No to ja założę wątek konkurencyjny do wątku Cze

Mianowicie chodzi mi o artystów, którzy zaczynali grając
muzykę mniej lub bardziej komercyjną, ale z czasem
zaczęło ich ciągnąć w rejony o wiele ambitniejsze.
Moje przykłady:
Talk Talk - pierwsza płyta wydana u szczytu popularności
nurtu new romantic i w takim też stylu utrzymana. Sporymi
fragmentami ocierająca się o ordynarną dyskotekę. Jednak
potem Mark Hollis i jego drużyna stopniowo zaczynali
rezygnować z prostych rytmów, elektronicznej perkusji
i brzmień syntetycznych. Co ciekawe, im bardziej ambitniejszy
stawał się pop w ich wykonaniu, tym większy sukces komercyjny
odnosili (płyta "Colour of Spring"). W końcu Hollis i producent
Tim Friese-Green pojechali na maksa - albumy "Spirit of Eden"
i "Laughing Stock", na których nie znajdzie się już absolutnie
nic co mogłoby się kojarzyć z muzyką z list przebojów.
Co zresztą było przyczyną ich rozstania z EMI. Po "Laughing
Stock" Hollis rozpędził zespół na cztery wiatry uznając, że
dalsza działalność nie ma sensu, bo oznaczałaby nagrywanie
w kółko tej samej płyty. Swoją drogą, czasami myślę, że fajnie
by było, gdyby niektóre zespoły działające od kilkudziesięciu lat
doszły do równie odważnych wniosków.
Sam Mark Hollis zniknął na parę lat, żeby w 1998 przypomnieć
się albumem o brzmieniu już bardziej jazzowym niż popowo-rockowym.
David Sylvian - tutaj droga podobna jak w przypadku Hollisa.
Zaczynał ze swoją nowofalowo-noworomantyczną formacją Japan.
Sporo przebojów, wymyślne stroje i fryzury, a potem...
Japan zniknął, a Sylvian uciekł w spokojną muzykę biorącą
garściami z jazzu, trochę z King Crimson lat osiemdziesiątych,
potem fascynacją formacjami wytwórni 4AD, by wreszcie otrzeć
się o awangardę (płyty z Holgerem Czukayem albo ubiegłoroczna
"Blemish").
Tak więc widać, że w drugą stronę (tą trudniejszą) też się da