besame.mucho
16.01.13, 14:31
Zalęgło mi się to świństwo w miseczce z łupinami orzechów włoskich, które to orzechy kiedyś robiąc chleb połupałam, a łupiny zostawiłam w szafce, żeby sobie w naparze z nich wypłukać włosy i być piękna, a następnie o nich na czas dłuższy zapomniałam.
Przypuściłam atak frontalny, wyrzuciłam łupiny, wyrzuciłam pojemniczki ze śrutą, czarnuszką i słonecznikiem, bo w nich były molowe pajęczynki, wszystko inne dokładnie przejrzałam, przesypałam do szczelnych pojemniczków to, co w nich jeszcze nie było, szafki umyłam. Na suficie ze zgrozą zobaczyłam kilkanaście larw (ciekawe że człowiek na co dzień na sufit nie patrzy, przecież z dnia na dzień się nie pojawiły) i bezlitośnie wytłukłam. Wszystkie latające osobniki też wytropiłam i zabiłam na śmierć.
To było kilka dni temu, od tej pory nic nie lata. Przez dwa dni jeszcze tłukłam rano po jednej larwie na suficie (nie mam jak się dostać żeby wysprzątać za lodówkową szafką, a jest tam szpara, pewnie się gdzieś niżej paskudztwo wylęgło i właziło po jednej), od dwóch dni cisza, nic nie pełza i nie lata.
Macie z tymi żyjątkami doświadczenia? Pokonałam wroga, czy gdzieś siedzą przyczajone i zaatakują kiedy najmniej będę się spodziewała? Mam nadzieję, że już po nich, ale może nadzieja płonna i powinnam kupić jakieś owadobójcze płytki czy inną chemię? Wolałabym nie, bo dużo siedzę w domu, zwłaszcza teraz kiedy jestem zasypana toną tekstów, a kuchnię mam otwartą na salon, więc razem z kotem byśmy te opary ileś godzin dziennie musieli wdychać. Da się wygrać z molami bez tej chemii? Przez jaki czas jeszcze powinnam co rano wskakiwać na drabinę i oglądać sufit centymetr po centymetrze zanim będę mogła strzelić sobie zwycięskiego kielicha i przestać spodziewać się ataku dywersantów, którzy mi żywność zniszczą?