Tylko siedem kawałków i tyle radości... Wolałbym wprawdzie usłyszeć całą nową
płytę Vadera, ale na zasadzie „jak się nie ma, co się lubi...”, zadowolę się
EP-ką (na razie).
„Blood” to kolejny dowód na to, że grupa Vader potrafi grać metal na
światowym poziomie. I od strony kompozytorskiej i produkcyjnej ten minialbum
robi naprawdę dobre wrażenie (oczywiście, mam na myśli odbiorców lubiących
ten gatunek muzyczny). Już w otwierającym całość „Shape Shifting” jest bardzo
dobrze. Mimo zmiennego tempa utwór nie traci charakterystycznego dla tej
muzyki pędu; motoryczny podkład wzbogacają zmiany melodii i fajne solówki (o
te ostatnio trudno w nowej muzyce). Świetny kawałek na rozpoczęcie tej
dynamicznej płyty.
Dalej jest „We Wait” – nieco bardziej standardowe, ale też się wspaniale
sprawdza. Mocna jazda, po prostu - to, czego wszyscy tu oczekiwali.
Wprawdzie Vader korzysta ze starych i sprawdzonych, od lat wypracowanych
patentów, ale chyba umiejętności warsztatowe i inwencja muzyków sprawiają, że
mimo małego pola do popisu, jeśli chodzi o różnicowanie kompozycji, utwory i
tak stanowią wspaniały podręcznik dla młodszych muzyków nt. „Jak tworzyć
dobry metal”.
„As The Fallen Rise Again” to wściekła jazda z nabijającą rytm w szalonym
tempie perkusją i masakrycznymi gitarami. Głowa sama „chodzi” przy
słuchaniu. Rewelacja, chłopaki przechodzą samych siebie. Kompozycja płynnie
przechodzi w „Son Of Fire” (brzmią jakby były jednym, dwuczęściowym utworem),
równie motoryczne, pędzące i okraszone świetnymi partiami gitar. Na kasecie
jest błąd w opisie (utwory zamieniono kolejnością).
„Traveler” nieco zwalnia tempo, mimo że częściowo wypełnia go całkiem fajna
młócka. Nieco bardziej zróżnicowany rytmicznie i melodycznie jest ostatni
własny utwór grupy na tym króciutkim wydawnictwie, „When Darkness Calls”.
Cudowna jazda, bardzo melodyjna a jednocześnie dynamiczna.
Wydawnictwo zamyka przeróbka utworu „Angel Of Death”. Nie, nie Slayera, tylko
Thin Lizzy. Peter dopisał trzecią zwrotkę do oryginału, ale nie jest to
jedyna różnica. Oryginał Thin Lizzy (z płyty „Renegade”

to typowy
hardrockowy kawałek. Wersja Vadera się różni – wprawdzie Polacy odegrali dość
podobnie wstęp (na gitarach, bo w oryginale gra go syntezator), ale potem
wersja Vadera robi się bardziej czadowa, chociaż trzyma się oryginału.
Generalnie bardzo sympatyczne zakończenie tej króciutkiej płyty, mam
nadzieję, że stanowiącej przedsmak czegoś większego...