No i się wybrałem. Po przebiciu się dwukrotnie przez kolejkę której gęstość nieustannie rosła znalazłem się w niewielkiej sali na jakie 100-120 osób. Oczywiście organizatorzy przeładowali ją skutecznie. Zero powietrza. Tyle że po co ono komu?
Z półgodzinnym mniej więcej opóźnieniem zaczęli. Pierwszy na scene wyszedł geniusz perkusji Tatsuya Yoshida. Wyszedł i zagrał coś co w skrócie można określić jako jazgot. Ale jaki to był jazgot!! Przy podkładzie gitary raz mniej, raz bardziej zmodyfikowanej szalał, zmieniał rytmikę co 5-10 sek. Grał zupłnie połamane 1-2 minutowe kompozycje wykazując się swoją wirtuozerią. Ze znanych mi rzeczy mogę to porównać ewentualnie do Fantomasa, ale nawet oni musieliby Yoshidzie ustąpić palmy pierwszeństwa. W trzecim utworze w metalową grę perkusista wplótł fragmenty Carmen Bizeta... i chyba nie tylko

Jego gra zaowocowała u mnie opadem szęki. I nie żartuję w tym miejscu. Momentami coś pośpiewywał. Czase zawodził swoim wysokim głosem. Trudno i jednak powiedzieć czy były w tym jakieś słowa. Poszalał 30 minut obdzielając słuchaczy niesamowitą dawką energii i zszedł. Wada jego występu? Jego wypowiedzi ograniczyły się do powitania przedstawienia pierwszego utworu i krótkiego "thank you" po każdym utworze.
Kazuhisa Uchihashi (gitara) nie bawił się w dziękowanie po utworach

Jego gra była zupełnie inna. Yoshida grał głośno (oj, jestem dłużnikiem moich bębenków) i szybko. Gra Uchihashi grał ciszej i przez większość swego 30 min. koncertu dużo spokojniej. Jego grę trudno nazwać grą na gitarze. Najwięcej operował przy efekcie i prztworniku jakowymś ustawionym przed nim na stole. Ustwił się tak, że można było jedynie domyślać się co robi z gitarą. To co powstawało było niesamowite. Zapętlał jedne motywy, modyfikował. Jednym instrumentem tworzył ogromną gamę dźwięków. Jego gitara przypominała słuchającym bas, harmonijkę ustną, a nawet organy. Momentami można było w jego grze rozpozanć pewne podobieństwo do gry Primusa. Ale tylko śladowe. Kompozycje były niezwykłe. Kojarzyły się z ambientem lub drum'n'basem. Potem przeskoczył na klizmaty bardziej industrialne. Zaczął więcej używać gitary. Przedtem niemal nie używał chwytów, teraz jego muzykja zaczęła przypominać jakiegoś mocno porypanego rocka. A na koniec powiedział intermission i siadł.
Razem stworzyli coś niesamowitego. Stworzyli jedną całość. Raz rytmikę lub melodię wprowadzał Yoshida, raz Uchihashi. Fragmentami cyklicznie się zamieniali. Wprowadzali jakieś transowe elementy. Początek ich gry był po prostu awangardowy potem wich muzyce dało się wyczuć inspiracje- najpierw metalem a'la Pantera, potem prog rock lat 70' Takiego prog rocka to bym sobie posłuchał. wokale Yoshidy w tym wszystkim brzmiały jak jakieś wynaturzenie, a całość była po prostu genialna.
Po godzinie (chyba z lekkim okładem) panowie uśmiechnęli się do siebie i po kilku ukłonach zeszli ze sceny. Te uśmiechy były jasne. Artyści nie mieli już siły na trzeci bis. Powinienem chyba zaznaczyć, że drugi to była najbardziej porypana i jedna z lepszych kompozycji koncertu. W komentarzach było słuchać głównie podziw. Panowie zajęli się podpisywaniem różnych przedmiotów i wysłuchiwaniem komplementów

Koniec końców stwierdzam, że nie zaznam spokoju jeśli nie trafię jeszcze na koncert coć jednego z tej dówjki

Pozdrawiam