Gość: Coal Chamber
IP: *.retsat1.com.pl
29.01.03, 23:28
Miało być o Deicide, ale myślę że najlepiej rozpocząć mój autorski cykl
recenzji właśnie od Coal Chamber, bo ta nazwa ciągle się tu pojawia, a nikt
nie wspomniał ani słowa na temat tej kapeli. So, let`s go!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
************************ COAL CHAMBER - The true story ***********************
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I. WSTĘP
Po raz pierwszy usłyszałem nazwę Coal Chamber wiosną zeszłego roku, u Wita w
programie metalowym na Vivie, gdzie bez większych zapowiedzi czy komentarzy,
zapodał video tego zespołu. Rozpoczęło się całkiem niewinnie, od Ozzy`ego
podróżującego furgonetką z lodami, i jego ataku na młodą niewiastę bawiącą
się na ganku wielkiej XIX-wiecznej posesji. Scenkę zamykał potężny akord
gitarowy i zduszony oddech zwieńczony równie zduszonym okrzykiem "PUMP". Tak
zaczyna się klasyk nu-metalu - "Loco".
Centralną postacią teledysku/zespołu jest Bradley Fafara, prezentujący tu
bezsprzecznie najbardziej OPĘTANY wizerunek jaki widziałem. Kilkanaście
kolczyków, dwie wytatuowane "łzy" pod dolną wargą, centymetrowa "kreska" pod
oczami, długa broda (ala` Shavo) i łysa głowa z dwoma kilkunastocentymetro-
wymi warkoczykami...
Shizofreniczne video do shizofrenicznej muzyki, z maniakalnym krzykiem
Fafary, do shizofrenicznego tekstu... MUSIAŁEM to MIEĆ!
Niestety, po fali euforii, wkrótce miała nadejść złość i frustracja. Jako że
nigdzie nie mogłem znaleźć debiutanckiego albumu, musiałem zadowolić się
drugą płytą zespołu - "Chamber music". Pełen dobrej myśli i wiary wrzuciłem
ją na magnetofon (na szczęście kupiłem "tylko" kasetę) i.... KLAPA. Absolutne
fiasko. Zamiast strasznego wykopu i szaleństwa usłyszałem Depeche Mode
grające w stylu późnej Metallicy. Zamiast shizofrenii - pseudo-gotycki
klimat. Mojej rozpaczy nie ugasił nawet genialny cover utworu Gabriela -
"Shock the monkey" wykonany wspólnie z Osbournem. Szmutek...
Nie wiedząc czemu, kilka miesięcy później, bedąc na zasłużonym urlopie w
Zakopanym (-em?) zakupiłem trzeci, jeszcze świeżutki album "Dark Days". I do
dziś nie wiem co mnie do tego skłoniło? Fakt jest faktem. Płyta w pełni
zatarła wcześniejsze wrażenie. W końcu, dość okrężną drogą dotarłem do
pierwszego, najbardziej porządanego albumu - "Coal Chamber". Ale o tym za
chwilę...
II. ZESPÓŁ
Pewnego dnia Bradley "Dez" Fafara, hair-stylist (fryzjer) z Los Angeles,
zapragnął zostać muzykiem. W związku z tym zamieścił w gazecie stosowne
ogłoszenie i poznał w ten sposób niejakiego Miguela "Meegs`a" Rascona
grającego na gitarze. Następnie Bradley spytał Raynę Foss, przyjaciółkę swej
żony, czy nie chciałaby grać w jego grupie. Rayna początkowo odzrzuciła
propozycję, tłumacząc się iż nie potrafi grać na żadnym instrumencie, ale po
wielu namowach "Deza", objęła ostatecznie funkcję basistki. Pozostała jeszcze
kwestia perkusisty. W krótkim castingu, zwyciężył Mike "Bug" Cox, który
wygrał z własnym bratem, również aspirującym do tej roli. Kwestią sporną była
jeszcze nazwa zespołu, Bradley forsował nazwę COAL, Meegs`owi bardziej
odpowiadało CHAMBER. Ostatecznie w drodze kompromisu, obydwie nazwy połączono.
W roku 1995 grupa zaczęła grać i koncertować w klubach LA. Szybko zdobyła
uznanie i respekt fanów, dzięki charyźmie, ciężkiemu brzmieniu i gotyckiemu
wizerunkowi. Kapela łączyła potężne gitarowe riffy, z prostym, monotonnym
rytmem perkusji, co nadawało muzyce olbrzymiej siły. Wzbudziło to
zainteresowanie Rossa Robinsona, młodego producenta muzycznego, który zaniósł
kasetę demo Monte Connerowi, wielkiemu menago Roadrunner Records. Monte
zaproponował kapeli kontrakt, sesję nagraniową, trasy... Lecz wtedy pani
Fafara powiedziała DOŚĆ! Bradley dostał ultimatum: albo oni albo JA. Ponieważ
bardzo kochał swą żonę, odszedł z Coal Chamber i zespół znalazł się
praktycznie w punkcie wyjścia. Bezskutecznie próbowano szukać nowych
wokalistów. Ostatecznie Meegs poprosił Deza o powrót i ten po długich
namysłach zdecydował się na to. To było za dużo dla pani Fafara. Pewnego dnia
odjechała na oczach Bradleya z domu ich samochodem, z całym dobytkiem i psem.
Nie spodziewała się jakie pociągnie to za sobą konsekwencje...
III. LOCO
Po wielu peturbacjach w roku 1997 ukazał sie długo oczekiwany debiut Coal
Chamber. Na wstępie powiem iż jest wyjątkowo nierówna. Pierwsze 7 utworów
jest genialnych, pozostałych 7 (praktycznie rzecz biorąc to 5), to wyłącznie
solidne nu-metalowe utwory. Dlatego skoncentruję się na pierwszej 7-ce.
1. Loco - "PUMP! Steamroller pumping through my head...". Najczystsze
szaleństwo. Absolutna shizofrenia. Potężne gitarowe riffy i maniakalny krzyk
Fafary. Jeden z najlepszych utworów jakie w życiu słyszałem. Niezwykle prosty
(jak z resztą cała płyta) ale posiadający niespotykaną dawkę energii. Wielki
HIT.
2. Bradley - utwór bardzo osobisty w treści, jako jedyny na płycie posiada
śladową melodię. "This letters for christmas are driving me crazy, this
letters are making me so angry!!!". Słuchając tego utworu zastanawiam się
jakim cudem człowiek to śpiewający jeszcze żyje?
3. Oddity - "This is the way it got to be!" Nic dodać nic ująć. Może tylko to
że: każdy ma to na co zasłużył. Gitara schodzi na drugi plan i współtworzy
rytm. 0 melodii. Nie nadaje się do grania przy ognisku.
4. Unspoiled - pewnego dnia, Bradley wracał ze studia do domu, gdy nagle
zauważył że jego żona odjeżdza ze wszystkim co ma. Zatrzymała się, popatrzyła
i spytała:
- Do you feel alright?
- Do I seem alright to you? - spytał Dez, po czym pobiegł z powrotem do
studia się wypłakać. Przy okazji nagrał swoje pytanie i zamieścił je w tym
utwórze.
UWAGA: Jeżeli ciekawi cię jak brzmi PRAWDZIWA rozpacz, histeria, ból i
cierpienie, posłuchaj tej piosenki. Jeżeli jesteś wrażliwy NIE SŁUCHAJ JEJ.
To brzmi naprawdę strasznie. To nie jest udawane. To NIE MOŻE BYĆ UDAWANE. To
kwintesencja całej płyty.
5. Big Truck - drugi najlepszy (po Loco) utwór na płycie. `Nuff said.
6. Sway - "The roof, the roof, the roof is on the fire!". Bloodhound gang
spierdolili. Ten tekst w wykonaniu Deza rozrywa uszy. 100000% agresji. KOSMOS.
7. First - fantastyczny, klimatyczny kawałek. Bardzo wyciszony, by w końcówce
rozgnieść słuchacza w pył. "If someone should ask you then say, he sleeps all
day, he thinks that he`s gone son, and always will be... B E T R A Y E D !
8. Marcian Puto & 12. Amir of the desert - krótkie przerywniki. W Amirze
Bradley bawi się w beduina. Czy kogoś podobnego, nie znam się.
Reszta - fajna ale bez błysku.
PODSUMOWUJĄC:
Fantastyczna, mroczna, klimatyczna i baaardzo ciężka płyta. Strasznie
depresyjna. Bradley włożył tu całą swą duszę. WIELKI ALBUM. KLASYK.
IV. CHAMBER MUSIC
Będę starał się być bardzo obiektywny. Jak już mówiłem nie podoba mi się ta
płyta, ale...
Jest zupełnie inna od debiutu. Wciąż prosto grana, nie ma jednak tej mocy
co "self titled". Słychać wyraźnie że zespół poczynił olbrzymie postępy,
album ma iście gotycki klimat, współtworzony przez klawisze i inne efekty
specjalne.
Najlepszy jest bez wątpienia "Shock the monkey" Petera Gabriela. Słyszałem
oryginał i bardzo mi się nie spodobał. Cover jest świetny. Wspaniały Ozzy.
Świetny kawałek.
Drugi dobry utwór to "Not living", w którym czuć nieco histerii znanej z
debiutu.
Wyróżniającymi się są jeszcze "Tyler`s song", "No home" i "El Cu Cuy".
Ciekawy jest "Burgundy" - "What have you done for me lately?" (cytat z
Eddiego Murphy`ego (?))
Reszta, bardzo, bardzo przeciętna. Powód? Moim zdaniem brak ognia. Zbyt duży
nacisk położono chyba na budowanie gotyckiego nastroju, a mniejszy na
przesłanie. Ta płyta ma bardzo dobre opakowanie (muzyczne), ale wewnątrz jest
pusta. Mimo wszystko, uważam że warto jej posłuchać. Powinno przede wszystkim
zaciekawić fanów Paradise Lost (tego późnego) i Cathedral.