toxicnoiz
19.03.12, 20:52
Witam,
chciałam podzielić się z Państwem BARDZO PRZYKRYM doświadczeniem. Można to tylko określić trzema słowami: ŚMIERĆ W MĘCZARNIACH!
Będąc na spacerze w okolicy, w której pasą się krowy pewnego gospodarza dostrzegłam, że jedna krowa leży na ziemi. Po dokładniejszych oględzinach można było stwierdzić, że leży tam od dłuższego czasu, wycieńczona i słaba. Leżała praktycznie bez ruchu, słabo oddychając. Szybko udaliśmy się do domu i poprosiliśmy znajomego, by zadzwonił do wspaniałego 'gospodarza'. Jak mniemam, ten nawet nie raczył się pofatygować do chorego zwierzęcia. Następnego dnia udałam się ponownie do odległego o ponad kilometr miejsca, krowa leżała w tym samym miejscu, ciężko sapiąc i parskając wodą z nozdrzy. Miała zamglone oczy i nie wyglądała najlepiej. Jakimś cudem zobaczyliśmy gospodarza,. który wydawał się nas nie zauważać. Po kilkukrotnym wołaniu w końcu podszedł, stwierdził, że wie, że krowa tam leży, a co najlepsze powiedział "ONA TAK JUŻ LEŻY OD PIĄTKU!" (wypowiedź z niedzieli). Na pytanie, czy wiadomo, co jej jest odpowiedział: "NIE WAŻNE, CO JEJ JEST, WSTANIE ALBO NIE WSTANIE". Ponoć komplikacje poporodowe. Po serii zadanych mu pytań raczył ułożyć krowę przy naszej pomocy w bardziej dogodnej dla niej pozycji, a później podsunął jej nieco siana i szybko się oddalił. Krowa nadal nie miała wody, prawdopodobnie właśnie już od piątku. Próbowała jakoś wstać, lecz tylko uderzała łbem o ziemię... To był naprawdę straszny widok... ;( Chorą krowę należałoby chyba odizolować od pozostałych w jakiejś oborze...
Dodać muszę, że krowy nie mają żadnych "naczyń" z wodą, a do pobliskiej rzeki muszą przejść około 300 m. Trochę nietypowe jak dla mnie warunki... Dzisiaj udaliśmy się w to samo miejsce z butlą wody i naczyniem, by napoić i nakarmić zaniedbaną krowę. Niestety, krowa padła, zostało tylko wygniecione miejsce i sznur z pętlą(?). Jak się później dowiedzieliśmy, przyjechał odpowiedni pojazd i zabrał zwierzę do utylizacji. Ewidentnie facet nie postarał się o to, by krowę zbadał weterynarz, sam wystawił diagnozę. Biedne zwierzę dogorywało najprawdopodobniej od czwartku (noc) do nocy z niedzieli na poniedziałek. Obcy ludzie bardziej interesowali się losem zwierzęcia niż właściciel...
Co zrobić w takiej sytuacji? Gdzie i do kogo się udać i jak udowodnić facetowi, że tak się zwierząt nie traktuje! Skoro podjął się odpowiedzialności opieki nad ponad setką krów, to niech się zastanowi, czy jest właściwym człowiekiem we właściwym miejscu.
Serdecznie dziękuję za jakąkolwiek poradę,
pozdrawiam.