Dodaj do ulubionych

Dukan + spartańskie warunki = mission impossible?

16.08.10, 23:51
Jedziemy z Lepszą Połówką na parę dni na Mazury - on dukanuje ze
świetnymi skutkami już 1,5 miesiąca, ja dopiero zaczynam. Będziemy
mieszkać na łódce bez lodówki, dostępność i zaopatrzenie sklepów na
miejscu jest zagadką, do dyspozycji mamy tylko małą kuchenkę gazową +
ognisko ;) Czy w takich warunkach da radę względnie przestrzegać
zaleceń diety? Co możliwie niepsującego się powinniśmy kupić przed
wyjazdem? Żadne z nas nie jest jakimś szczególnym ortodoksem, więc
drobne odstępstwa od reguł to nie problem, ale problem w tym, że nie
przychodzi mi do głowy absolutnie żaden przepis, który by się nadał
na tą okazję.

Dodam jeszcze, że całość powinna dać się upchać do plecaka razem z
innymi niezbędnymi rzeczami i targać na własnym grzbiecie :) Pomocy!
:)
Obserwuj wątek
    • pierwszalitera Re: Dukan + spartańskie warunki = mission impossi 17.08.10, 00:39
      Ha, ha, ha, mięsne konserwy, typu wołowina w sosie własnym plus miejscowa zielenina? ;-)))
    • turzyca Re: Dukan + spartańskie warunki = mission impossi 17.08.10, 01:03
      Nie szalejmy, Mazury to nie jest dziki kraj, nie ma juz komunizmu, wiec sklepy
      znajduja sie tam, gdzie tylko trafia konsumenci. Bez wiekszego wysilku mozecie
      sobie ulozyc plan plywania tak, zeby co drugi dzien miec dostep do normalnie
      zaopatrzonego sklepu, ze swiezym miesem wlacznie. Puszki zreszta tez mozecie
      kupic na miejscu, moze niekoniecznie w stanicach, bo tam faktycznie narzut, ale
      w jakims miasteczku w sklepie dla normalnych ludzi. Nie wyjdzie drozej niz w
      Warszawie poza hurtowniami, a podczas targania na wlasnym grzbiecie kazdy
      kilogram sie liczy.
      Aha, jajka trzymane w bakiscie przyburtowej spokojnie wytrzymuja 4 dni, serki
      wiejskie zazwyczaj wytrzymuja do nastepnego dnia.

      W zakresie przepisow nie pomoge, bo ja niedukanowa, ale zaopatrzeniowo chyba
      uspokoilam?
    • marisella Absolutely possible ;) Przetestowane, da się :D 17.08.10, 11:45
      Szczególnie jeśli mowa o paru dniach :)

      Niedawno wróciliśmy z wyprawy rowerowej wzdłuż wybrzeża i 350 kilometrów
      (zaplanowane było więcej, ale wybuchł bunt na pokładzie ;)) przejechałam na
      Dukanie :) W sumie mama i TŻ też dukanują, ale na okres wyjazdu sobie odpuścili.
      Ja o porzuceniu diety nawet nie myślałam, bo dla mnie jest to sprawa zbyt ważna,
      i... dało się :)

      Nie jest najłatwiej, bo w miejscu zamieszkania ma się zawsze już jakieś
      upatrzone miejsca, gdzie się kupuje upatrzone rzeczy, a tu się nie dało
      (codziennie nocleg gdze indziej), ale jest to możliwe :)

      Miałam pewne problemy z zakupami, nie powiem, bo kurczaków z rożna jednak nie
      było na pęczki ;) a ryby okazywały się grillowane z dodatkiem tłuszczu :/ (po co
      podczas grillowania leją po wszsytkim olejem, tego nie potrafię pojąć). Do tego
      my zajeżdżaliśmy do miejscowości docelowych dopiero wieczorem, kiedy normalne
      sklepy bywały pozamykane.
      Ale zazwyczaj (poza jednym razem, kiedy dojechaliśmy do Jarosławca i w dwóch
      czynnych sklepach nie było absolutnie nic, co dałoby się wszamać na fazie P; nie
      było nawet mleka innego niż 3,2%...) w sklepach daje się kupić serek wiejski,
      homo, chudy biały ser i jogurty naturalne 0%. Raz udało mi się upolować wędzoną
      pierś kurczaka, ze trzy razu kurczaka z rożna (ja szamałam pierś bez skóry, a
      mama resztę :D). Na pewnym odcinku (okolice Pobierowa) były do kupienia obłędne
      w smaku wędzone ryby i wtedy żywiłam się prawie wyłącznie serkami i wędzonym
      karmazynem (o mniaaaaaaaammm) :)
      W każdym razie myślę, że na takie rzeczy możesz się nastawiać, plus jajka na
      tysiąc sposobów do szybkiego zrobienia :)

      Na pewno nie myślałabym o jakimś gotowaniu w pełnym tego słowa znaczeniu, nawet
      w dni z warzywami :) No chyba, że macie dużo czasu i dużą butlę :D Ja nawet w
      dni P+W jadłam w sumie to co w P plus dopychałam pomidorem lub ogórkiem, ze 2
      razy udało nam się rozłożyć na trawniku i zrobić porządną sałatę :) O
      pitraszeniu lecza czy czegoś nawet nie myślałam :)

      Zawsze w każdym razie, jesli nie udało mi się trafić jakiegoś ekstrasa po drodze
      (dobrej rybki wędzonej, kurczaka czy czegoś) to starałam się mieć w sakwach
      żelazną porcję typu jogurt naturalny (jadłam w wersjach z pomidorem, z bazylią,
      chili i czosnkiem, z kakao, z cynamonem, z cytryną, z szynką) lub serek wiejski
      (w tych samych konfiguracjach :)) Do jogurtu często wbrabiałam ser biały, żeby
      podnieść ilość białka i ulepszyć stosunek węgle:białko :) Ser z jogurtem można
      łyżką rozmemłać na gładką masę, jest to dość smaczne nawet :)

      Ilość rzeczy branych z domu starałam się ograniczyć do minimum, bo jechaliśmy z
      namiotami, śpiworami i wszelkimi przyległościami na plecach, więc każdy
      oszczędzony kilogram był na wagę złota :) Wzięłam tylko 2 puszki tuńczyka
      otwierane kluczykiem, tak na wszelki wypadek ;) plus kilka drobnostek i wielkim
      znaczeniu dla urozmaicenia smaku :) czyli własnie przyprawy (brałam podstawowe,
      czyli czosnek granulowany, bazylię, pieprz, sól, paprykę słodką i chili,
      cynamon), trochę kakao do woreczka strunowego i słodzik do gorącego (w
      tabletkach). Miejsca zajmowało tyle co nic, a zawsze to była jakaś metoda na
      urozmaicenie choćby i jogurtu :)
      Do tego wzięłam to, co planowałam, że zjemy w pociągu: cztery upieczone i
      porządnie osuszone filety z minataja do zjedzenia na pierwszy ogień ;) i pieczeń
      wołową (ze 2 kg mięsa przed uduszeniem tego było) duszoną przez 5h tuż przed
      wyjazdem ;) pokrojoną w plastry. Do tego dwa duże serki wiejskie i dwa jogurty,
      trochę chlebka Klary* i sernika Mess**. W teorii to miało starczyć czterem
      osobom na kilkanaście godzin w pociągu (czyli na calutki dzień), w praktyce dużo
      zostało, bo ryby ostatecznie nikt nie chciał, więc jadłam ją sama, bo czułam, że
      ona pierwsza może się zepsuć jak coś, pieczeń też wchodziła wszsytkim opornie,
      bo TŻ pokroił ją wzdłuż włókien, zamiast w poprzek :D :D :D Do tego w plastry
      dość zacnej grubości :D Więc tylko mnie i jemu starczyło samozaparcia, żeby
      przeżuwać odpowiednio długo :D (dlatego wołowiny zostało jeszcze na drugi dzień
      i zupełnie nic jej się nie stało). Najszybciej za to znikał serniczek i chlebek :)

      Gdybym teraz miała przygotowywać tego typu prowiant, to wzięłabym pewnie to samo
      (może z wyjątkiem ryby), tylko więcej na słodko no i wołowe cięłabym sama ;)

      No i z całą pewnością wzięłabym z domu otręby owsiane, bo niestety, nie udało mi
      się ich dostać nigdzie od Świnoujścia aż do Kołobrzegu (a tam też z trudem). Na
      szczęście początkowo dostarczał mi ich chlebek Klary, więc nie było źle, ale
      gdybym go nie miała, to byłabym bez otrąb parę dni. A nie brałam, bo
      stwierdziłam, że dla trzech osób to trochę trzeba, więc szkoda miejsca, przecież
      wszędzie się kupi :D

      Jak coś mi się jeszcze przypomni, to napiszę :)

      Miłego wypoczynku :)



      * Przepis na chlebek Klary:
      forum.gazeta.pl/forum/w,95274,108081918,108081918,CHLEBEK_KLARY_raz_jeszcze_.html
      (ja robię bez mąki kuku :))

      ** Przepis na sernik Mess:
      forum.gazeta.pl/forum/w,95274,105570519,113991911,sernik_przepis_mess8385.html
      • kotwtrampkach Re: Absolutely possible ;) Przetestowane, da się 17.08.10, 22:19
        marisella, to ucztowanie było ;-) ja na wyjazdach jakoś tak...mniej się
        przemęczam :)

        na drogę często biorę biały ser + jogurt na słodko (znaczy słodzik i cynamon lub
        kardamon lub kakao lub aromat do ciasta), czasem z otrębami (jest bardziej
        pożywny) - zamykam w małym, plastikowym pudełku (takim do przechowywania produktów)

        biorę też dukanowskie "naleśniki" - w ramach "ciastka" :) (8tabl aspartamu, 2
        jajka, łyżka - 2 łyżki sera, mały jogurt/kefir/maślanka + przyprawy +otręby 2/3
        łyzki - i na patelnię, ostudzić i do pudełeczka lub woreczka

        zabieram aromat do ciasta, cynamon, przyprawy, słodzik, otręby ;)

        byłam w naprzemiennej fazie na wycieczce - ustawiłam sobie fazę P+Warzywa, było
        łatwiej, więcej rzeczy mozna surowych. Na wyjeździe trochę łagodniej traktuję
        tłuszcz, cukru da się unikać.
        Kupuję maślanki, kefiry (nawet 2% mają mniej węgli niż jogurt 0%), twaróg chudy,
        mleko 0,5% (łatwiej dostępne niż 0%), wędlinę drobiową (o ile się uda coś
        powyżej 80% zawartości mięsa), ryby zapuszkowane lub wędzone. W restauracjach
        mieso/ryby z grilla (udawałam, ze nie widzę tuszczu i nie wpływało to na wagę :)
        - w czasie wyjazdów po prostu więcej sie ruszam, to chyba działa..), jak się uda
        załatwić dostęp do wrzątku - gotowałam jajka na twardo.
        NO i jak mogłam to warzywa, dużo warzyw i dużo herbaty/kawy/wody :)

        A mój facet w ostatnim tygodniu II fazy - naprzemiennej właśnie będąc daleko
        zajadał bułki i serki topione na śniadanie i też go nie przybyło. Chociaż miał
        plan jeszcze schudnąć 3 kg i mu się udało poprzez przedłużenie II fazy o tydzień
        po powrocie.

        powodzenia :)

        PS. moje podrózne racje żywieniowe i plastikowe pudełeczka często noszę też do
        pracy czy wychodząc z domu na dłużej - żeby nie kusiły precle, drożdżówki,
        winogrona, kukurydza, czy lody :):):)
        • kotwtrampkach II śniadanie 17.08.10, 22:23
          przypomniało mi się - ja już jestem za półmetkiem III fazy - z moich obserwacji
          wynika, ze po białkowym śniadaniu dużo szybciej głodnieję, niz po cukrowym
          (chlebie czy owocach) - dlatego warto mieć jakąś przekąskę, żeby się nie głodzić
          i nie zaprzepaszczać efektu szybkiej przemiany materii :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka