Dawno mi się już nie zdarzyło słuchać jakiejś płyty kilka razy pod rząd.
Dzisiaj tak się stało, a to za sprawą pierwszego albumu Rare Bird z 1969
roku. Może trafił na ten dzień i ten nastrój, ale myślę, że ta muzyka
doskonale się broni po latach, jakie upłynęły od jej powstania. Czuję w niej
zaczątki rocka progresywnego, ale jeszcze z domieszką psychodelii, a nawet
soulu. Wciąż jednak są to „normalne” piosenki, najdłuższa trwa niecałe siedem
minut. Na brzmienie zespołu największy wpływ mają organy Hammonda, wspierane
przez elektryczne pianino. Przy nagrywaniu tego albumu nie korzystano z
gitar, ale jakoś wcale nie odczuwam ich braku, zwłaszcza że bas jest bardzo
wyrazisty. Rytmicznie i melodyjnie bez zarzutu. W nieco beatlesowskim „Bird
on a Wing” solówka prawdopodobnie grana na organach, brzmi zupełnie jak
elektryczna gitara – niesamowicie.
I jest to taka huśtawka – od kawałków ostrych, niemal hardrockowych
(„Beautiful Scarlet”

do łagodnych i melancholijnych (oto pytanie, jaki ich
numer można z czystym sumieniem tak określić?), a i w trakcie utworów po
bardzo dynamicznym fragmencie następuje nagłe wyciszenie i uspokojenie.
Świetnie pokazuje te zmiany w nastroju „Sympathy” – chyba najbardziej znana
piosenka Rare Bird; przykład typowego dla ich muzyki przeplatania się dwóch
wokali – jeden delikatny i łagodny, który nazwałabym lirycznym, a drugi
dramatyczny - chropowaty, głęboki i ostry. Podobny efekt zauważyłam u The
Pixies, z głosem męskim i kobiecym.
Niektóre kawałki („Times”, „Melanie”

bardzo przypominają mi brzmienie The
Nice („For Example”

, czy nawet Emerson, Lake & Palmer („Benny the Bouncer”

,
łącznie ze sposobem śpiewania. Te utwory są również najbardziej dynamiczne,
obok niesamowitego i ponurego „God of War”, najdłuższego melancholijnie-
progresywnego „Iceberg”, pogodnego „Nature's Fruit” i wspaniałej ballady „You
Went Away” (nawet ich ballady działają jak zimny prysznic

. Świetnie się
słucha tych dziewięciu kawałków. I już nie mogę się doczekać, kiedy poznam
więcej muzyki Rare Bird.