem to Twoje zdanie:
        ''Co ciekawsze oni jedli razem "z",
        a dla nas to było opakowanie do wywalenia.''
        • roseanne Re:Szwecja: Oskarshamnn i Ottenby 16.09.05, 18:38
          chyba chodzi o te liscie kapusciane
    • qmc Re: Zagraniczne typowe przyjecie 16.09.05, 18:41
      Francja: tu zycie toczy sie od przyjecia do przyjecia. Kazda okazja jest dobra
      do swietowania i biesiadowania, zwlaszcza, ze "zycie spoleczne" we Francji
      wyglada nieco inaczej niz w Polsce: ludzie organizuja sie w roznych
      stowarzyszeniach, przytlaczajaca wiekszosc nalezy do kilku, kazde
      stowarzyszenie ma swoje swieta, wiec okazji jest mnostwo. W gronie zajmych
      zapraszanie sie i spotykanie przy stole jest tak naturalne jak "dzien dobry".



      Uroczysty obiad-przyjecie moze trwac nawet szesc godzin (trzy to minimum) i
      gospodarze sa czesto rozczarowani, ze nie chcemy zostac na kolacje. Menu jest
      bardzo urozmaicone, bo Francuzi to poszukiwacze nowosci (generalnie,
      oczywiscie, konserwatysci tez sie znajda). Otwieraja im sie szeroko oczy, kiedy
      sie dowiaduja, ze my na najbardziej uroczyste swieta przez cale zycie jemy to
      samo. Im bardziej dostojni gosie, tym bardziej wyszukane menu, wino i zastawa.
      A wiec mozna trafic na golebie (nie: golabki) w truflach podane na porcelanie
      odziedziczonej po prababci lub na jednorazowe talerze i plasitkowe kubki z
      winem z kartonika...

      Przyjecie zaczyna sie od aperitifu (czyli alkoholu, ktory ma pobudzic soki
      trawienne) do ktorego podawane sa rozne drobne przekaski (na raz do ust),
      zwykle bardzo wymyslne, czesto na cieplo. Aperitif trwa od 15 min do nawet 40-
      tu.

      Pierwsze danie to przystawka. Tu rozmaitosc jest GIGANTYCZNA. Panie domu
      przescigaja sie w pomyslach i pieknym podaniu. Przyklady b.klasyczne: muszle
      sw. Jacka, slimaki w masle czosnkowym, fois gras (gesie watrobki) na zimno lub
      na cieplo. Z prostych: np. rozne salatki, melony (z szynka parmenska lub
      porto) - wazny jest sezon na dane warzywo. +Stosowne wino.

      Potem danie rybne. Ryba na cieplo w sosie z odrobina makaronu lub ryzu. W
      panierce nigdy mi nie podano. Oczywiscie zmiana wina.

      Nastepnie danie glowne. Mieso (gosciom nie wypada podac podrobow, kurczakow,
      itp., b. rzadko wieprzowina). A zatem kroluja kaczki (zwlaszcza piersi),
      perliczki, czasem golebie, dobra wolowina, jagniecina. Do miesa duzo warzyw,
      oczywiscie nie wypada podac z mrozonek - plama na honorze pani domu... Kolejne
      wino - pasujace do dania. Dobor wina nalezy do pana domu, a piwnica jest jego
      powodem do dumy.

      Potem salata. Na kwasno - z sosem vinegret.

      Nastepnie na stol wyjezdzaja na specjalnej desce sery + swieze pieczywo. Sery
      powinny byc zroznicowane (czyli twarde, plesniowe, "zielone"; zwykle piec i
      wiecej gatunkow). W sezonie z kolorowymi winogronami. Nie musze dodawac, ze
      wino tez jest zmieniane.

      Deser. Zgodny z pora roku, robiony wlasnoreczne. Od prostych tartes owocowych,
      przez lody (rzadko) i musy, po "île flottante", itp. Bez alkoholu. Jesli chcemy
      go popic - woda (ktora jest w kieliszkach przez cale przyjecie).

      Kawe podaje sie po deserze. Do kawy pan domu wydobywa "digestive" czyli
      alkohol, ktory ma nam ulatwic strawienie tego wszystkiego... Zwykle jest to
      koniak, armaniak, sznapsy. Paniom proponuje sie likiery.

      Po kawie wychodzimy (z trudem).

      To oczywiscie jest uroczyste przyjecie. W czasie niedzielnego proszonego obiadu
      rezygnuje sie z jednego dania (najczescie jest ryba lub mieso). Czasem (rzadko)
      nie ma tez sera.

      Latem Francuzi chetnie organizuja przyjecia mniej uroczyste: grill w ogrodzie.
      Ale to co opisane powyzej, to po prostu standardt. Podobnie wyglada np.
      sylwester. Najpierw jedzenie w ww. kolejnosci. Tance po kolacji (wtedy bardzo
      wykwintnej, opartej na najdrozszych produktach...).
      • dziaadek Re: Zagraniczne typowe przyjecie 17.09.05, 14:16
        qmc bardzo dobrze opisala francuskie przyjecie. Francuzi uwielbiaja biesiadowac
        i jak zapraszaja do siebie to kazda gospodyni (gopodarz) stara sie zrobic jak
        najbardziej wykwintny i oryginalny posilek z odpowiednio dobranymi winami.

        Co do tej historii z bigosem o ktorej, ktos wspomnial wczesniej to mi sie
        wierzyc nie chce. We Francji istnieje cos bardzo zblizonego do naszego bigosu
        jest to alzacka choucroute. Jest to danie powszechnie lubiane. Osobiscie nieraz
        czestowalam swoich znajomych polskim bigosem i za kazdym razem wszystkim
        smakowalo.
    • ampolion Re: Zagraniczne typowe przyjecie 17.09.05, 04:11
      Pamiętam mój pirwszy proszony obiad w Stanach. Pani po polsku dość dobrze
      mówiąca, zaprosiła mnie do siebie na obiad. Spodziewałem się czegoś w polskim
      stylu "przyjęciowym", a tu rzeczywiście obiad: surówka (salad) na pierwsze,
      jekieś tam normalne danie obiadowe, coś na deser i koniec. W Ameryce gościowi
      gospodyni nakłada i na repetę nie nalega.
      Swoją drogą ciekawe jest porównanie poczęstunków w pracy z tym co znajduje się
      na spotkaniach i zebraniach polskich. Mizeria (nie polska) i obfitość.
    • kwiatek_leona Pytanie do QMC 17.09.05, 16:50
      QMC napisala:
      "Mieso (gosciom nie wypada podac podrobow, kurczakow...".

      Czy znasz moze powod, dlaczego sie tak dzieje? Zauwazylismy, bedac goszczeni we
      francuskich domach, ze istotnie nigdy nie podjeto nas kurczakami (koza jak
      najbardziej i to na wigilie). A moze to regionalizm, bo np. drob z Bresse uwaza
      sie za najlepszy we Francji i pewnie tam z duma serwuja swoje pierzaste
      pociechy :)





      • qmc Re: Pytanie do QMC 17.09.05, 17:08
        Kurczaki itp. to po prostu tanie jedzenie codzienne. A gosci chce sie
        uszanowac, wiec...

        Skoro byla koza - bardzo sie starali :)))) (trudno kupic w supermarkecie, wiec
        podali wam drogie mieso, kupione w malym renomowanym sklepie)

        Tak, regionalizmy sa we Francji bardzo wazne (Francuzi najpierw identyfikuja
        sie z regionem, potem z Francja; z regionu sa tez bardzo dumni, wiec lokalne
        dania/specjalnosci - jak najbardziej)
        • kwiatek_leona Re: Pytanie do QMC 17.09.05, 18:23
          Dzieki za odpowiedz, robi sens. Nasze biesiadne doswiadczenia we francuskich
          domach (bo restauracyjnie sa szersze) ograniczaja sie glownie do Alzacji a tam
          ludzie maja nieuleczalny przypadek "zastaw sie, a postaw sie".

          Pozdr.
          • qmc Re: Pytanie do QMC 17.09.05, 19:43
            Alzacja jest bardzo bogata. To drugi najbogatszy region Francji (po Paryzu).
            Oni sie nie zastawiaja, oni tak zyja co niedziele, co swieto... Jest nawet
            takie powiedzenie: "we Francji je sie dobrze, w Niemczech duzo, a w Alzacji
            duzo i dobrze". To troche oddaje ich ducha.
            Dla mnie Alzacja jest fenomenem: ludzie mieszkajacy przy granicy i podbijani
            przez obydwa panstwa, wzieli co najlepsze z dwoch narodow: Francuska lekkosc,
            radosc zycia, kuchnie i niemiecka pracowitosc, czytosc (itd. itp.). Mowia
            niemiecka gawra, ale czuja sie Francuzami i do niedawna Niemcow bardzo nie
            lubili...
            • kwiatek_leona Re: Pytanie do QMC 17.09.05, 20:17
              ale czuja sie Francuzami i do niedawna Niemcow bardzo nie
              > lubili...

              Szeptem i na stronie dodam, ze ciagle nie lubia:)) Z powodu bliskosci granicy i
              latwosci porozumienia sie, mnostwo Niemcow wali do Alzacji na weekendy. Wielu z
              nich, niestety, zachowuje sie jak u siebie w domu, nie biorac pod uwage
              historycznej wrazliwosci Alzatczykow. O stereotypowym turyscie niemieckim
              napisano juz tomy, ale nigdzie nie razilo mnie to zachowanie tak, jak wlasnie w
              Alzacji.

              Milo, ze lubisz ten region, bo spotkalam sie z garscia wrecz pogardliwych
              opinii ze strony Francuzow, badz Polakow mieszkajacych we Francji, ktorzy
              uwazali Alzatczykow za burakow, nie do konca lojalnych Republice.

              Hopla!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka